— Od okna! Odejdź!
Odepchnął dziewczynę w głąb komnaty i zamarł przy oknie, przytknąwszy nos w szczelinę miedzy ramą a zasłonką. W dole było zamieszanie. Razwijar rozróżnił głos gospodarza, ten jęczał, błagając o coś.
— Co tam Now! — ryknął ordynarny, zapity głos. — Do szamba z Nowem! Jesteśmy od Chwata! Otwieraj!
Razwijar znalazł swój miecz.
— Nie mogę — lamentował gospodarz. — Nie mogę odnaleźć klucza!
— Nie możesz?! — coś ciężkiego gruchnęło w drzwi. — Nie znajdziesz klucza, to my z zewnątrz drzwi rozłupiemy. Żona z dziećmi w domu?
— Już otwieram! — krzyknął gospodarz na cały głos i w tym momencie Łuks z trzaskiem oberwał storę i skoczył w dół.
Razwijar rzucił się do okna i zobaczył, jak chimajryd miękko wylądował na cztery łapy za plecami ludzi, stłoczonych przy wejściu do zajazdu. Zakręciły się klingi. Padł pierwszy trup, pierwszy ranny odskoczył, przyciskając ręce do brzucha. Trzech ocalałych zbirów napadło na półczłowieka z trzech stron. Po ich zachowaniu Razwijar pojął, że mieli już okazję walczyć z chimajrydem.
— Skórę nad kominek! — krzyczał ich przywódca. — Skórę przybiję gwoździami! Nie porysujcie mu zadu, chłopaki!
Razwijar wskoczył na parapet. W tym momencie otworzyły się drzwi i do komnaty wdarli się z korytarza niezapowiedziani goście — dwóch z mieczami i trzeci z wzniesionym arbaletem.
Jaska cofnęła się, przykrywając oberwaną portierą. Razwijar zdążył zobaczyć, jak Łuksa przyciskają do ściany przeciwległego domu i skoczył z powrotem do pokoju.
Miecz Heksów nie był przystosowany do walki pod dachem. Za długi, nawet do walk w lesie, był kiedyś wykuty do potyczek na otwartym polu. Razwijar rzucił krzesłem w niewysokiego, kościstego mężczyznę z mieczem i ruszył do ataku na drugiego, barczystego, starając się trzymać przeciwnika między sobą, a strzelcem z arbaletem. Długi brzeszczot rozdarł obicie na ścianie, draperia rozwarła się ciemnymi ustami. W ostatniej chwili odbił ciężkie uderzenie tak, że posypały się iskry z oczu i spod krzyżujących się ostrzy. Barczysty zyskał przewagę, w tym czasie Jaska, wynurzając się z ciemności, chlasnęła wroga zasłonką po oczach. Razwijar wykorzystał jego chwilową ślepotę, przekłuł, złapał ciało, i zdążył zasłonić się nim jak tarczą, przed lecącą strzałą. Rzucił swój miecz, przechwycił broń martwego i zabił strzelca, zanim ten zdążył się odsunąć.
Niewysoki, kościsty żołnierz zawrócił i rzucił się do ucieczki w dół, po schodach. Razwijar nie dał mu uciec — rozłupał mu głowę od tyłu. Rzucił trupa na krużganek między schodami, jednym susem przemierzył przedpokój do drzwi wejściowych.
Na ulicy trwała walka. Łuks jeszcze się trzymał. Głębokie rozcięcie nad brwią krwawiło, chimajryd był bardzo blady, ale nie upadł. Razwijar gotów był zaśpiewać z wdzięczności: Wytrzymał! Jeszcze żyje!
— Do mnie!
Odwrócili się wszyscy trzej. Przyskoczył do przywódcy, ale ten okazał się nieoczekiwanie zwinnym i silnym wojownikiem. Pochodnie krążyły, opisując łuki, zmieniając światło i nocną mgłę tak, jak to było wygodne dla napastników. Broniąc się, Razwijar odwrócił się twarzą do zajazdu i kątem oka zobaczył Jaskę w oknie.
— Nie! Stój!
Dziewczyna uniosła ręce. Nic się nie wydarzyło. Słyszał jak wychrypiała coś nieartykułowanego z wysiłku, potem rozpłakała się głośno. Wykrzyknęła — „Umierajcie!
Padajcie!” — ale wrogowie wciąż atakowali i odpierającym atak było coraz ciężej . Uliczne zbiry brały udział w dziesiątkach podobnych bitew — walczyli i mieczami, i pochodniami. Łuks ledwie uchylił się od płomienia, którym celowali w jego twarz, brwi chimajryda spaliły się, włosy trzeszczały, wroga klinga rozcięła mu przedramię…
— Nnnaa!!
