Выбрать главу

— Moim nauczycielem. To dziesiętnik Bran. Uczył mnie władać mieczem, strzelać, ganiał do upadłego, nazywał smarkaczem…

— Czyli Łuks miał rację — Jaska nie odpowiedziała na jego uśmiech.

— Łuks? W czym?

— Ten człowiek służył w zamku poprzedniemu władcy. Był na tej wyprawie… na której ciebie nie było.

„On ją prowadził”, ledwie nie wyrwało się z ust Razwijarowi.

Kilka głosów złożyło się w jeden.

„Jedno pytanie, wodzu. Byłeś wtedy w Czarnym Szumie?”.

„Prowadziłem Plemię”.

Przypomniał sobie, jak stary Heks, który przeżył całe życie w siodle długonogiego jaszczura, odpowiedział na pytanie Razwijara i zaraz potem umarł. Przypomniał sobie, jak upadł na kolana przywódca Korunch, kat Kamiennej Strzałki. I jak dziesiętnik Bran, okaleczony i sprzedany w niewolę, powiedział, mrużąc rozgorączkowane oczy: „To kara za tę wyprawę… Za nową granicę… Pamiętasz ich głowy na pikach? Wszystko, co się z nimi stało i co się stało ze mną, to kara za ten najazd…”

— Łuks go poznał? — powoli zapytał Jaski.

— Nie, domyślił się.

Razwijar pokręcił głową:

— Domysły… To nic pewnego. Można się pomylić.

* * *

Chimajryd nabrał sił w ostatnich godzinach wędrówki. W wyniku działania trójlistnika rana goiła się szybko jak zwykle. Razwijar nic nie mówił, po prostu szedł, milcząc, obok towarzysza.

— Jesteśmy tak blisko — wymamrotał Łuks. — Idziemy… niemal wzdłuż starej granicy.

— Jak myślisz, śledzą nas?

Ten pokręcił kędzierzawą głową:

— Nie wiem… Śnił mi się dzisiaj brat. Szybki Tancerz.

Razwijar nie wiedział, co powiedzieć.

— Śni mi się już któryś raz z rzędu. Że jesteśmy dziećmi… Pierwszy raz poszliśmy sami na spacer… Kąpiemy się w strumieniu. Jest lato, świeci słońce. Zawodzą człapacze wśród kamieni.

Wiesz, kiedy jest ich dużo, one zawodzą całkiem składnie, prawie jak ludzie. I całe góry kwitną żółtym trójlistnikiem, jesteśmy cali w tym pyłku…. Woda unosi żółty pył… Tancerz siada na moim grzbiecie, ja biegnę do góry, po zboczu… On targa mnie za uszy, nie złośliwie, tak, wiesz, po łobuzersku, tak żartobliwie… Wszystko rozumiem. Że nie jestem dzieckiem, że on jest martwy. Że te zbocza dawno opustoszały, że człapacze milczą. Że nie rodzą się dzieci, idzie wojna, seniorzy klanu padają ze strzałami w szyjach. A on śmieje się na moim grzbiecie i stara się złapać mój ogon w biegu… Mówiłem mu, żeby tak nie robił, bo spadnie. I spada, a ja nie mogę go złapać…

Mówił jednostajnym głosem, patrząc przed siebie, twardo stawiając na drodze szerokie łapy.

— A teraz co, Razwijar? Nawet końca nosa nie mogę pokazać. Nie dlatego, że mnie zabiją. Po prostu jest mi wstyd, tak strasznie wstyd, że ich porzuciłem…

— Decyzja jeźdźcy — cicho przypomniał ten. — To ja zdecydowałem. I jeśli zdecyduję, że musimy tam iść, to znaczy, że pójdziemy razem.

Łuks popatrzył na niego. Nieoczekiwanie uśmiechnął się .— smutno i wesoło równocześnie.

— Wiesz, chciałbym, żebyś zobaczył Jezioro Urodzaju. To… takie piękne miejsce. I taki spokój. O świcie mgła unosi się strumieniami, jak… tysiąc przepięknych dziewcząt w białych szatach. I zdaje się, że słyszysz gaworzenie dzieci. A za dnia w wodzie odbija się cały świat, Nagórze i wszystko, co znajduje się poza jego granicami.

— „Nagóreni wierzą, że Jezioro Urodzaju mieści dusze wszystkich; nienarodzonych i już umarłych — w zamyśleniu przemówił Razwijar — i dlatego każdy magiczny obrządek jest zawsze związany z tym jeziorem… Każdy klan włada swoją częścią brzegu, którą nazywa się Wrotami Urodzaju, to miejsce jest czczone jak świątynia…”.

W myślach przewrócił stronicę.

— „…I zazdrośnie wystrzega się postronnych oczu. Byłem prawdopodobnie jedynym obcym, któremu…”.

