— Opowiadano mi bajki o morskich potworach — Jaska popatrzyła na wodę wokół tratwy, jakby widziała ją po raz pierwszy. — Czarna ręka, jakby kłębek żmij… To także bajka?
— Nie, to prawda. Księga o podróży, w której człowiek dokładnie opisał wszystko, co widział.
— I co było potem? Co potem?!
— Nie wiem — przyznał się Razwijar.
Przypomniał sobie zajazd i palenisko, przypomniał sobie beczułkę ze szczapkami i wdowę, która nie czuła bólu. Złożył Miedzianemu Królowi w ofierze księgę, którą gorąco pragnął przeczytać. W zamian Miedziany Król dał mu… co?
Przypomniał sobie niezwykłą lekkość i jasność. I uczucie, że stał się bardziej od siebie samego mądrzejszy i silniejszy. Szlachetniejszy. To było jak orzeźwiający łyk wody. Niezrozumiałe pragnienie, które tak długo go męczyło, zostało wreszcie zaspokojone…
— Razwijar, o czym myślisz?
Lekko uniósł brwi. Po raz pierwszy od tego momentu, kiedy oddał w ofierze księgę o podróży na Osi Nos, to znajome, niezrozumiałe pragnienie zagościło w nim na moment.
Przyniósł Miedzianemu Królowi w darze drewnianą wiewiórkę–skrzyneczkę z dwoma czarnymi kosmykami włosów; swoim niemowlęcym i matki — najdroższą rzecz dla ojca, jedyną pamięć o domu i rodzinie. Wtedy zdało mu się, że z góry bije snop światła, zobaczył wyraźnie każdy liść, każdą trawkę i każdy kamień. Co się w nim zmieniło?
Za każdym razem, kiedy składał ofiarę, jakby się budził. Jakby tajał lód skuwający świat i to, co wcześniej było niezauważalne, niezrozumiałe, mgliste, stawało się oczywiste i wyraźne, jak te oto linie na dłoniach.
— Razwijar?
Głos chimajryda przypomniał mu władcę. Czego on chciał? Czego oczekiwał od Miedzianego Króla, kiedy zamek się walił, gotowy runąć w każdej chwili, kiedy połowa strażników zginęła i wyschły strumienie w górach?
— Razwijar — powiedziała Jaska. — Mogłabym popróbować… Z wiatrem.
— Sprzyjający wiatr? — Od razu zrozumiał. — Czujesz się na siłach?
— Łuks ma rację — zerknęła na chimajryda. — Tam, na wewnętrznym morzu jest dobrze…
Piękne wyspy… I tam na pewno nie będą nas szukać. Oni myślą, że nie odważymy się wejść tak daleko w głąb Imperium.
Razwijar nie był o tym do końca przekonany, ale póki co się nie spierał.
Remysz przechadzał się po tratwie, opierając ręce pod boki.
Wypogodziło się, chwała Imperatorowi. Fale uspokoiły się, a wiatr, chociaż niezbyt silny, był prawie cały czas sprzyjający. Załoga stopniowo gnuśniała z braku zajęcia. Wokół ciągnęły się cały czas te same kamieniste brzegi, flisacy grali „w psi ryczki”, a wysoki pasażer to wygrywał wszystko u wszystkich, to tracił całą wygraną po jednej rundzie. Te gry z losem podniecały flisaków ogromnie. Heks przyjmował przegraną bez rozpaczy, ponownie siadał do gry i znowu wygrywał, po chwili znowu wszystko tracił.
Starszy flisaków nie podzielał ogólnego nastawienia załogi, podobnie jak Remyszowi, nie podobał mu się ten obcy. W miarę możliwości obciążał swoich ludzi pracą, która odciągała ich od gry i pustej paplaniny, ale wiatr utrzymywał się sprzyjający i głupotą było stawiać w takich warunkach koło, a innego zajęcia dla całej załogi na tratwie nie było.
Pasażer szczególnie silnie zżył się z dwoma flisakami. Młodym, który po raz pierwszy wypłynął w rejs i pochodził, zdaje się, z okolic portu Fier i starszym, otrzaskanym z morzem żeglarzem, który wcześniej pływał na okręcie i za jakieś przewinienia został wykluczony z marynarskiej braci. Remysz często widział, jak przesiadują razem i rozmawiają tylko we własnym gronie. Młody wyglądał na mile połechtanego, że Heks tak go wyróżnił spośród innych i rozmawia z nim po przyjacielsku. Starszy często się zamyślał, przeczesywał rzadką brodę, niekiedy na jego twarzy malowało się wielkie zdziwienie, ale słuchał pasażera jak łownego sobie, czasami nawet jak starszego — z szacunkiem.
