Выбрать главу
* * *

Chwilę przed północą zastukał kołatką w drzwi zajazdu „Błękitna Fala”. Nad okuciem znajdował się napis: „Nocą nie otwieramy”, jednak Dok–Szert wytłumaczył Razwijarowi, jak stukać w specjalny sposób.

— Kto tam? — dał się słyszeć przestraszony szept.

— To ja, twoja teściowa — powiedział Razwijar przez zęby. — Pozdrowienia od Nowa.

Zagruchotały zamki i łańcuchy. Drzwi się uchyliły.

— Co z nimi? — zapytał Razwijar sługi, patrzącego na niego z uniżonym przerażeniem.

— Śpią…

Po bezgłośnych, kamiennych schodach wszedł na drugie piętro. Zajazd był dobry, solidny, gospodarz wkupywał się w łaski Nowa regularnie i szczodrze. O „Błękitnej Fali” mówiono, że jest bezpieczna nawet nocą i od lokatorów nie można było się opędzić.

Dla siebie i towarzyszy wynajął duży apartament z kominkiem, z trzema doskonale urządzonymi pokojami. Nie było tutaj ani kurzu, ani cudzych trofeów z polowań, ani ciężkich kotar, ani zbutwiałych dekoracyjnych poduszek. Gładkie drewno, proste, wygodne meble, umywalki, które na każde wezwanie napełniano ciepłą wodą. Okna, wystarczająco duże, wychodziły na ulicę. Widać było doskonale, kto pojawia się przy frontowym wejściu.

Heks wziął z rąk sługi świeczkę z przezroczystą osłoną.

— Dziękuję. Idź spać.

Służący wziął brzęczącą monetę, pokłonił się i zniknął. Razwijar pchnął drzwi i znalazł się w pierwszej z komnat. Kominek stał pusty i zimny. Zasłonki na oknie były szeroko rozsunięte, z zewnątrz, z ulicy, nie donosił się żaden dźwięk, nie przenikał ani promyczek.

Zaczął nasłuchiwać. Z komnaty po prawej stronie ledwie dawał się słyszeć spokojny oddech.

Uchylił drzwi i po cichutku zajrzał do środka. Na szerokim, niskim łóżku leżał chimajryd, wyciągnięty na całą długość ciała, z opuszczonymi tylnymi łapami. Jaska leżała przytulona do jego miękkiego, jasnego brzucha. Łuks obejmował ją we śnie i ramionami i przednimi łapami.

Cieniutkie prześcieradło okrywało do połowy nagie ciało dziewczyny.

Razwijar zamknął drzwi. Kilka chwil o niczym nie myślał tylko patrzył na komnatę, występującą z ciemności naprzeciw świeczce. Trzeba zaciągnąć story, lepiej, żeby z zewnątrz nie widziano ognia, to niezgodne z obyczajami Fier…

Wszystko, co działo się z nim w ciągu ostatnich dni, teraz wróciło i zakołatało pod żebrami jak kamień w kręcącej się beczce. Dziesiętnik Bran, wielki wojownik poniżony i sprzedany w niewolę jak kawał mięsa. Ruiny zamku, który on obiecał odbudować… czy aby nie rozpadnie się kamień od pierwszego uderzenia kilofa?! Czy aby nie ucieknie budowniczy, kiedy zrozumie, czego chce od niego obłąkany Now? Razwijar przynosił ofiary Miedzianemu Królowi, widział każdą żyłkę na trawie pod nogami, pomścił śmierć swego ojca, zabijając wodza Heksów, nosi ich miecz i kolczugę imperatorskiego strażnika… No i co z tego?!

Opadł na fotel i postawił świeczkę na podłodze. No i co z tego, przecież to jego decyzja, decyzja jeźdźca. Oddał Jaskę swojemu bratu na „drugą noc”, a tym samym zgodził się, że jest także żoną Łuksa. Żoną Łuksa, który jest droższy niż brat, tylko dlaczego teraz ma ochotę pójść do kuźni i zamówić ostrogi?!

Jutro o świcie wyruszą w drogę. Drogą przez tunel, potem obok Kipieli, wreszcie przez przełęcz. I prawie nie będzie czasu na spanie, trzeba teraz odpocząć, póki można. Zdrzemnąć się, chociaż kilka godzin. Był nieprzytomny. Przecież zaraz po powrocie do zajazdu miał zamiar zwalić się do łóżka…

Podniósł się. Zdjął płaszcz. Rozpiął pas, zdjął przepaskę i pochwy. Bezmyślnie wyciągnął miecz — ciemny, bez jednego błysku na klindze. Dlaczego nie zabił handlarza niewolników?!

