— Panie, a kogo ty tam wziąłeś? — Starszy flisaków, oderwawszy się od roboty, dopiero teraz zauważył pasażerów. — To ktoś w rodzaju Heksa!
Przekleństwo. Nieszczęścia prześladowały handlarza, stając się coraz bardziej dokuczliwe.
Jakim cudem tylko on nie rozpoznał charakterystycznych rysów w wyglądzie nieznajomego?
Sam Remysz wyrósł na wewnętrznym morzu, na wyspach, gdzie o Heksach ani słychu, ani widu, ale podróżując po wielkim świecie powinien wiedzieć, że niedopuszczalne jest być tak nieostrożnym!
Pasażerowie usiedli na swoich tobołkach bliżej środka tratwy. Chimajryd leżał na brzuchu, na podścielonym płaszczu.
Jego cienki ogon podrygiwał. Remysz zatrzymał się kilka kroków od nich, dziewczyna przylgnęła do piersi Heksa i mówiła schrypniętym jak u chłopaka, głosem:
— Nie zrozumiesz, dopóki nie odczujesz na sobie. Jeśli nie wiadomo, gdzie góra, a gdzie dół, to jeszcze nie bieda. Ale jeśli wszędzie dół, a góry nie ma w ogóle…
Zacięła się. Heks spojrzał ponad jej głową na Remysza.
— Co cię niepokoi, panie? — zapytał bardzo spokojnym, bardzo chłodnym głosem.
Remysz zakaszlał.
— Jego niepokoi to, że jesteś Heksem — cicho powiedział chimajryd. — Częściowo go rozumiem…
Wysoki odwrócił głowę w kierunku mówiącego, a ten zmieszał się pod jego spojrzeniem:
— Powiedziałem: „częściowo”…
— Słuchajcie, sprawa jest następująca — powiedział Remysz. — Tratwa nie wytrzyma, koło źle naprawione, paskudna pogoda… zbliża się sztorm… oto wasze pieniądze — nie patrząc na Heksa, wyciągnął złote monety. — Proszę wybaczyć, ale… musicie zejść z powrotem na mierzeję.
Mężczyzna ostrożnie odsunął dziewczynę. Podniósł się, Remysz się cofnął. Pasażer był wyższy od niego o głowę. Płaszcz odchylił się na jego piersiach, teraz widoczna była pod nim srebrzystoczarna kolczuga i pochwy na boku; ciemne oczy, pod szerokimi łukami brwiowymi uchwyciły wzrok handlarza jak lepka wstęga muchę.
— Myślałem, że zawarliśmy umowę — powiedział cicho.
— Tak, ale…
— Już raz wyrzucono mnie za burtę. Jeśli teraz ty zechcesz powtórzyć ten czyn, handlarzu, sam, z całą swoją załogą znajdziesz się w morzu. Z poderżniętym gardłem.
Mówił, ledwie poruszając wargami. Wątpliwe, czy nawet jego towarzysze, siedzący bardzo blisko, mogli rozróżnić słowa. Remysz zamarł. Zdarzało mu się przeciwstawiać portowym złodziejaszkom, morskim rozbójnikom o lepszych lub gorszych manierach, ale człowiek, stojący przed nim, był nieporównywalnie straszniejszy od całej szajki piratów. Remysz zrozumiał to, spoglądając w jego drętwe, czarne oczy.
— Zapłaciłem ci i zapłacę jeszcze — za gościnność — głos Heksa stał się odrobinę łagodniejszy. — Wszystko, co jest mi potrzebne, to to, żeby nas zostawiono w spokoju… i jeszcze piecyk polowy. Masz przenośny piecyk? Dopłacę.
— Tak — cicho powiedział Remysz.
— Co — „tak”?
— Kuchenka polowa… zaraz przyniosę.
Wiatr ucichł, fale trochę się uspokoiły. Tratwa poruszała się wzdłuż brzegu, ciężko się kołysząc, a Kamienna Strzałka powoli zostawała w tyle. Ruiny starego miasta na horyzoncie zasnuły się mgiełką.
Razwijar siedział, obejmując Jaskę, czując pod płaszczem jej delikatne żebra. Tratwa kołysała się, przypominając boję obok portu w Mirtie, maleńką boję, która uratowała mu życie. Jaska bardziej nasunęła na twarz kaptur. Bała się odkrytego nieba.
— Jednak parszywie jest na tej tratwie — powiedział Łuks. — Jak na golasa na jarmarku…
Jaska, ty się nie bój. Może oni już nie przylecą.
— Ja się nie boję — odezwała się przez zęby. Chimajryd westchnął. Westchnienie oznaczało; oczywiście, że się boisz, po co przed nami udawać?
— Ona nie boi się patrolu — powiedział Razwijar.
Dziewczyna drgnęła w jego rękach.
— A czego? — zapytał Łuks.
— Sama powie, jeśli zechce.
Zadrżała. Przycisnął ją do siebie uspokajająco.
Nosił ją na rękach od wielu dni, chociaż dawno nabrała sił i mogła chodzić sama. Nie pozwolił wieźć jej Łuksowi i ten z każdym dniem stawał się coraz bardziej ponury. Ale Razwijar czuł, nie wiadomo dlaczego, że Jaskę trzeba nosić na rękach.
— To wszystko magia — powiedziała dziewczyna cichym, drżącym głosem. — Sama nie rozumiem, jak. Myślałam, że nic z tego nie wyjdzie… A potem zobaczyłam te ptaki, Heksów, was… I wtedy ziemia i niebo się odwróciły, niebo stało się polem. Stamtąd wyrastały błyskawice jak drzewa. Powoli i pięknie… i boleśnie; rosły, a na każdej gałęzi siedział ptak. A potem ptaki odleciały. Ale tak naprawdę spadały. A ja wiedziałam, że robię coś strasznego i samo niebo rozzłościło się na mnie… za to, że się ośmieliłam. Teraz cały czas zdaje mi się, że ktoś z góry patrzy, szuka mnie… A nie mam się gdzie ukryć.
— Rozumiem — powiedział Razwijar.
— Przecież nie jesteś magiem…
— Nie. Ale kiedy pierwszy raz zobaczyłem Poranek Bez Skazy w jego grobowcu, w podziemiach zamku… ściany jakby się zsunęły. Potem długo bałem się niskich sufitów i wąskich korytarzy.
Zrobiło się cicho. Szumiało morze, skrzypiało koło, przekrzykiwali się flisacy.
— Myślałem, że ty niczego się nie boisz — powiedział Łuks.
Dały się słyszeć ciężkie kroki. Zjawił się handlarz, taszcząc przed sobą ciężką kuchenkę polową na trzech nogach — okrągłą czaszę na ogień, z żelaza i gliny.
— Dziękuję — powiedział Razwijar i dał Remyszowi monetę.
Słone bryzgi padały na twarz. W półśnie widział Akkę, kobietę z gorączkowo błyszczącymi oczami.
— Wybacz — powiedział do niej. — Dziękuję za gościnę.
Stała, zagrodziwszy przejście, nie dając mu wyjść.
— Słucham? — zapytał. Milczała.
Zagryzła wargi.
— Co chcesz mi powiedzieć, Akka?
Wreszcie odsunęła się. Przylgnęła do ściany.
— Wybacz.
Wyszedł do wąskiego ziemnego przejścia ze schodami wiodącymi do góry.
— Będę o tobie pamiętać — powiedziała Akka za jego plecami.
Odwrócił się.
— Ja także…
Silnie zakołysała się tratwa. Razwijar uniósł powieki. Jaska i Łuks, cicho rozmawiając, siedzieli przy piecyku. Ich oświetlone od dołu twarze sprawiały wrażenie obcych. Zrozumiał, że nastał wieczór, pomyślał, że trzeba wstać i znowu zamknął oczy.
Strach, który wzbudzał w całym chutorze, przerodził się w pełne szacunku przerażenie. Trzy dziesiątki mężczyzn i kobiet — maleńki, ściśnięty tłum — zamilkł i zamarł, kiedy Razwijar wyszedł z domu i zatrzymał się przed nimi. Kaletnik, stojący bliżej niż wszyscy, nerwowo miął w rękach kraj swojej kurtki.
— Zrobiliśmy jak kazałeś. Heksów zrzuciliśmy w jamę, strażników ułożyliśmy rzędami… i przykryliśmy gałęziami. Ptaki i jaszczury… na razie po prostu porzuciliśmy. Szkoda ptaków…
— Ile ich jest?
— Heksów nie liczyliśmy…
— Ile jest ptaków?
— Dzie… dziesięć.
— Dobrze… Pamiętajcie: na chutor napadli Heksi. To najważniejsze, o czym musicie pamiętać.
Sześciu młodzieńców zgodziło się iść z nim do lasu, nie bacząc na łzy i zawodzenia matek.
Trzech z nich okazało się doświadczonymi myśliwymi. Błyskawicznie czytali ślady, łapali wiatr i umiejętnie czaili się wśród listowia. Na szczęście wszystkie te zabiegi okazały się niepotrzebne, ponieważ las był pusty. Razwijar wstrzymał buńczucznych towarzyszy, którzy chcieli iść dalej w gęstwinę po rzadkich śladach ocalałych Heksów. Szukał czegoś innego, nie znajdował tego i stracił już nadzieję, kiedy jeden z myśliwych — barczysty syn kaletnika — odkrył kryjówkę pod korzeniami ogromnego drzewa. Korzenie zostały podcięte, pień przechylił się, poddając wysiłkom siedmiu krzepkich mężczyzn. W wykrocie była mogiła; starzec pogrzebany był w siodle, leżał na boku, dotykając twarzą pokrytej łuską szyi swojego długonogiego jaszczura.