Wszedł podrostek, piegowaty i zezowaty, z soplami pod nosem i nożem u pasa. Pełnym uwielbienia wzrokiem wpatrywał się w Nowa.
— Co widziałeś?
Chłopak zerknął na Heksa.
— Widziałem dziewkę w oknie. Nagą.
— Obleśny podglądacz — wycedził Razwijar przez zęby. — Wie, na co patrzeć.
Now się nachmurzył:
— Co mówiłeś? O błyskawicy?
— Ona, o tak, zrobiła rękami, potem jeszcze, o tak, potem jeszcze… Coś krzyczała: „Umieraj!
Padaj!”.
— I ktoś upadł?
— Nie. Potem ona zrobiła tak. I jak nie błyśnie! Bach! W czoło. I on łup! Na ziemię.
Widziałem.
Chłopak zamilkł, przymilnie spoglądając na nocnego barona — czy przypodobał mu się swoim oddaniem? Nastąpiła krótka pauza.
— Co powiesz? — zapytał Now.
Mówił niedbale, ale Razwijar słyszał w jego głosie napięcie i nawet strach. I chciwość. Nocny baron nigdy nie widział magów z bliska. Słyszał o nich prawdę i bajki. Nie był w stanie odróżnić fikcji od faktów. Chciałby dostać maga w swoje ręce — i bał się.
— Jaska — głośno zawołał Razwijar.
Wyszła całkowicie ubrana, ale nieuczesana, z pogryzionymi, opuchniętymi wargami. Żałosna, przestraszona, blada, Razwijarowi ścisnęło się serce, w myślach poprosił dziewczynę o wybaczenie.
— Ta? — zapytał Nowa.
Herszt chciwie przyglądał się dziewczynie. Ta patrzyła w podłogę, Razwijar zdążył zauważyć, jak odrobinę rozluźnia się napięta twarz barona.
— To twoja baba?
— Moja żona.
— Piękna, ale chuda — z wymuszoną drwiną oznajmił Now. — Ty naprawdę…. Jesteś magiem, dziewczyno?
Jaska szybko zerknęła na niego i speszyła się. Herszt uniósł brwi, Razwijar szybko podszedł do dziewczyny, wziął ją pod brodę, i nakazał patrzeć sobie prosto w oczy.
— Jaska! Pokaż, jak robisz błyskawice.
Patrzyła na niego długo nic nie rozumiejąc.
— Ty… żartujesz?
— Nie żartuję. No już, pokaż, jak wzywasz deszcz i burzę!
Mówił głośno, może zbyt stanowczo. Dziewczyna oddychała ciężko. Razwijar patrzył jej prosto w oczy. Strasznie żałował, że skradziono im całą godzinę szczęścia. Albo całą noc szczęścia. Albo w ogóle ukradli im życie. Tajemnica Jaski paliła, jak jajo ogniewuchy w gołych dłoniach, ale Razwijar musiał ją utrzymać, nie zmieniając się na twarzy, właśnie teraz, przed Nowem. Chociażby do jutrzejszego ranka.
— Pokaż, jak czynisz ludzi niewidomymi — kontynuował, patrząc dziewczynie w oczy. — Nie? A dlaczegóż to? No już, przecież jesteś potężnym magiem. Ten chłopak widział cię przy pracy.
W głosie Razwijara po raz pierwszy pojawiła się ironia. Kruteń pociągnął nosem, poczuł, że sprawy nie układają się po jego myśli. Szybko popatrzył na Nowa, na Heksa i znowu na Nowa.
Na wszelki wypadek wycofał się bliżej drzwi.
— Chłopak widział — znacząco powtórzył Razwijar. — Tylko powiedz mi, Now, dlaczego, kiedy przyszedłem do ciebie z propozycją, potężny mag został na tratwie? Przecież ryzykowałem życie?
Twarz Nowa stawała się coraz bardzie ponura.
— Szuu — powiedział wreszcie. — Już myślałem… Poszedł won!
Chłopak zniknął, jakby rozpłynął się w ciemności.
Zajazd znowu zamknięto. Trupów nikt nie sprzątnął, ani nawet nie przykrył, miały poniewierać się na ulicy, czekając świtu. Lokatorzy siedzieli w swoich pokojach, nie ryzykując wystawiania nosa. Wizyty w Fier, nawet krótkie, zgubnie odbijały się na ciekawskich; ślepi i głusi kołtuni żyli tutaj znacznie dłużej.
