Выбрать главу

— Tak, Heks — spokojnie potwierdził pasażer. — Ale nie w tym rzecz. Niczego nie zarobiliście, ponieważ tutaj, pośrodku morza, wasza tratwa jest tylko kupą śmieci. A ja znam miejsce, gdzie za nią zapłacą.

— Tylko nie port Fier — wymamrotał Remysz.

Wszyscy zamilkli. Fier sławny był z korzystnego handlu. Korzystnego i niebezpiecznego.

— Kupię tę tratwę — powiedział Heks. — Zejdę na brzeg i wrócę z pieniędzmi. Może ktoś zechce mi towarzyszyć?

Obrzucił tłum niedbałym spojrzeniem, jakby nie zwracając się do nikogo personalnie, jednakże handlarz zauważył, jak wymienili się spojrzeniem flisacy Jaszma i Kartuz — młody i starszy.

— Kupię tratwę po cenie szanownego Remysza — powtórzył obcy. — Jeśli szanowny Remysz zgodzi się ją sprzedać.

* * *

Nocami port Fier obchodził się bez światła, tylko gdzieniegdzie na ulicach migotały ogniki.

Na tratwie handlarza drewnem zapalono lampę sygnalizacyjną. Takie same lampy, lękliwe i nikłe, rozsypane były po całym porcie. Tu i tam stały na cumie odcinające się masywnymi sylwetkami wielkie statki, ale więcej było łódek i maleńkich prywatnych tratw — wielu mieszkańców portu wolało nocować na wodzie, mówiono, że naczelnik miasta także. Po zapadnięciu mroku w opuszczonych sklepikach i biurach zasiadali inni gospodarze, nocni baronowie, a straż przeczekiwała „martwe godziny” za murami miasta.

Port migotał ognikami, ale brzeg pogrążony był w ciemności. Trudno było sobie wyobrazić, że tutaj rozpościerało się ogromne miasto, gdzie śpią i czuwają tysiące ludzi. Jaska siedziała na skraju tratwy, krzyżując nogi pod szeroką, chłopską spódnicą.

— Byłeś tutaj kiedykolwiek?

— Tak. Bywałem.

— Tam jest niebezpiecznie — powiedziała Jaska i jej nozdrza rozszerzyły się. — Wielu ludzi… Niespokojnych. Złych. Nie mam ochoty tam iść.

— I nie musisz. Przynajmniej do rana.

— Zostawisz mnie samą?

— Z Łuksem. Nie ma się czego bać.

— To znaczy, że sam pójdziesz na brzeg?!

— Nie sam. Kartuz i Jaszma pójdą ze mną.

— Ci flisacy? Posłuchaj, Razwijar…

Pocałował ją i wstał:

— Zobaczymy się rano.

Dziewczyna podniosła się w ślad za nim:

— Posłuchaj, jestem przecież magiem! Ja mogę… Dlaczego nie zabierzesz mnie ze sobą?!

Nie mógłby jej tego wyjaśnić, nawet gdyby chciał.

— To sprawa nie dla maga, Jaska. To moja sprawa. Zobaczymy się rano.

Wyswobodził się z jej rąk. Łuks przechadzał się po trawie, chlastając się po bokach pasiastym ogonem, to wypuszczając, to wciągając pazury.

— Do jutra — powiedział do niego Razwijar.

Przez kilka ostatnich dni chimajryd starał się przymilnie albo stanowczo, albo racjonalnie nakłonić jeźdźca do rezygnacji z pomysłu. Wreszcie wpadł w rozpacz i oświadczył, że Razwijar jest uparty jak stara przyślepka i jeśli ma ochotę iść na rzeź po tym wszystkim, co udało im się przeżyć — to niech idzie.

— Do jutra, Łuks.

Ruszył do krawędzi tratwy. Chimajryd dogonił go i połogi ciężkie łapy na ramionach Razwijara, a ten ledwie utrzymał się na nogach.

— Co mam zrobić? — Łuks szczerzył białe zęby. — Jak ciebie, durnia, zatrzymać?!

— Wybór jeźdźca — z przekornym uśmieszkiem odpowiedział Razwijar. — Dlatego zostanie ci Jaska. Jeśli mnie zabiją, będzie tylko twoja.

Razwijar mówił, uśmiechając się i spoglądając Łuksowi o oczy, łapy opadły z jego ramion.

Chimajryd cofnął się, skuliwszy jak uderzony.

— Po co… tak?!

— Nie pleć głupstw —szorstko powiedział Razwijar. — Zobaczymy się rano.

* * *

Kartuz, stary lis, nadał znak lampą. Podpłynęła, plaskając łopatami, maleńka łódka. Razwijar wzdrygnął się mimowolnie. Łódka była kropka w kropkę taka sama jak ta, którą wywieźli go z „Łuski” na rynek niewolników.

