— Zabawny chłopcze — powiedział po chwili Now. — Co mi proponujesz?
— Sojusz.
— Sojusz smoka i człapacza? — Nocny baron krótko się zaśmiał.
— Nawet smoki nie są nieśmiertelne. Kto wie, kiedy przyda się człapacz?
Obcy głos znowu zaszeleścił w ciemnościach: „Wierzyć… przybyszowi…”.
— Wiem, co robić i to zrobię — powiedział Razwijar, przerywając szepty. — Jeśli oszukuję, możesz mnie zabić.
— Ja i tak w każdej chwili mogę cię zabić — rzucił Now.
— Nawet nie spróbowałeś założyć, że może mówię prawdę? Nawet się nie zastanowiłeś? A nuż naprawdę mogę się tobie przysłużyć jak żaden z twoich bojowników jeszcze ci się nie przysłużył?
Now milczał.
— A może masz własny plan jak zatrzymać Imperatora? To przecież kwestia czasu. Fier zostanie ogłoszone imperatorskim miastem, a woda wokół portu poczerwienieje od krwi. Waszej krwi!
Razwijar zaciął się. Przez moment wydawało mu się, że słyszy w swoich słowach głos władcy. Ciemność dławiła go. Była to ciemność wszystkich ładowni, podziemi i lochów, w jakich przyszło mu kiedykolwiek przebywać. Poczuł, że ogarnia go rozpacz; a rozpacz przed obliczem nocnego barona oznaczała śmierć.
Wyobraził sobie, jak na brzegu tratwy pośrodku portu siedzi teraz Jaska i Łuks. Siedzą i patrzą na ciemne miasto Fier.
— Światło — rozkazał Now.
Nagóren za plecami Razwijara chrobotnął czymś, szczęknął. Zapalił się najpierw ognik na końcu knota, a potem na półce zabłysnął duży świecznik, rozganiając ciemność. Razwijar zmrużył oczy. Pokój naprawdę podobny był do apteki. Na stelażach stały butelki z ziołami, w jednej była zamknięta dwugłowa żmija. Przed nim siedział człowiek, około czterdziestoletni, krótko przystrzyżony, z niczym niewyróżniającą się kwadratową twarzą. To był Now. Obok niego stał przyboczny, właściciel ostrego głosu; smagły, z ogorzałą pomarszczoną twarzą, zapewne wcześniej służył na statku. Obaj patrzyli na przybysza: marynarz ponuro, Now — badawczo. Nocny baron miał szare, maleńkie oczy, ich spojrzenie przekłuwało niby igiełka.
— Co masz zamiar zrobić? — po chwili milczenia zapylili Now.
— Najpierw budowa — Razwijar mówił spokojnie i prostymi słowami, nie spuszczając oczu.
— Trzeba kupić wielu krzepkich niewolników. Nająć zdolnych architektów i budowniczych. I jeszcze potrzebne jest drewno, dużo dobrego drewna.
— Skąd my weźmiemy drzewo o tej porze roku?
— Przywiodłem tratwę — odpowiedział niedbale. — Dobre drewwno po niskiej cenie.
Pozostaje je tylko wykupić.
Rozdział trzeci
Razwijar bywał już na targu niewolników portu Fier. Wtedy przywieźli go, podrostka, na łódce, wystawili na sprzedaż w szeregu razem z młodymi, silnymi, przyzwyczajonymi do ciężkiej pracy, mężczyznami. Kupiono go, nie spoglądając w twarz, a tylko poszczypawszy muskuły, razem z innymi towarami — węglem, stalowymi posążkami, naczyniami i różnego rodzaju sprzętami — i odprawiono z karawaną na zamek.
Teraz kroczył, szczelnie opatulony w płaszcz, razem ze smagłym Dok-Szertem — byłym marynarzem, prawą ręką nocnego barona Nowa, swoim zdeklarowanym nieprzyjacielem. Now uwierzył Razwijarowi „na zapas” i przeznaczył mu do towarzystwa Dok–Szerta w charakterze pomocnika i nadzorcy.
Minął tydzień od momentu, kiedy handlowiec Remysz otrzymał do trzęsącej się ręki mieszek ze złotem. Jaska i Łuks pozostali zamknięci w jednym z lepszych miejskich zajazdów — Razwijar przede wszystkim zatroszczył się o ich bezpieczeństwo.
Nagóren, jeździec służący baronowi, rozpoznał Łuksa. Razwijar nie mógł przewidzieć, w jaki sposób powitają rodacy powrót zbiegłego chimajryda. Ale o Jaskę niepokoił się o wiele bardziej, wybrał odpowiedni moment i powiedział jej na ucho, tak cicho, żeby nawet Łuks nie mógł usłyszeć:
— Nikt. Nie powinien. Wiedzieć. O tobie.
Dziewczyna kiwnęła głową, zrozumiała od razu.
Ludzie Nowa byli obrotni i sprytni. Pieniędzmi i groźbami nocny baron dopiął swego — najlepszy architekt i budowniczy, jakiego tylko można było znaleźć w Fier, zgodził się pomóc w odbudowie zamku. Tratwę Remysza rozebrano na części. Specjalne mechanizmy przeniosły bierwiona z wody na platformę załadunkową, portowi niewolnicy, postękując, kręcili kołowrotem i chodzili w bębnach, wprawiających w ruch bloki. Drzewo załadowano na ogromne wozy z potężnymi stalowymi kołami, zaprzęgnięto rogacze i karawana ruszyła do zamku okrężną drogą. Czekało ich prawie dziesięć dni podróży.
W ślad za pierwszą odprawiono następną karawanę. Szli w niej ludzie Nowa, kilka dziesiątków nieprzyjemnych zbirów, których Dok–Szert nazywał „strażnikami”. Wieźli narzędzia do pracy i prowiant.
Teraz czekało ich jeszcze odprawienie niewolników. Razwijar wolałby powierzyć to zadanie ludziom Nowa i w ogóle nie pojawiać się na rynku, jednak Dok–Szert starał się nie spuszczać go z oczu.
— Pójdziesz — powiedział chłodno. — Now rozkazał, więc pójdziesz.
Oprych nie dowierzał mu. Nie wierzył w sekret zostawiony jakoby przez poprzedniego władcę. I miał całkowitą rację, ponieważ Razwijar blefował.
Heks domyślał się, że w ruinach zamku wciąż żyją ludzie, lego domysły potwierdzały słowa Jaszmy, który wiele dni spędził w okolicach zamku. Był jednym z tych zuchwałych podrostków, którzy zjawili się przy ruinach w poszukiwaniu „różnych cudów”, które można korzystnie sprzedać. I sprzedawali — broń, rynsztunek, sprzęty, które zmyła woda. Jaszmie się powiodło, ponieważ znalazł prawdziwy srebrzysty puchar, ale cały jego utarg odebrali mu ludzie Chwata — drugiego pod względem wpływów nocnego barona, wiecznie rywalizującego z Nowem. Jaszma najął się na tratwę, żeby na jakiś czas zniknąć z Fier, był bowiem zbyt nieznaczącą osobą, żeby korzystać z ochrony Nowa i za bardzo naraził się ludziom Chwata, rozkwasiwszy jednemu z nich nos.
Po niektórych szczegółach, które zapamiętał z opowieści Jaszmy, Razwijar wiedział, że młodzieniec nie kłamie. Chłopak naprawdę podchodził blisko do mocno zniszczonego zamku, włóczył się po dnie wąwozu, ryzykując, że zostanie zmieciony ziemną lawiną, natykał się na trupy Nagórenów i obrońców zamku, odnalazł puchar, prawie nieuszkodzony, widział czarny dym, podnoszący się z wąwozu, wysoko na stoku… Potem strzelali do niego z wyższych kondygnacji zamku dając nieproszonemu gościowi jednoznaczny sygnał, żeby się wynosił.
Kto mieszka w zamku? Resztki garnizonu? Chimajrydzi? Trzeba będzie ich stamtąd wykurzyć albo spróbować się dogadać. I zrobić to zanim jeszcze przybędą karawany, zanim architekt obejrzy zamek i ogłosi swój werdykt: nadaje się do odbudowy? Nie nadaje się? I wtedy Dok-Szert nakaże Heksowi natychmiast skorzystać z sekretu otrzymanego od władcy…
Ale to będzie potem, powiedział do siebie Razwij ar. Mam czas, żeby się przygotować.
Jeszcze kilka dni.
Zaufany Nowa kupował niewolników z podejściem człowieka, który przychodzi na rynek kupić warzywa. Wybierał krytycznie, targował się bez nadmiernego skąpstwa, doskonale znał wszystkich kupców. Z ważnymi handlarzami niewolników wymieniał uścisk dłoni, pomniejszym lekko skinął głową. Każdy starał się mu dogodzić. Razwijar szedł za nim, nisko opuściwszy głowę, żeby nie przyciągać zbędnego zainteresowania i starał się nie rozglądać po bokach.
— Potrzebne są baby — w zamyśleniu powiedział Dok–Szert. — Najmniej pół dziesiątka.