Now odszedł. Zbliżał się ranek. Łuks był ranny. Razwijar wyciągnął z bagaży torbę z zasuszonym trójlistnikiem. Liście, podobne do ptasich łap, jeszcze bardziej skurczyły się we wrzącej wodzie. Wywar pożółkł od kwiatów, drobnych, jaskrawych o ostrym zapachu.
Jaska trzęsła się cała.
— Wybacz — ledwie powstrzymywała łzy.
— Nic się nie stało. Inaczej by nas zabili.
— Nie uwierzył ci do końca. Ten Now. Podstawi szpiegów. Wokół domu pełno jest jego ludzi… Rano na pewno rozkaże obejrzeć trupy.
— Rano będziemy daleko stąd— powiedział, jak mógł najbardziej stanowczo. — Zbieraj się.
Sam przemył ranę Łuksa wywarem, nałożył czystą szmatkę, przewiązał. Półczłowiek milczał, niekiedy sycząc z bólu.
— Musimy dopracować walkę w parze — powiedział Razwijar.
— Nie z twoim mieczem — apatycznie odezwał się chimajryd. — Jeszcze mi ręce odrąbiesz.
W walce w parze jeździec ma dwa kindżały długie na dwa łokcie.
— We dwóch powaliliśmy ośmiu. Chodź, zrobimy ci tatuaż na pamiątkę tego zwycięstwa?
— W jakim miejscu? — posępnie zapytał Łuks.
— Na zadzie. Tak będzie bardziej widoczny.
— Na zadzie to brak szacunku dla zwycięstwa.
— To po prostu można wystrzyc ósemkę. Na boku.
— Albo przewiązać ogon wstążką — Łuks nerwowo ziewnął.
— Boli? — zapytał po chwili Razwijar.
— To dobrze — ni w pięć, ni w dziewięć odezwał się chimajryd. — Posłuchaj, wiesz przecież, że Jaska cię okłamała.
— Kiedy? — zapytał Razwijar, wszystko już doskonale pojmując.
— Dzisiaj. Skłamała. Ja z nią… Dzisiaj także się z nią kochałem. Jest moją żoną. Też mam do niej prawo.
— Oczywiście — powiedział Razwijar, czując się tak, jakby jego twarz powlekała się szronem.
Noc ciągnęła się nieznośnie długo. Ludzie Nowa kontrolowali najbliższe kwartały, ale niektórzy z nich zapewne służyli (lh watowi. Oczekiwali nowego napadu. Gwiazdy w końcu jednak zaczęły blednąc, a kruchy spokój zajazdu cały czas pozostawał nienaruszony.
Wyszli, ledwie niebo zaczynało szarzeć i szczęśliwie dotarli do rezydencji Nowa. Oczekiwał ich Dok–Szert w lekkim powozie, zaprzężonym w młodego rogacza. Były marynarz także nie spał wiele nocy — Razwijar zauważył szarawy odcień skóry i mętną ciecz zbierającą się w kącikach zmęczonych oczu.
— Śpieszysz się? — zapytał Dok–Szert.
— Zaniedbana minutka, przeoczona monetka. — Razwijar uśmiechnął się z wysiłkiem.
Przyboczny Nowa dał znak. Dziesięciu uzbrojonych ludzi wyszło z koszar i okrążyło powóz.
— O co chodzi? — spokojnie zapytał Heks.
— Ci ludzie pójdą z nami — powiedział Dok–Szert. — Nie potrzeba nam niespodzianek.
Powóz ruszył. Razwijar kroczył obok, jak ogłuszony, po pustych jeszcze ulicach Fier i w każdym momencie oczekiwał strzały zza rogu. Dziesiętnik Bran jechał na wozie, ponieważ był zbyt słaby, żeby iść pieszo. Łuks milczał, jego ręka wisiała na temblaku, przecięcie na czole zapiekło się brunatną linią. Także leżał na wozie, zwiesiwszy łapy, melancholijnie spoglądając to na drogę za nimi, to na jaśniejące niebo, to na garbatego, maleńkiego rogacza, który jeszcze kilka tygodni temu ssał wymię matki, a teraz ciągnął bez szczególnego wysiłku wóz z bagażem, chimajrydem i rosłym człowiekiem. Łuks jakby nie zauważał ludzi Nowa, którzy w milczeniu szli obok.
Jaska kroczyła między Razwijarem, a burtą wozu, jej nozdrza drżały.
— Nie… wydawaj… siebie — starał się nie poruszać wargami.
— Śledzą nas. Ścisnął jej rękę.
Pochód zamykał Dok–Szert. Heks przypomniał sobie szept rannego:
„Now… To jego ostatnie dni”. Możliwe, że w Fier szykował się nowy, krwawy przewrót.