Powiódł palcem po ostrzu. Ból był silniejszy niż się spodziewał. Wystąpiła krew i szybko zaczęła kapać na podłogę. Razwijar patrzył na nią z dziwnym zadowoleniem. Miał ochotę wziąć miecz i zniszczyć komnatę, rozbić zajazd, rozłupać wszystkie te fotele i stoły na tysiące drzazg.

Ni z tego, ni z owego przypomniał sobie młodziutką Dżal — miłą, pokorną, z nieśmiałym uśmiechem na ustach.

Zgasił świeczkę i podszedł do okna. Ulica milczała, coś mignęło w zaułku naprzeciwko, jakby odblask lampki przykrytej połą. Miasto kipi nocnym, złym życiem, na ruinach spalonej biblioteki, jak mówiono, pająki Cza oplotły zwęglone belki swoją pajęczyną…

Stał tak minutę, może dwie. Powietrze nocnego Fier pachniało dymem, moczem i strachem.

— Razwijar!

Nie odwrócił się.

Cichutki odgłos bosych stóp po drewnianej podłodze. Z tyłu na jego ramionach legły drżące, lekkie dłonie.

— Wróciłeś… Razwijar, tak się bałam… Razwijar?

Nie odwrócił się. Ręce Jaski powolutku spełzły z jego ramion.

— Posłuchaj… My… Po prostu usnęliśmy. Po prostu. Niczego nie było. Dzisiaj, niczego…

Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteś, kiedy się pojawisz, Łuks mnie pocieszał. Gdyby nie on oszalałabym! Nie było cię już tyle dni… Nikt niczego nie wie, tylko to słowo: czekajcie… On mnie nie dotykał!

— Widziałem.

— Niczego nie widziałeś! I nie mogłeś widzieć… Dlaczego nie jesteś magiem, dlaczego nie czujesz, że ja nie kłamię?!

Mówiła coraz głośniej. Razwijar zamknął okno i wreszcie się odwrócił, w pokoju było ciemno. Czuł ciepło jej twarzy, zapach skóry i włosów, słyszał cichutko kapiące łzy.

— Razwijar… — powiedziała prawie niedosłyszalnie. — co mam robić?! Jeśli mówisz, że powinnam być jego… mam być mimo to twoja? Nawet jeśli ty nakazujesz? Nakazujesz mi być jego i nie powinnam cię słuchać? A potem ty mnie odrzucasz, dlatego, że jestem jego? Za co tak mnie traktujesz? I za co tak traktujesz jego, jak możemy…

Zacięła się. Z pokoju, gdzie został Łuks, dobiegała cisza, Razwijar zlizał krew z rozciętego palca. Jaska stała bardzo blisko, nie płakała i nawet, zdaje się, nie oddychała.

Wziął ją w ramiona. Od razu pojął, że ona nie kłamie i nigdy go nie okłamywała. Jej usta miały smak prawdy. Jakby ześliznął się ze szczytu i rozpłynął się rzeką, i rozlał po rozległej zielonej równinie. I znowu stał się potokiem, płynął w dół korytem i nie słyszał niczego, oprócz jej nierównomiernego oddechu. Żył i przeżył dla dzisiejszej nocy. Wzniósł się na górę i wybuchnął wewnątrz — milcząc, bez jednego jęku, zacisnąwszy zęby.

Teraz gorące ciało Jaski przemieniło się w rzekę, a Razwijar płynął po niej, szczęśliwy, wesoły i silny. Wiodło go coś, kołysało, rzeka była szczodra i ciepła, a na niebie odbijały się mosty i kopuły dalekiego Mirtie. Zdaje się, że na kilka chwil zasnął albo zatracił świadomość i płynąc coraz dalej po rzece, usłyszał zdławiony krzyk w dole, u wejścia do zajazdu.

— Cofnąć się!

— Drzwi…

— Na po…

Razwijar podskoczył. Brakowało mu powietrza i musiał oddychać ustami. Serce kołatało, w pośpiechu, nierównym, pogubionym rytmem, zatupotały szybkie kroki na korytarzu. Zabrzmiały przestraszone głosy, które przerwał władczy ryk z zewnątrz:

— Otwierać! Oddajcie Heksa, pozostałych nie tkniemy!

Zaczął się miotać po ciemnej komnacie:

— Świecę! Jaska, świecę, szybciej!

W ciemności rozbłysło czerwone światło. Na zewnątrz, na ulicy, zapłonęły pochodnie, a zasłona była zaciągnięta nieszczelnie. Razwijar ubierał się, plącząc się w odzieży i łamiąc paznokcie. Z pokoju obok wyskoczył Łuks. Krzyknął na wystraszoną, nagą Jaskę: