— Ona cię lubi i ceni.
— Ceni. Tak! Wiele tobołków mogę dźwigać na grzbiecie.
— Łuks — powiedział Razwijar. — Teraz nie jest dobry czas, aby wyjaśniać stosunki między wami. Jest jej bardzo ciężko.
— Wiem — chimajryd nie patrzył mu w oczy.
Razwijar dotknął jego mokrego ramienia.
— Przebierz się. Weź zapasową koszulę.
— Nie jest mi zimno.
— Przebierz się — powtórzył Razwijar. W jego głos wśliznęła się władcza nuta.
Łuks zwiesił głowę i poszedł w kierunku ognia. Przebrał się, rozłożył mokrą odzież na tratwie i usiadł bliżej piecyka, nastroszywszy pasiastą sierść na bokach. Jaska leżała bez ruchu, ale Razwijar domyślił się, że dziewczyna nie śpi.
— Chciałbyś popłynąć tratwą na wewnętrzne morze? — zapytał Razwijar, spoglądając na zwoje Heksów w swoich rękach.
— Tak — Łuks narzucił na ramiona koc. — A ty? Podjąłeś jakąś decyzję?
Ten pokręcił przecząco głową.
— To dlaczego by nie poszukać miejsca, gdzie moglibyśmy spokojnie żyć? — Chimajryd wyciągnął ręce w kierunku piecyka. — Jaska powinna zapomnieć… o tym wszystkim, uspokoić się, zamieszkać w swoim domu…
— Zająć się rękodziełem — doszło spod koca. Głos dziewczyny był schrypnięty i szyderczy.
Łuks westchnął. Żałośnie zerknął na rozmówcę, jakby mówił: „Ot, widzisz”.
— Dlaczego nie śpisz? — zapytał Razwijar.
Jaska wyszła spod koca, cała rozczochrana z gorączkowymi, czujnymi oczami. Przelotnie spojrzała na niebo, przykryła oczy dłonią, jakby chciała ochronić je przed jaskrawym światłem:
— Będziesz czytał? Poczytaj na głos.
— Heksi piszą swoje teksty na skórach wrogów — powiedział Razwijar.
Zamilkła na dłuższą chwilę. Potem odezwała się zmienionym głosem:
— Wszystko jedno. Chcę wiedzieć.
Czytał całą noc, rozszyfrowując poplątane wersy, podnosząc zwoje blisko oczu. Tratwa kołysała się, szumiało morze. Łuks leżał obok, przytuliwszy się do Razwijara wysychającym bokiem.
Po przeczytaniu, Razwijar miął zwój i przeciskając przez szczelinę pod daszkiem piecyka, rzucał na tlący się węgiel. Pojawiały się języczki płomieni, jaśniało, ogień odbijał się w otwartych oczach chimajryda i Jaski.
Skóra trzeszczała, skręcając się. Rozlewała się czerń, pochłaniała litery.
— „Przeprowadź wroga przez mękę tak, żeby dożył do następnego świtu. Umrze wedle twojej woli, nie swojej. To jego ostatnie poniżenie za życia…”. Czytać?
— Czytaj — odpowiedziała ledwie słyszalnym głosem dziewczyna.
O świcie obłoki uniosły się nad horyzontem jak miraż miasta Mirtie. Trójka wędrowców siedziała, przytulona do siebie, grzejąc się wzajemnie.
— Razwijar… Pomyślałam sobie jedną rzecz… Mogę powiedzieć?
— Powiedz.
— Może Złoci… jak ty o nich opowiadałeś… mają jednak rację? Można ich zrozumieć… Oni wiele razy spotykali się z Heksami twarzą w twarz… Gdyby Złoci nie rozbili armii Heksów w dawnych czasach… Może cały świat byłby teraz inny… a w Imperium… i wszędzie, panowaliby oni?
— A w czym Heksi są gorsi od Złotych? — ostro zapytał Razwijar. — I w czym są gorsi od przywódcy Koruncha i jego strzelców?
— Może w tym, że Złoci nie jedzą ludzi — ponuro powiedział Łuks. — A imperatorscy strażnicy nie piszą wierszy na ich skórze.
