Przeciwny wiatr, jakby drwiąc, gnał tratwę z powrotem. Zmęczona załoga nieszczególnie się starała. Koło łopatkowe poruszało się ledwie, ledwie. Zapewne flisacy też już wszystko zrozumieli i teraz zmawiali się, jakby tu najskuteczniej wyciągnąć od handlarza pieniądze.
Zapłacić bierwionami? Nie wezmą. W ani jednej tawernie nie przyjmą drewna jako zapłaty za posiłek. Remysz miał dom na jednej z pobliskich wysp, tam czekała na niego żona i dwoje maleńkich dzieci. Tam miał odłożoną w kryjówce wydzieloną sumę na czarną godzinę… Nie chciał brać flisaków do podziału zysku, obiecał wypłacić uzgodnioną sumę niezależnie od utargu.
Ale co robić, jeśli utargu nie ma?!
Chodząc po tratwie, Remysz spoglądał na prawie nieruchomy brzeg. W którymś momencie zachciało mu się skoczyć do wody i popłynąć wpław, niech flisacy robią, co chcą z jego majątkiem.
— Płyniemy z powrotem?
Przeklęty Heks podszedł bezgłośnie. Remysz wzdrygnął się, usłyszawszy za plecami jego przymilny głos.
— Gdzie twoje szczęście? — zapytał gorzko.
— Nie ma sprzyjającego wiatru?
— Spóźniliśmy się na koniec sezonu — powiedział handlarz, nieoczekiwanie dla samego siebie. Wcale nie chciał dzielić się swoimi problemami z pasażerem.
— Czy istnieje możliwość sprzedaży drzewa gdziekolwiek na zewnętrznych brzegach? — okazało się, że Heks potrafił bardzo szybko orientować się w różnych sprawach.
— Nie widzę takiej możliwości — powiedział po chwili Remysz.
— Sprzedaj towar mnie.
Handlarz odwrócił się gwałtownie. Obcy patrzył tak samo spokojnie i władczo. Jego zachowanie cechowała obojętność skały zwisającej nad zaludnioną ścieżką.
— Nie musisz chwytać za nóż — powiedział, a Remysz pojął, że trzyma za rękojeść, sterczącą zza szerokiego pasa.
— A masz… pieniądze, żeby kupić tratwę?
— A ile chcesz?
Handlarz zastanowił się. W pułapce, dokąd zagnała go własna awanturnicza natura, nie można było liczyć na zysk. Przeliczył w myślach pieniądze obiecane załodze, dodał wartość towaru, dodał jeszcze trochę… wstrzymał oddech i podał sumę.
Heks lekko się uśmiechnął:
— To dużo, czy mało?
Taka otwarta naiwność poraziła Remysza bardziej niż sama propozycja obcego.
— To… wystarczająco — powiedział sucho. — Ty, jak rozumiem, takich pieniędzy nie masz?
— Będę miał — rozmówca uśmiechnął się szerzej. — Tylko popłyniemy nie do Osiego Nosa, a prosto do portu Fier.
Handlarz drewnem przeklął sam siebie za głupotę. Jeszcze przed chwilą gotów był uwierzyć, że przybysz z dwoma towarzyszami i garścią złotych monet naprawdę jest zdolny kupić całą tratwę. Że jest jakimś zagubionym księciem albo nieślubnym synem Imperatora, albo potężnym magiem. Tak, Remysz bardzo pragnął, żeby los utrzymał go na skraju przepaści, nie dał stoczyć się w dół i przysłał na pomoc maga. Zamiast tego los, uśmiechając się złośliwie, podsunął mu pomocnika bandytów gnieżdżących się w Fier. To wiele wyjaśniało — i strażniczą kolczugę, i dziwnych towarzyszy obcego, i jego sposób bycia.
Zapewne nie był w stanie ukryć wielkiego rozczarowania, ponieważ Heks zmarszczył brwi:
— Nie wierzysz mi?
— W Fier odbywają się inne transakcje — powiedział Remysz, mieląc w ustach słowa jak zgniłe suchary. — Jestem uczciwym handlarzem… i chcę żyć.
— Wziąłeś mnie za kogoś innego — odezwał się pasażer po chwili milczenia. — Mam zamiar zapłacić ci za drzewo i za nic więcej. Decyduj się, tylko szybko. Załoga będzie domagać się swego już dzisiaj, najpóźniej jutro.