— Ej, szkatułko na sekrety!

Dok–Szert podszedł całkiem blisko. Rozmawiający mimowolnie cofnęli się, mierząc wzrokiem odległość. Łuks poruszał rękojeścią miecza, jakby sprawdzał, czy się nie nagrzała.

Dok–Szert uśmiechnął się:

— Teraz rozłożymy się obozem… Nikt nie może chodzić sam. To mój rozkaz. Tutaj jest niebezpiecznie, kamień może zwalić się na głowę… Albo noga ugrzęznąć w szczelinie… A ty, sekretna szkatułko, jesteś cennym człowiekiem dla Nowa, a i dla Chwata też, skoro z jakiegoś powodu chce cię dostać. Nie zmuszaj mnie, bym dał ci większą obstawę!

* * *

Dolna galeria była zbudowana w taki sposób, żeby można było z niej obserwować i ostrzelać całą przestrzeń przed zamkiem plac przy dolnej ścianie i przed nią, ścieżkę, magazyny, drogi podjazdowe. Teraz placu nie było, mur prawie zrównał się z ziemią, magazyny osunęły się do rzeki, ścieżka także w połowie była zniszczona, jakby pochłonięta łapczywymi kęsami.

Przestrzeń przed galerią została przez kogoś oczyszczona z gruzów, żeby każdy nieproszony gość musiał pokazać się na odkrytym miejscu, stając się łatwym celem.

Razwijar nie zdecydował się ufać nocy, przecież chimajrydzi, a i niektórzy ludzie, widzą w ciemności. Podszedł tak blisko, jak na to pozwalała ostrożność. Potok na dnie wąwozu huczał głucho, jakby ściskając swoje nieproporcjonalnie ogromne koryto. Małemu Heksowi zdawało się, że rozróżnia oddechy ludzi, ukrytych w dolnej galerii.

Powąchał powietrze, naśladując Jaskę. Niczego szczególnego nie poczuł, tylko zapach nocy w górach, świeżej i wilgotnej, i jeszcze dym z ognisk. Ludzie Dok–Szerta rozłożyli obóz, przed nikim się nie kryjąc. Lecz tam, w ukrytej galerii, za okienkami strzelniczymi byli uzbrojeni ludzie, wiedzieli o przybyszach i gotowi byli przywitać ich gradem strzał.

Dok–Szert nie opuszczał Razwijara. Dziwne, jak dawny marynarz, przywykły do ciasnych kajut i kołysania pokładu, tak szybko zdołał przystosować się do kamiennych ścieżek, urwisk, szczelin. Niczym cień przylepił się do tego, kogo dostał polecenie śledzić. Uwolnić się od szpicla choćby na moment zdawało się niemożliwe.

Razwijar usiadł, skrył się za dużym odłamkiem muru. Była to część górnego balkonu, zbyt ciężka, żeby pozostali w zamku ludzie mogli ją sprzątnąć. Oparł się plecami o kamień, lękliwie popatrzył w górę. Przypomniał sobie, jak dziesiętnik Bran uczył strażników osłaniać się tarczą i równocześnie uderzać mieczem.

Tam wewnątrz nie ma chimajrydów, nie ma także włóczęgów, czy ludzi Imperatora. Tam są ci, z którymi Razwijar dzielił kiedyś życie w koszarach. To i dobrze, i bardzo źle. Wiedziałby jak podejść chimajrydów, a włóczęgów w ogóle nie brałby pod uwagę. Poszukać drogi objazdowej do zamku? Długo przyjdzie szukać. Zbirów jest zbyt mało, żeby wziąć galerię szturmem. Na przewlekłe oblężenie nikt się nie zgodzi — ani Dok–Szert, ani Now, ani tym bardziej Chwat.

Jaką rolę odgrywa Chwat w tej sprawie?

Wszyscy chcą dostać zamek, ze zmęczeniem pomyślał Razwijar. Ale to mnie jest on najbardziej potrzebny.

Rozdział czwarty

O świcie przyszły dwie pierwsze karawany i w wąwozie zrobiło się ciasno. Garbate rogacze stały z nisko opuszczonymi łbami. Wolnonajemni robotnicy siedzieli przy wozach, ponuro spoglądając na góry i na zamek, chłeptali polewkę, przygotowaną dla całej bandy przez trzech zręcznych kucharzy, wszyscy czekali na rozporządzenia. Dok–Szert się nie śpieszył. Wysłuchał sprawozdań swoich zbirów, dowiedział się, że w czasie drogi nie zaszło nic godnego uwagi, że drzewo i narzędzia dostarczono w całości, a karawana z niewolnikami została w tyle, najwyżej o dwa dni drogi. Prawdopodobnie nadzorcy gnali niewolników niemiłosiernie, pomyślał Razwijar.