Potężny mag powinien być osłonięty ścianą tarcz i częstokołem z włóczni, rozmyślał dalej.
Silna magia ustępuje przed wielką, wielka — przed potężną. Ale nawet potężna magia powinna chodzić z rozwagą, żeby się nie potknąć i nie rozbić głowy o kamień. Jeśli przeżyje tę noc, nigdy więcej nie poprosi Jaskę o magiczną przysługę. Nigdy.
W ciemnej szczelinie zaułka rozmawiały świszczące głosy. Razwijarowi zdawało się, że rozróżnia głos Kartuza, raz pojednawczy, to znowu rozdrażniony. Rozmowa stała się głośniejsza, w głosie starego flisaka wyraźnie przebijał strach. Coś poszło nie tak albo okazało się, że starych przyjaciół nie ma na miejscu… Albo nie są już jego przyjaciółmi.
Jaszma oblizał wargi. Chuda grdyka poruszyła się.
— Słyszysz… Co to… może pójdziemy?
— Stój — przez zęby rozkazał Razwijar.
Kartuz wrócił. Był zły, jego łysina poczerwieniała, w świetle przyćmionej lampy błysnęły zęby.
— No co? Idziemy… A ty, jeśli nie dasz im czego zażądają — zwrócił się do Heksa — to nas obu do rana na wysypisko rzucą… I ciebie! — Kartuz podniósł za kołnierz Jaszmę, który z niepokojem oglądał się na pobliskie ciemne bramy. — Tylko się ruszysz, zastrzelę bez ostrzeżenia… No, idziemy!
— Dawaj miecz.
W wąskim korytarzu było jasno jak w dzień. Razwijar zmrużył oczy, mężczyzna z rudawą rzadką brodą, z jasnymi włosami do ramion wydał mu się dziwnie znajomy i dobra chwila minęła, zanim Razwijar zrozumiał, że to chimajrydzki jeździec. Nagóren.
Odpiął pochwy.
— Masz jeszcze broń?
Wyjął i oddał noże.
— Jeszcze?
Razwijar pokręcił przecząco głową. Nagóren szybko, sprawnie obmacał jego rękawy i cholewy, lekko powiódł dłońmi po bokach. Zadźwięczała kolczuga.
— Przechodź — powiedział jeździec.
Wszedł do całkowicie ciemnego pokoju, który za dnia zapewne służył jako apteka. Pachniało dziwnie i ostro, ale znośnie, jakimiś miksturami. Zatrzymał się w drzwiach, czekając, aż oczy przywykną do ciemności. Nagóren stał za jego plecami.
— Podejdź tutaj — powiedział ktoś z głębi pokoju.
Razwijar ruszył przed siebie wyciągając ręce. Namacał kraj stołu i wyminął go.
— Siadaj.
Zaczął rozróżniać sylwetki. W pokoju, oprócz niego, było jeszcze dwóch ludzi, nie licząc nagóreńskiego jeźdźca, bezgłośnie dyszącego mu w kark.
Podsunięto mu taboret. Usiadł.
— Jesteś Heksem?
— Tak.
— Jeśli Kartuz zełgał i przyszedłeś tylko, żeby trzepać językiem… Czego chcesz?
— Chciałbym ci coś zaproponować, Now.
Człowiek, siedzący przed nim w ciemnościach, ni to zaryczał, ni to zaśmiał się:
— A kim ty jesteś, żeby nazywać mnie po imieniu? Może znudził ci się język w gębie?
— Nie znudził — ciemność przeszkadzała Razwijarowi, nie widział oczu rozmówcy. — Dopisało mi szczęście, że spotkałem cię dzisiaj. I tobie też dopisało szczęście. Nie chcesz mnie o nic zapytać?
— Jeśli blefujesz, impertynencie, będę długo napawał się twoim cierpieniem — po chwili milczenia powiedział nocny baron. — Oco mam cię pytać?
— Na przykład o to, do kogo należała kolczuga, którą mam na sobie.
— Do kogo?
— Do imperatorskiego strażnika, jeźdźcy dosiadającego skrzydlaka, którego zabiłem niedawno. A przed śmiercią wypytałem o wiele spraw.
— Nieźle — wymamrotał Now. I dodał głośniej:
— Przyniosłeś mi ją w prezencie?
— Nie, ponieważ ta jest moja. Ale jeśli chcesz, będziesz mógł mieć ich tyle, ile dusza zapragnie i twoi kamraci także.