Przeklęty Heks miał rację. Rano następnego dnia załoga zebrała się pośrodku tratwy, a starszy flisaków głośno zapytał Remysza, kiedy, według niego, dotrą do Osiego Nosa.
— Kupiłem tę tratwę, ale nie ja ją prowadzę — ponuro odpowiedział, wpatrując się w spierzchnięte od wiatru, napięte twarze. — Ty jesteś mistrzem flisackim, to ty mi powiedz, kiedy będziemy w cieśninie?
— Nie wcześniej niż ona się zatrzaśnie — odciął się ten.
— Zniosło nas do tyłu prawie o trzy dni drogi! O czym myślałeś, kiedy zabierałeś taką górę drzewa na jeden katamaran ze złamanym kołem? Gdzie miałeś zamiar pływać — w kałuży?!
Starszy flisaków mówił ostentacyjnie głośno i jakby śpiewnie. Remysz mógł dostrzec jego zęby i nawet maleńki języczek, podrygujący głęboko w gardle. Mistrz bez skrupułów przerzucił winę za wszystkie nieszczęścia wyprawy na handlarza. Było jasne, jak Imperatorski blask, że teraz obwini go publicznie i zażąda pieniędzy.
— Widziałeś tę tratwę, kiedy brałeś się do jej prowadzenia — powiedział Remysz, nie podnosząc głosu. — Widziałeś i katamaran i koło. Wziąłeś tę robotę. Wykonuj ją jak należy.
— A ty obiecałeś zapłacić mi za robotę! Mnie i załodze! O to chodzi.
— Obiecałem zapłacić po rejsie.
— Rejs zakończony! Spóźniliśmy się na koniec najwyższego sezonu!
— Jeszcze się nie spóźniliśmy — przez zęby powiedział Remysz. — Gdybyś kręcił kołem, a nie tracił czas na krzyki i gadanie po próżnicy…
— Za późno kręcić kołem! My swoje już wykręciliśmy i teraz chcemy rozliczenia, natychmiast!
Z tłumu flisaków rozległy się dwa, trzy przychylne głosy. Ludzie stali ramię przy ramieniu, odwracając oczy, żeby nie zetknąć się wzrokiem ze spojrzeniem Remysza. Większość z nich nie była buntownikami. Każdy z nich — prawie każdy — gotów był popłynąć z powrotem.
— Rozliczenie — powiedział Remysz z gromkim śmiechem.
— Oczywiście. Może oczekujecie, że rozsypię się niczym paczka realów? Albo przemienię się w mieszek ze złotem? Skąd wam wezmę pieniądze, jeśli drzewo nie jest sprzedane?!
To był jego błąd. Nawet leniwi i dobroduszni flisacy, nawet ci, którzy lubili handlarza i nie życzyli mu źle, uświadomili sobie, że ich oszukano. Na próżno spędzali noce i dnie na nieosłoniętej przed wiatrem i deszczem tratwie, na próżno trudzili się w kole — wrócą do swoich rodzin bez grosza przy duszy, a zima za pasem.
Dał się słyszeć szmer. Zacisnęły się pięści. Remysz ze smutkiem zrozumiał, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Bunt podobny był do niesterownej ciężkiej tratwy niesionej falami i wiatrem.
— A co nam do tego, skąd weźmiesz pieniądze? — wykrzyknął ktoś z tylnego rzędu.
— Obiecałeś nam zapłatę!
— Sam sobie spróbuj kołem kręcić!
— A nasze dzieci mają z głodu zdechnąć?!
— Pracowaliśmy na ciebie!
— Niczego nie zarobiliście.
Handlarz aż drgnął z zaskoczenia. Głos dał się słyszeć zza jego pleców. Remysz obejrzał się.
Obcy stał, złożywszy ręce na piersiach. Nie miał płaszcza, srebrzysta kolczuga matowo pobłyskiwała w promieniach zachodzącego słońca. Za plecami sterczała rękojeść długiego miecza.
Pojawienie się przyjaciela po stronie handlarza zmieszało flisaków.
— A tobie co do naszych spraw?
— Co ty, Razwijar?
Zmieszanie zmieniło się w rozdrażnienie.
— A kim ty jesteś? Czego chcesz? Mów, pókiś cały!
— Heks! — krzyknął ktoś z tylnych rzędów.
Pasażer uśmiechnął się. Flisacy speszyli się jeszcze bardziej, a sam Remysz poczuł, jak boleśnie zaciska się jego żołądek.