— Oni będą dla ciebie pracować, czy obłapiać się z niewolnicami? — zapytał przez zęby Razwijar.
Dok–Szert zerknął na niego:
— A co, czyżby w twoim sekretnym planie było powiedziane, że bab na zamek nie wolno kupować?
Nie znalazł na to odpowiedzi. Oprych postał chwilę, szczerząc się i wpatrując się w niego, potem odszedł do swoich ludzi; rozporządzał, gdzie odprowadzać już kupionych niewolników.
Razwijar stał, kuląc się pod milczącymi spojrzeniami wystawionych na sprzedaż ludzi, gorączkowo wymyślał wyjaśnienie dla Dok–Szerta, dlaczego on, Razwijar, nie pójdzie tam, gdzie sprzedają kobiety i dzieci.
Obok, pod wypłowiałym na słońcu daszkiem, drobny handlarz niewolników starał się sprzedać towar równie pośledniemu posiadaczowi ziemskiemu.
— Tanio proszę! Grosze! A co tam ręka, przecież nogi ma całe! Potrzebny ci do koła łopatkowego, czy do wioseł?
— „Nogi całe”! Popatrz na jego nogi, ledwie nimi powłóczy! Więcej zje niż zarobi!
— On mało je…
— Nie kompromituj się — takich na rynek wystawiać!
— Czekaj, mam jeszcze kilku młodszych…
Chociaż nie chciał patrzeć, jednak odwrócił głowę. Zupełnie blisko, obojętny niczym kłoda drewna, stał w szeregu żywego towaru dziesiętnik Bran. Razwijar poznał go, mimo siwej brody, prawie całkowicie porastającej pokrytą szramami, czerwoną twarz. Mimo nowej blizny na czole, zapewne od uderzenia mieczem. Mimo tego, że prawa ręka dziesiętnika wisiała bezwładnie.
Mimo mętnego, nieobecnego spojrzenia.
Podszedł. Milcząc chwycił handlarza za gardło. Ten urwał w pół słowa, szarpnął się, Razwijar uniósł go nad ziemię, gotowy zadusić.
Kupiec, który wcześniej się targował, krzyknął. Jego krzyk podchwyciło kilka głosów, gdzieś świsnął bicz, przywracając porządek. Na rynku niewolników gwałtowne zamieszki nie były nowością, ale miejscowi nadzorcy wiedzieli, jak sobie z tym radzić.
Handlarz chrypiał, majtał w powietrzu nogami, powoli tracił oddech. Razwijar rzucił go na ziemię i wyciągnął miecz. Kłoś zawisł na jego ramionach. Strząsnął obce ręce, nie oglądając się nawet.
— Ej, stój! — krzyknął władczo Dok–Szert. Zatrzymał się. Odwrócił. Ludzie nocnego barona stali półkręgiem, gotowi do walki, do zabijania. Razwijar zmusił się, żeby schować miecz. Wolno podniósł ręce:
— Wszystko w porządku. Róbcie swoje.
Przyboczny Nowa zmarszczył brwi. Razwijar wytrzymał jego spojrzenie, potem popatrzył na drobnego handlarza, który cały czas jeszcze kulił się w pyle drogi.
— Starzec jest mój, zabieram go. I bądź przeklęty, bydlaku.
Dzienna kryjówka Nowa znajdowała się w samym centrum miasta, w ogromnej willi otoczonej kamiennym murem. Po ścieżkach sadu chodziły białe i szkarłatne ptaki, w maleńkim basenie leżała słonucha, ryba przemieniająca morską wodę w słodką. Do muru przylegał budynek, będący jednocześnie i koszarami, i tawerną, i domem uciech. Razwijar zażądał oddzielnego pokoju i przyprowadził tam Brana. Ten milczał.
Były dziesiętnik dostał jeść i mógł się umyć, przyniesiono mu też czystą odzież. Razwijar, zajęty pertraktacjami z budowniczym pod bacznym wzrokiem Nowa, odwiedzał Brana trzykrotnie w ciągu dnia. Starzec milczał, chociaż wyraźnie rozumiał skierowane do niego słowa.
Niewolnicy odeszli w kierunku zamku drogą, którą kiedyś przeszedł Razwijar. Przyleciał pocztowy nietoperz z wieścią, że druga karawana — z rzemieślnikami i zbirami — dogoniła pierwszą, tę z drewnem, dwa dni drogi do Kipieli. To był znak dla pozostałych, że pora ruszać w drogę.
Dziesiętnik Bran leżał w swój ej klitce, wyciągnięty na sienniku, patrząc w sufit. Razwijar zaszedł do niego, nie łudząc się, że dawny nauczyciel podejmie rozmowę.