Przepłynęli już więcej niż polowy drogi do cieśniny, kiedy zza chmury wynurzyły sio trzy skrzydlaki. Ptaki zatoczyły krąg, potem drugi, trochę niżej i trzeci. Ich skrzydła wywołały taki huragan, że rzadkie włosy Remysza zaszeleściły niby sucha trawa, a handlarz na całej skórze odczuł mnogość skierowanych z nieba strzał.
Rozejrzał się. Cała załoga była na nogach, flisacy stali, zadzierając głowy; któryś gapił się z dziecięcą ciekawością, inny spoglądał wyraźnie zaniepokojony. Co mogło zainteresować imperatorski patrol na zwyczajnej tratwie handlarza drewnem, która jest widoczna z góry jak otwarta dłoń?
Remysz przypomniał sobie o pasażerach. Niezgrabny namiot, w którym lubiła chować się kobieta, trzepotał na wietrze, machał krajami koców, jakby chciał wzlecieć. Gdzie oni są? Gdzie przeklęty Heks i chimajryd, niech ich Szuu rozszarpie?!
Jeden ze skrzydlaków opuścił się tak nisko, że jego skrzydło przecięło wodę. Remysz widział jego błoniaste łapy, przyciśnięte do brzucha oraz skomplikowaną uprząż. Ptak rozłożył skrzydła, Remysz zobaczył trzech strażników w srebrzystoczarnych zbrojach i nagle przypomniał sobie, gdzie taką widział. Przecież w takiej chodził Heks!
Otworzył usta, ni to dusząc się, ni to próbując krzyknąć. W tym momencie skrzydlak wzbił się, dołączył do dwóch innych, patrol zatoczył krąg i wziął kurs na wschód.
— Odlecieli. Słyszysz?!
Razwijar szarpnięciem odrzucił koc. Trzy kroki od namiotu stał handlarz z oczami wielkimi i okrągłymi jak jaja człapaczy. Na widok Heksa cofnął się.
— Co się stało, gospodarzu? — zapytał Razwijar jak potrafił najłagodniej.
Remysz przełknął:
— Patrol…
— Tak, widzieliśmy. Oni nic do was nie mają.
— Ale wy… Gdzie byliście?!
— A gdzie mieliśmy być? — Pasażer uśmiechnął się. — Pod kocem… Zmorzyło nas.
Odpoczywaliśmy.
Remysz z ogromne podejrzliwością spojrzał na Łuksa, potem i ni Jaskę, która cały czas leżała skulona i wycierała krople krwi spod nosa.
— Oślepłem, czy co — wymamrotał zdziwiony handlarz.
— Bywa okazał współczucie Razwijar.
Handlarz zerknął na niego raz jeszcze i odszedł na środek tratwy do koła. Odprowadzili go wzrokiem. Łuks siedział obok Jaski, obejmując ją, gładząc po włosach, a ona nie sprzeciwiała się temu.
— Dzielna dziewczyna — szeptał. — Nigdy ci tego nie zapomnę… już kolejny raz nas ratujesz… Jaska, moja kochana, ocalenie moje…
Razwijar podał dziewczynie manierkę. Jaska napiła się, westchnęła, wierzchem dłoni rozmazała wodę i krew na brodzie.
— Nie mogę dłużej utrzymywać wiatru. Nie mam siły.
Na darmo, oj na darmo Remysz się ożywił. W jedną noc pogoda nagle się zmieniła. Podniosły się fale i zaczął wiać przeciwny wiatr. Flisacy w kole opadali z sił, a i tak wszystkie ich wysiłki pozwalały tylko utrzymać tratwę na miejscu, znosiło ją bowiem na wsteczny kurs. Remysz nakłaniał do przyłożenia się; jeszcze ciut, ciut popracujcie kołem, póki wiatr nie ustąpi. Ale sił brakło, a wiatr wzmagał się coraz bardziej. Tratwę zaczęło cofać.
Minął jeszcze jeden ciężki dzień i handlarz Remysz zrozumiał, że się spóźnił. Teraz nie pomoże nawet sprzyjający wiatr. Tratwę można byłoby już tylko na skrzydłach doprowadzić do Osiego Nosa przed tym, zanim opadnie poziom wody i cieśnina stanie się nie do przejścia.
Nie było nawet co myśleć o zostawieniu tratwy do następnego sezonu — drzewo straci wartość, podgnije, stoczą je korniki i rozgrabią złodzieje. Poza tym rozliczyć się z załogą miał zamiar po tym, jak sprzedane drzewo przyniesie zysk. A czym teraz zapłaci?