Выбрать главу

Przypomniał sobie Jaszmę, młodego, głupiego flisaka. Jaki los go czeka? Odpłynąłby z Remyszem i całą załogą, przechodziłby całe życie w kole i stękał przy wiosłach, ale żyłby długo i umarł w swoim łóżku!

Zbliżała się strażnica.

Doszli do bram dokładnie w momencie, kiedy straż miejska wstąpiła na dzienną służbę.

Strażnicy naczelnika miasta weszli w bramę z dumnie uniesionymi głowami. Na początek III usieli zebrać z ulic ciała wszystkich tych, którzy nie przeżyli nocy w sławnym mieście Fier.

Pośród nich, pomyślał Razwijar, będzie tych ośmiu, którzy walają się pod zajazdem. Ośmiu zbirów. Przesunął językiem po wargach, starając się nawilżyć wyschnięte usta. Nawet gdyby strażnikom nie przyszło do głowy przyglądać się oszpeconym ciałom. Choćby zrzucili martwych do wspólnej mogiły dla wyrzutków, bez dochodzenia…

— Ej, zasnąłeś? — zapytał Dok–Szert.

Powóz z eskortą minął bramy i wytoczył się z Fier. Razwijar, ściskając rękę Jaski, wyszedł z miasta.

* * *

Furman na trzykółce musiał obrócić kilka razy, żeby przewieźć na drugą stronę góry niemały oddział podążających do zamku, Łuks źle zniósł podróż przez tunel.

— Miałem takie uczucie, jakby ktoś mnie zżarł — przyznał się. — Że jako jedzenie lecę po kiszkach… I wypadnę na samym końcu kulką kupy. I tak też się właściwie stało.

— Nie przesadzaj — powiedział Razwijar.

Przenocowali w Kipieli, w zajeździe z przyzwoitym noclegiem. Tak samo jak kiedyś, nad wodą ciepłego jeziora unosiła się para, wszyscy tak samo wylegiwali się na brzegach wód i na werandach zajazdów i uzdrowisk, ale ślady upadku widoczne były wszędzie.

W południe następnego dnia ruszyli w kierunku przełęczy. Poruszali się wolno, ponieważ rogacz z wozem został po tamtej stronie góry, Łuks był ranny, a dziesiętnik Bran — wykończony. Razwijar szedł przodem, czując wzrok Dok–Szerta na plecach, zbliżał się zamek, którego Heks nie widział całą wieczność.

Czy widmo władcy przychodzi w to miejsce, gdzie spotkała go śmierć?

Gdzie jest teraz ciało Poranka Bez Skazy? Co stało się z szybem u podstaw zamku? Kto siedzi w ruinach, zamknąwszy się przed całym światem, z kim przyjdzie się spotkać za kilka godzin?

Na przełęczy zatrzymał się dosłownie na jedną chwilę — zdjął ze słupa pożałowania godny, wyleniały ogon chimajryda, przybity tutaj nie wiadomo ile lat temu. Zdjął i przykrył kamieniami przy drodze. Nikt nie powiedział ani słowa, nikt się nie zatrzymał, oprócz Łuksa i Jaski.

— Idziemy — powiedział do nich Razwijar.

Kroczyli teraz w dół, uczęszczaną drogą. Razwijar poznawał okolice i nie poznawał ich zarazem. Rzeka, biegnąca po dnie wąwozu, dawno wróciła do poprzedniego koryta i tak samo jak kiedyś rozwiewały się wstęgi wodospadów, ale góry, zaniepokojone pamiętną straszną ulewą, nieznacznie, choć zauważalnie zmieniły swoją postać. Porosłe mchem skały cały czas podobne były do ludzkich twarzy, ale to były inne twarze — nie te, które pamiętał Heks.

Szedł coraz wolniej. Został w tyle za Dok–Szertem i jego zbirami. Dwóch z nich, posłusznych milczącemu rozkazowi, zostało w tyle razem z Razwijarem i szło tuż za jego plecami. Dwóch innych podążało za Jaską, dysząc jej w kark. Łuks ponury, ze zranioną ręką na temblaku, od czasu do czasu rzucał swojemu jeźdźcowi spojrzenia pełne niemego wyrzutu. Po co wplątałeś nas w tę beznadziejną sprawę?!

Heks zrównał się z dziesiętnikiem. Ten szedł z podniesioną głową, chciwie wpatrując się w drogę przed sobą. Mętne łzy zastygały w jego brodzie. Razwijarowi też łzawiły oczy, bowiem w wąwozie hulał ostry wiatr.