Wąska ulica rozjaśniła się błyskiem. Przywódca nocnych rozbójników zamarł, przepuścił uderzenie Heksa i zaczął upadać, ale nie od rany. W jego czole dymiła dziura. Dwóch pozostałych oślepło, zaskoczeni stracili głowę. Łuks ostatkiem sił rzucił się naprzód i pokonał drugiego, a Razwijar powalił trzeciego. W ciągu kilku minut wszystko stało się oczywiste, tylko pochodnie i trupy walały się po ziemi.
— Jaska — wyszeptał Razwijar.
Wszystko mu płynęło przed oczami. Miłość, bójka, niepoprawna głupota dziewczyny, która sama siebie wydała… I tym samym ocaliła, prawdopodobnie, życie jemu i Łuksowi.
Szuu wie, kto obserwował walkę z ciemności i teraz biegł po wąskich uliczkach, niosąc wstrząsającą wiadomość nocnemu baronowi Nowi. Albo Chwatowi. Albo obu hersztom. Kobieta jest magiem, jest śmiertelnie niebezpieczna, a to znaczy, że jej życie jest coraz mniej warte z każdą chwilą.
Uporał się z nadciągającym atakiem paniki. Co widział właściciel zajazdu i jego żona? Ilu jeszcze lokatorów może świadczyć przeciwko Jaśce? Kto jeszcze zauważył ten przeklęty błysk?
Nie ma sensu teraz uciekać, brama miejska jest zamknięta, na ulicach rządzi nocne prawo…
Jeden z leżących w rynsztoku nagle poruszył się i zachrypiał. Razwijar pochylił się nad nim:
— Kto was przysłał?
— Chwat…
— Do czego mu jestem potrzebny?
— Nie… nie powiedział.
— Dlaczego służysz Chwatowi? — wyrwało się Razwijarowi, nieoczekiwanie dla niego samego. — Dlaczego nie Nowi?
Ranny chrząknął i roześmiał się głucho:
— Now… To jego ostatnie dni. Służ Chwatowi. Będziesz długo żył.
— Długo, jak ty? — zapytał drwiąco Razwijar.
— Oszczędź mnie — powiedział ranny. — Pomogę ci… Chwat wywyższy i ciebie i twoją dziewczynę maga… Będziecie chodzić w złocie… Będziecie…
Po chwili był martwy. Razwijar nie miał zamiaru zostawiać świadków.
Now pojawił się osobiście — po półgodzinie. Nowinę przyniósł mu szpieg, podstawiony do obserwowania zajazdu, chłopak około trzynastu lat. Herszt był niespokojny i zły, trupy leżały rządkiem na ulicy. Jeden z nich, przywódca, miał oszpeconą ogniem, wypaloną prawie nie do poznania twarz.
— Co z nim?
— Upadł na pochodnię — obojętnie powiedział Razwijar. Tak obojętnie jak tylko mógł.
Każdy uczony lekarz, obejrzawszy tego trupa, stwierdziłby z całą pewnością, że zginął on nie od stali, a w wyniku magicznej interwencji. Razwijar liczył tylko na to, że nocny baron nie zacznie oddawać trupów wroga uczonym lekarzom.
— Ludzie Chwata — powiedział Now ze wstrętem. — Przyszli za mną. Jeszcze trochę, a by mnie dorwali.
Herszt zaklął szpetnie.
— Oni wiedzą, że przyniosłem ci sekret — powiedział Razwijar. — Skąd? Kto jest panem miasta: ty czy Chwat?
— Chwat dostanie swoje — ponuro oznajmił Now. — Ale skąd on wiedział?
— Zapytaj swoich ludzi — znacząco zwiesił głos. — Komu służy Dok–Szert, czy jeszcze tobie?
— Zamknij się!
Po oczach Nowa Razwijar pojął, że posunął się za daleko. Nocny baron milcząco przeszedł do sieni, wszedł po zalanych krwią schodach, podniósł z podłogi fotel, usiadł. Milczący Nagóren, poznany wcześniej, zapalił świece.
— Twoja dziewczyna… to kto taki?
— Moja żona — Razwijar skulił się w środku.
— Opowiadają o niej dziwne rzeczy — powiedział Now, nie spuszczając wzroku z jego twarzy. Razwijar wytrzymał spojrzenie.
— Kto opowiada?
— Kruteń! — zawołał Now.