Razwijar stał nad grobem kilka minut. Pozostali wśród żywych Heksi byli wciąż głodni, ale poświęcili siły i drogocenny czas na to, żeby pogrzebać wodza zgodnie z wymogiem tradycji. Ich wyobrażenie o tym, co jest „mięsem” a co nie, nawet w tak rozpaczliwej sytuacji pozostawało nienaruszone.
Twarz starca była pożółkła i surowa, oczy miał na wpół otwarte. Zaciskając zęby, Razwijar obszukał jego siodłową torbę i znalazł skórzany futerał.
— Czy to pieniądze? — chciwie zapytał młodzieniec z kędziorkami, najmłodszy wśród ochotników.
— Zamknij się — poradził syn kaletnika…
— …Razwijar!
Pod nim była tratwa, nad nim ciemne, zaciągnięte chmurami, nocne niebo.
— Chodź jeść — powiedział Łuks.
— Już idę — Razwijar podniósł się, czując każdy zdrętwiały mięsień. Strasznie się wymęczył w czasie długiej wędrówki od Pękatego Boru do Kamiennej Strzałki. Martwa osada, rodzinna wieś Jaski, była pusta, a obok wspólnej mogiły, na brzegu, poruszany wiatrem, umocowany był jeszcze jeden tęczowy akt urzędowy, który głosił:
„Imperator boleje nad każdym swoim poddanym”.
Razwijar spalił ten papier.
Nad tratwą unosił się zapach pieczonej ryby. Piecyk był znakomity, drwa paliły się wolno i równo. Dzisiaj rano Łuks nałowił ryb w strumyku gołymi rękami, Jaska zachowała je, zawijając w liście łopianu i teraz piekła, posypawszy grubo solą. Razwijar jadł, rzucając ości w ogień.
Zupełnie się ściemniło.
— Przyjdzie nam spać po kolei — powiedział chimajryd. — Nie widzę przyczyny, dla której ci flisacy nie mieliby zarżnąć nas we śnie, ograbić i zrzucić do morza.
— Oni się boją — powiedziała dziewczyna.
— Czego?
— Nie wiem. Po prostu czuję. Może sami myślą, że my ich zarżniemy i zajmiemy ich tratwę?
— Wielki mi skarb — wyburczał Łuks.
— Tutaj rzeczywiście nie — Razwijar obgryzał rybią głowę. — Ale na wewnętrznych morzach brakuje drzew. Drewno ma wysoką cenę.
— Na wewnętrznych morzach… — zaczął chimajryd i nagle gwałtownie uniósł głowę. — To znaczy, że oni płyną w kierunku Osiego Nosa?
— Tak — potwierdził rozmówca.
— Popłyńmy z nimi — gorąco poprosił Łuks. — Razwijar, co ty opowiadałeś o tym Kwitnącym Rogu, możesz przypomnieć?
Ten uśmiechnął się:
— „Okrągły Kieł, nie najdalsza, ale jedna z najpiękniejszych wysp… O świcie ukazała się na horyzoncie, zielona, kwitnąca, otoczona spokojną wodą. Wpłynęliśmy do portu, gdzie już stało wiele statków, gdzie nad górnymi cumami kołysały się latające kule, a odświętnie ubrani ludzie, spacerując po wąskim nadbrzeżu, witali każdy okręt, jakby spotykali znajomych…”.
— Co to takiego górne cumy?
— Nie wiem.
— Jedźmy tam — powiedział chimajryd. — Co ty na to, Jaska?
— Razwijar zdecyduje — z wyraźnym chłodem powiedziała dziewczyna i Łuks speszony zamilkł.
Przez całą noc po bitwie chimajrydowi dokuczało pragnienie. Jeździec co pół godziny podnosił menażkę do jego ust. Dziewczyna prawie do świtu przeleżała cicho, ni to we śnie, ni to w letargu. Nad ranem doszła do siebie i przestraszyła się ciemności. Razwijar rozbudził świetliki w słoju, położył głowę Jaski na swoich kolanach i tak siedział dopóki nie nastał ranek.
Cały dzień nosił ją na rękach, ani na chwilę nie zostawiając samą. Dziewczyna najpierw była bezwolna, potem chwyciła go za szyję, a jeszcze później zaśmiała się:
— Wiesz… jeśli komukolwiek opowiem, że taki potężny żołnierz, wojownik wszech czasów i wszystkich narodów nosił mnie na nocnik…
— To wielki zaszczyt nosić na nocnik potężnego maga — odpowiedział bez uśmiechu.
Tymczasem chimajryd doszedł do siebie po ranach i wstrząsie. Heks kolejny raz zdziwił się, jak szybko wracają mu siły. Rano Łuks ledwo chodził, wieczorem już skądś wrócił, głowę wcisnął w ramiona, ni to przygnębiony, ni to w poczuciu winy.
— Razwijar… Mogę cię prosić na słówko?
Po raz pierwszy tego dnia zostawił Jaskę i wyszedł za towarzyszem do sąsiedniego pokoju. Na warsztacie leżało niedokończone rękodzieło Akki.
— Byłem dzisiaj u kowala… — zaczął Łuks, patrząc w bok. — Zapytałem go, czy może zrobić ostrogi.
— Co ty mówisz?!
— Przeze mnie… Ledwie nie… — zaciął się. — Ty wszystko dobrze zaplanowałeś, ale… strach silniejszy od rozumu. Szczególnie u mnie. A najlepsze lekarstwo na strach, to ostrogi w bokach. Szybki Tancerz, mój brat, miał rację…
Razwijar dotknął jego boku; tam, gdzie pod sierścią można było jeszcze wyczuć starą szramę.
— JA jestem twoim jeźdźcem, czy Szybki Tancerz?
— Ty — pokornie odpowiedział Łuks.
— Nie tknę cię ostrogami. Będę wrzeszczał, bił po głowie, jeśli zajdzie taka konieczność, ugryzę w kark. Ale ostróg nie założę. Na darmo niepokoiłeś kowala.
Tratwa niebezpiecznie potrzaskiwała. Fale wlewały się na jej brzeg, jakby starały się zlizać korę z mocno związanych grubych pni. Piecyk jeszcze się palił.
— Kładź się i zakryj po głowę — Razwijar pocałował Jaskę w ucho.
Chimajryd wyciągnął koce i zajął się rozpakowywaniem bagaży.
— Jeśli jutro przyleci patrol, niczego nie będę mogła zrobić — dziewczyna ziewnęła nerwowo. — To naprawdę straszne być magiem.
Łuks okrył Jaskę kocem. Okrywając, niby przypadkiem pogładził ją po ramieniu. Nie odpowiedziała ani gestem, ani słowem.
— Mam popilnować? — odczekawszy, zapytał chimajryd.
— Śpij, póki można — odezwał się jeździec. — Ja poczytam.
Łuks odszedł od piecyka w ciemność, na skraj tratwy. Razwijar wyciągnął z siodłowej torby skórzany futerał. Światło padło na pożółkłe rulony z ludzkiej skóry. Opuścił ręce i jakiś czas siedział, po prostu spoglądając na rękopisy. Po co szukał tych okropnych zwojów? Niechby gniły w mogile razem ze starcem…
Łuks wciąż nie wracał. Jaska, z głową ukrytą pod kocem, leżała nieruchomo. Jedna szczególnie wysoka fala rozbiła się o kraj tratwy, podnosząc wachlarz bryzgów, widocznych nawet w ciemności. Razwijar starł z twarzy słone krople, nocą patrol nie zobaczy ani tratwy, ani ludzi na niej. Ile dni muszą jeszcze płynąć pod odkrytym niebem, bez możliwości ukrycia się?
Wstał, i ostrożnie stąpając po kłodach, poszedł szukać chimajryda. Półczłowiek siedział na śliskich kłodach niebezpiecznie blisko wody, cały mokry od czubka głowy po sam ogon.
— Łuks!
Ten otrząsnął się, rozbryzgując krople na wszystkie strony. Razwijar nie widział jego twarzy.
— Postanowiłeś się wykąpać? — sucho zapytał Razwijar.
— Nie. Zalała mnie fala — z ponurą miną potarł ucho. — Posłuchaj… ona mnie… jakbym był pustym miejscem.