— Zaraz ukaże się zamek — powiedział do Brana. Dziesiętnik popatrzył na niego, jakby go nie poznawał — ze zmieszaniem i strachem.

— Jutro przyjdą karawany — dodał Razwijar, ponieważ nie był już w stanie trzymać dłużej języka za zębami. — Jutro. Kto tam teraz jest, jak myślisz? Kto tam siedzi w zamku? Może…

Dziesiętnik ciężko pokręcił głową.

— Widzisz ich? — zapytał, kierując wzrok gdzieś przed siebie i w górę, na skały.

— Kogo?

Dziesiętnik popatrzył z niedowierzaniem.

— Nie widzisz?

— Powiedz kogo, przypatrzę się.

— Nieee — przeciągnął dziesiętnik. — Nie trzeba… przypatrywać się. Oni są tutaj…

Chimajrydzi i ich kobiety, te, które nie rodziły. Dzieci przekleństwa.

Razwijar jeszcze raz bacznie przypatrzył się zboczom wzdłuż drogi.

— Bredzisz — powiedział twardo. — To przywidzenie.

— Nie — powtórzył Bran. — Może i przywidzenie… A może i prawda. Dzieci przekleństwa.

On wszedł do Jeziora Urodzaju, dotknął wody pierścieniem Poranka Bez Skazy. I powierzył mu przekleństwo… Patrz!

Razwijar wzdrygnął się, chwytając za miecz. Dziesiętnik spoglądał gdzieś ponad jego ramię, drżącą ręką wskazując przed siebie, tam, gdzie pośród skał wznosił się zamek.

Z daleka wydawał się nienaruszony.

* * *

Im bliżej podchodził do zamku maleńki oddział, tym straszniej robiło się Razwijarowi. Bał się, nie Nowa, nie ewentualnego niepowodzenia, nie Dok–Szerta i nie ostrza kindżału pod żebrem. Jego strach miał źródło w przeszłości; zastygłe przerażenie i przymilny głos w ciemności: „Miedziany Królu, Miedziany Królu…”.

Ten strach kiedyś zmusił go do przecięcia Nagórza, bez zatrzymywania się po drodze. Sądził, że dawno pozbył się tego strachu, ale teraz wychynął on z głębokich pokładów pamięci. Razwijar czuł, jak zamek patrzy na niego; ni to oczami zdziczałego, zrozpaczonego garnizonu, ni to martwymi oczami Poranka Bez Skazy, maga i nieboszczyka, wymytego wodą ze swojego podziemia. A może tak patrzył na półkrwi Heksa sam Miedziany Król.

Zamek w całości wyciosany był w skale niczym kamienne miasto — zamieszkałe kiedyś przez wolnonajemnych rzemieślników — z czterema okrągłymi basztami–kolumnami, pomiędzy którymi pajęczyną ciągnęły się galerie i wysokie sklepienia pałacu, które zajmował uprzednio władca. Odległość zmniejszała się, stawały się widoczne rozłamy i szczeliny, zniszczone mury i wieże, porosłe mchem okienka strzelnicze — z jednego z nich Razwijar kiedyś wypuścił najlepszą w życiu strzałę. Zamek był okaleczony i porzucony, ale nie był pusty. Ku niebu unosił się ledwie zauważalny dymek, coś skrywało się za ścianami, coś albo ktoś.

Zostawiwszy Brana, podszedł do Jaski. Patrzyła na zamek, w którym nigdy nie była. Jej nozdrza rozszerzały się.

— Co tam jest?

— Ludzie — odpowiedziała krótko.

— Wielu?

— Nie wiem.

— Jest wśród nich mag?

— Skąd?— Dziewczyna nagle roześmiała się.— Nieboszczyk, czy co? Nie, nie bój się, martwych nie ma w zamku, oni leżą wokół… Tutaj — powiodła ręką. — Pod kamieniami.

— Tutaj rozegrała się wielka bitwa — powiedział Razwijar.

— Ogień i deszcz, tak? Opowiadałeś.

— Możesz ochronić mnie przed strzałą?

— Przecież masz kolczugę — powiedziała Jaska po namyśle. — Kolczuga strażnika to bardzo dobra ochrona przed strzałą. W końcowej fazie jej lotu.

Uśmiechnął się.

— Dziękuję.

— Chciałabym cię chronić… w każdej chwili — powiedziała ze skruchą. — Spróbuję.

Pocałował ją i chciał odejść, ale go powstrzymała, chwyciwszy za rękaw.

— Posłuchaj… Ten człowiek, którego przyprowadziłeś z rynku niewolników. Starzec. Kim on jest?