— Wyjeżdżam — powiedział od drzwi. — Jesteś wolny, ponieważ nie wykupiłem cię, tylko odbiłem. Możesz tutaj zostać, nikt cię nie tknie… jakiś czas. Lepiej wyjedź, jak tylko nabierzesz trochę sił. Wyjedź daleko od Fier. Zostawię ci pieniądze…
Zdjął z pasa portfel. Przyćmione światło z maleńkiego okienka grało srebrem na czerni jego kolczugi.
— Zabiłeś go — powiedział nagle dziesiętnik Bran. — Człowieka, który zabrał cię spośród niewolników… wywyższył i obdarzył swoją przyjaźnią.
— Tak — Razwijar opuścił ręce. — Ale nie powiem ci, dlaczego to zrobiłem. To zostanie między mną… a władcą.
Bran pokręcił głową.
— On lubił kobiety. I nigdy nie miał skłonności do chłopców. Kochał cię jak syna, a nie jak kochanka, i…
Razwijar roześmiał się głośno. To było grubiańskie, może nawet przykre, ale nie zdążył nic zrobić, nawet zakryć ust dłonią. Zapewne w całym budynku usłyszano jego nieprzyjemny, urywany śmiech, bardziej podobny do nocnego krzyku jakiegoś drapieżnika.
Źrenice Brana rozszerzyły się:
— Ty się śmiejesz?!
— Jakie zabawne wyjaśnienie — Razwijar wytarł łzy. — Jaki wzruszający powód zabójstwa.
Dziesiętniku… Nigdy nie zdołasz wyobrazić sobie, co między nami zaszło. I nigdy się nie dowiesz. Wybacz.
Bran usiadł na sienniku. Różowa blizna na jego głowie napłynęła krwią, Bran nieświadomie powiódł po niej zdrową ręką:
— Młodzieńcze…
I rozkaszlał się.
Czasu było mało. Bran mówił pośpiesznie, krztusząc się i co msz pocierając bliznę. Po śmierci władcy, na krótki czas przejął na siebie dowodzenie, ale twardy grunt pod zamkiem chwiał się, drżały podłogi, ściany pokrywały się siatką spękań. Strumienie wyschły, zaczęła się susza, a z nią choroby. Niewolnicy i rzemieślnicy, kobiety, wolnonajemni, rozeszli się, gdzie kio mógł. Wielu ocalało, niektórych pochwycili chimajrydzi. Od zbiegów Nagóreni dowiedzieli się o zgubie władcy i przystąpili do jeszcze jednego ataku. Wdarli się do zamku, Bran walczył u samych bram. Myślał, że umrze w boju, ale na nieszczęście przeżył, chociaż uznali go za martwego.
Ocknął się prawie po miesiącu w chacie jakichś pasterzy. Długo mieszkał z tymi ludźmi, którymi wcześniej gardził. Stopniowo wracały mu siły, ale prawa ręka odmawiała posłuszeństwa.
Potem pojawili się łowcy z Fier w poszukiwaniu nowych niewolników. Stanął w obronie pasterzy, którzy w swojej nędzy dzielili się z rannym ostatnim kęsem sera. Znowu go ogłuszyli i przywieźli związanego na bazar, ale nikt nie chciał kupić starego kaleki.
— To kara za tę wyprawę… Za nową granicę — szeptał Bran.
— Pamiętasz ich głowy na pikach? Wszystko, co się z nimi stało i co się stało ze mną, to kara za ten najazd…
W ciasnej klitce nieruchomo stało ciężkie powietrze. Kwadratowe okno, zamiast szkłem było zaciągnięte pęcherzem muszlaka, nie można było przez nie patrzeć na zewnętrzny świat, cedziło światło jak skąpą jałmużnę.
— Kto jest teraz w zamku? — zapytał twardo Razwijar.
— Nie wiem. Może ktoś z naszych — Bran boleśnie zmarszczył czoło. — Tam nie ma przecież ani jedzenia, ani wody…
— Woda wróciła — powiedział łagodnie. — Rozmawiałem z jednym szabrownikiem.
Widział, że wodospady się odnowiły.
— Może w zamku ostał się jeszcze ktoś z naszych — powtórzył Bran. I jego matowe oczy rozbłysły. — Idziesz… tam?
— Tak. Odbuduję zamek.
— Zabierz mnie ze sobą — schrypniętym głosem poprosił Bran. — Ja… sporo wiem. Pomogę ci.
— Dziękuję — powiedział Razwijar z całego serca.