— Dlaczego wstawiasz się za nimi, Razwijar? — zdziwiła się Jaska. — Przecież to oni zabili twojego ojca i spalili dom! A ty zabiłeś ich wodza i jego żołnierzy podstawiłeś pod strzały.
Spaliłeś ich rękopisy! Ty nie jesteś Heksem, Razwijar!
— Tak, nie jesteś — jak echo powtórzył Łuks. — Ciebie wychowali inni ludzie, nie jesteś Heksem, dlaczego ich bronisz?
Nie odpowiedział.
Obudzili się flisacy. Wiatr na szczęście był sprzyjający, rozłożono żagiel na krótkim maszcie, ale nieforemna tratwa i tak poruszała się wolno, ciężko grzęznąc w falach. Z każdą chwilą robiło się jaśniej, lada moment powinno pojawić się słońce. Jaska powstrzymywała się, żeby nie patrzeć na niebo, ale i tak spoglądała spod złożonych nad czołem dłoni.
— Jeśli oni przylecą, zasłonisz nas? — cicho zapytał Łuks. Dziewczyna nie odpowiedziała.
Minęło kilka dni. Wysoki pasażer, w nie do końca jasny dla Remysza sposób, nawiązał zażyłą znajomość z załogą. Ani jego blada, pociągła twarz, ani kolczuga, ani badawcze oczy, nikogo już nie przerażały. Ostrożność i nieprzychylność flisaków, ludzi doświadczonych przez życie i nieufnych, zniknęły w ciągu jednego dnia. Wieczorem wysoki siedział wśród kompanów, którzy rozłożyli się wokół ogniska, gawędził, prawił niewybredne kawały o imperatorskich urzędnikach i o babach, a każdy kawał spotykał się z przyjaznym śmiechem.
— Ot, jaki sprytny młodzieniec — mówili z szacunkiem. — Przydałby nam się taki prowodyr.
Towarzysze Heksa nigdy nie zbliżali się do wspólnego ogniska. Dziewczyna i chimajryd rozmawiali, jedli, spali, oddzielnie. Kilka razy Remysz, obserwując ich z daleka, widział, jak półczłowiek rozpaczliwie stara się pochlebstwami zyskać jej przychylność i jak ta odtrąca go — nie brutalnie, ale stanowczo, chłodno. Zdawała się słaba, trochę szalona, pogrążona w jakimś wewnętrznym świecie, Heks i chimajryd zbudowali jej z koców coś w rodzaju namiotu i w tym ukryciu spędzała większość czasu.
Na pewno jest chora, pomyślał Remysz.
— Możemy się spóźnić z zakończeniem sezonu żeglownego, tak mówią. Nie wiedzie im się z pogodą. I tak się dziwię, jak ta sterta chrustu płynie jeszcze po morzu i do tej pory nie rozpadła się na części.
— Jeśli się spóźnimy… Razwijar przymknął oczy:
— „Okręt zatrzymał się z powodu uszkodzenia i kapitan zdecydował, wbrew radzie obytych ludzi, przepłynąć cieśninę Osi Nos przed samym zakończeniem sezonu. Opóźnienie przejawiłoby się zgubnie na jego portfelu — statek na cały międzysezon znalazłby się na obszarze wewnętrznego morza. Ale pośpiech i nieprzemyślana decyzja mogłyby kosztować życie kapitana, załogi, a także pasażerów… Kapitan rozkazał zwinąć wszystkie żagle, ale było za późno, ze straszną siłą stalek ciągnęło w kierunku cieśniny… Nagle marynarz, stojący na burcie, krzyknął — czarna wielopalczasta ręka, podobna do kłębowiska żmij, wystrzeliła z wody, chwyciła nieszczęśnika i marynarz na zawsze…”.
Jaska zadrżała.
— „Podróż na Osi Nos” — zakończył wątek Razwijar.
— Czytałem tylko połowę i nie wiem, kto z tego statku ocalał i jak mu się to udało.
— „Marynarz na zawsze…” Co na zawsze? — szeptem zapytała dziewczyna.
— Nie wiem. Przepadł, zapewne.