Sternik, obrośnięty rudymi włosami niemal po same brwi, bez zbędnych pytań wziął na pokład obcego, Kartuza i młodego Jaszmę. Razwijar przywykł odnosić się do młodego flisaka jak do chłopca, chociaż nie był on młodszy od niego. Jaszma pochodził z okolic Fier, miał w mieście przyjaciół i bardziej niż flisakiem, chciał zostać rozbójnikiem. Jaszma wiele wiedział i jeszcze więcej mówił i czasami z jego paplaniny można było wychwycić pożyteczne informacje.

Kartuz był jednak nieporównanie cenniejszy. Właściwie wszystkie plany Razwijara opierały się na tym człowieku. Jeśli ten nie będzie mógł, albo nie zechce spełnić tego, co obiecał, przejażdżka do Fier okaże się tym, czego obawiał się Łuks — bezmyślnym samobójstwem.

Łódka, prawie kwadratowa, zanurzała się głęboko w wodę. Koło łopatkowe pluskało za rufą.

W bębnie skakały człapacze pociągowe, dziwnie chude, prawie bez tłuszczu. Obok przesuwały się ogniki tratw i łódek, bliżej miasta było ich bardzo dużo, ustawiły się na wodzie, sprawiając wrażenie kwartałów wodnego miasta.

Łódka nie zagłębiła się pomiędzy falochrony, którymi był poprzecinany brzeg, tylko podpłynęła do jednego z bocznych cumowisk. Był to długi pomost, właściwie ponton na pustych beczkach. Słupy cumownicze były puste. Na skraju pomostu, między morzem a ziemią, wznosiła się szubienica, na której kołysało się martwe ciało.

— Uch, ty — powiedział Jaszma.

— Zamknij się — wymknęło się Kartuzowi. Razwijar bardzo wyraźnie widział każdą drobną gwiazdkę, wyglądającą przez nieszczelne chmury, każdy ognik migający na wodzie, każdy guzik na odzieży wisielca. W milczeniu oceniał sytuację; Kartuz, który pierwszy wysiadł z łódki, zamienił z przewoźnikiem parę niezrozumiałych słów.

Weszli na pomost, który, chociaż podrygiwał pod nogami, bardziej należał do twardej ziemi niż do morza. Kartuz wszedł po drewnianych schodach i zaprowadził towarzyszy do wąskiego i ciemnego przyportowego zaułka. Razwijar potknął się. Tak przywykł do kołysania tratwy pod nogami, że zdawało mu się teraz, że ziemia się porusza.

Kartuz zapalił ukrytą lampę. Szli — a raczej przedzierali się — przez nocne ulice Fier, z jego szczelnie zamkniętymi okiennicami, zaryglowanymi bramami i furtkami, żelaznymi masywnymi drzwiami. Razwijar próbował przypomnieć sobie, czy nie przechodził tymi ulicami wcześniej, w towarzystwie intendenta Szlopa, ale miasto nocą było zadziwiająco niepodobne do swojej dziennej postaci. Z ciemnych zaułków odprowadzały ich oczy. Razwijar szedł, położywszy dłoń na rękojeści miecza, doskonale rozumiejąc, że od strzału z arbaletu, nie ochroni go żadna kolczuga.

— Stać — powiedział Kartuz. — Czekajcie.

I odszedł gdzieś w ciemność. Razwijar został z Jaszmą. Chłopak się denerwował, co i rusz zaczynał gwizdać, potem przerywał gwizd i kręcił głową, jakby go wołali. Nie był zadowolony, że wplątał się w tę awanturę. Obrzydła, wilgotna i chybotliwa tratwa zdawała się mu przytulnym domem, porzuconym w złej godzinie.

Razwijar pomyślał o Łuksie i pożałował swoich ostatnich słów. Wyobraził sobie, jak on i Jaska patrzą teraz na ciemne miasto, niewidoczne, ale dobrze odczuwalne w ciemności; nocny port Fier, terytorium bezprawia. Powiedział im: „Zobaczymy się rano”. Możliwe, że przecenił swoje siły.

Pomyślał o Jaśce, o jej nietrwałej potędze i jej strachu przed własną magią. „Dlaczego nie zabierasz mnie ze sobą?!”. Wykorzystałby dziewczynę jako oręż i tarczę. Wezwałaby błyskawicę z nieba… I rozeszłaby się wieść o potężnym i zbuntowanym magu, a Jaskę zabito by w ciągu kilku dni — strzałą w plecy, zatrutą strzałą, trującym napojem w kielichu. Razwijar wzdrygnął się, Jaszma zapewne pomyśli, że drżę ze strachu.