— Jesteś szalony — stwierdził Now z nutką zainteresowania.
— Teraz zapytaj, co mi powiedział ten biedny strażnik.
— Cóż powiedział ten biedak?
— A to, że Fier jeszcze nie jest częścią Imperium. Wojska podbiją najpierw ziemie Nagórenów, a dopiero później przyjdą do Fier. To kwestia czasu… A teraz możesz zapytać, od kogo po raz pierwszy usłyszałem o tobie, Now, po śmierci Paznokcia.
— Od kogo?
— Od władcy kamiennego zamku — niedługo przed tym, zanim umarł. Jestem jego następcą.
Nazywam się Razwijar.
W ciemnym pokoju zrobiło się cicho.
— W każdym razie ma miecz Heksów — cicho powiedział Nagóren za plecami przybysza. — A kolczuga rzeczywiście ich. Zauważyłem.
— Słyszałem to imię — w zamyśleniu powiedział Now.
— Ludzie z zamku… różny los ich spotkał… Mówili, że człowiek o imieniu Razwijar zabił władcę.
— Mieli rację.
— A nie kłamiesz? — zapytał drugi człowiek w półmroku. Miał wysoki, ostry głos.
— O czym? O tym, że Imperator skierował swoje wojska na Fier? O tym, że nie macie szans utrzymać miasta, jeśli Nagóreni się poddadzą i nie zostanie zrekonstruowany kamienny zamek?
Że Fier niezbędny jest sojusz z chimajrydami, a wy siedzicie i czekacie jak syte przyślepki, żeby was wystrzelali ze skrzydlaków? Czy może o tym, że Paznokcia, waszego barona, zabili imperatorscy szpiedzy? Może Kartuz okłamał mnie, kiedy mówił, że i na Nowa nastają?
Razwijar mówił, czując jak płonie mu twarz. Zdarzało mu się ustanawiać władzę nad ludźmi — nad zakłopotanymi, prostodusznymi ludźmi w świetle dnia. Teraz starał się zrobić to samo z nocnym baronem Fier w prawie zupełnej ciemności. Nie widział twarzy Nowa i dlatego nie wiedział, czy ten się roześmieje, rozzłości, czy rozkaże nakarmić nim samojadki.
Cisza była odpowiedzią na jego przemowę. Razwijar wstrzymał oddech i pomyślał o Łuksie i Jaśce.
— Naprawdę zabiłem władcę kamiennego zamku — powiedział ciszej. — Ale tylko dlatego, że on… oszalał po szturmie i starał się mnie zabić. Złożyć mnie w ofierze swoim wymyślonym bogom. Zabiłem go, ratując swoje życie. Ale zanim umarł… zdradził mi pewien sekret. Klucz do zrekonstruowania zamku. Tylko ja, jego następca, mogę to zrobić.
Wytężył wzrok, starając się rozróżnić twarze w ciemności. Now i jego wspólnik przysunęli się jeden do drugiego i cicho rozmawiali, Razwijar słyszał szept, ale nie mógł rozróżnić słów.
— Co dokładnie powiedział ci władca?
Wstrzymał oddech. Musi wierzyć w to, co mówi, inaczej przyłapią go na kłamstwie bez żadnego maga.
— Pewien sekret, który mogę wykorzystać, żeby odbudować zamek. W sojuszu z tobą i Fier.
Now uśmiechnął się.
— A jeśli wezmę szczypczyki i poproszę, żebyś zdradził sekret właśnie teraz?
— Wtedy zostaniesz bez sekretu, beze mnie i bez zamku — twardo powiedział Razwijar.
— Jesteś pewien?
— Całkowicie. „Przeprowadź wroga przez mękę tak, żeby dożył do następnego świtu. Umrze wedle twojej woli, nie swojej. To jego ostatnie poniżenie za życia”… Niedawno odwiedziłem Heksów, moich krewnych. Sporo się od nich nauczyłem.
I znowu nastąpiła cisza. Razwijar odetchnął głęboko, zmusił się do rozluźnienia mięśni.
Powoli wyciągnął ręce, położył je na kolana. Zrobił co mógł, następny ruch należało do Nowa… albo do losu.
Zaszeleścił w ciemności właściciel ostrego głosu. Syczał i mamrotał, pochylając się do ucha herszta i do Razwijara doleciało rozdrażnione: „…takich, jak ten!”.