A przecież wśród nich były i kobiety, które Dok–Szert jednak zakupił „dla wspólnych potrzeb”.
Rankiem, kiedy wzeszło słońce, przyleciał pocztowy nietoperz. Razwijar wiedział, że te zwierzęta są ślepe i nie rozróżniają dnia od nocy. Wiedział, że trzyma się je parami — samice zawsze wracają do rodzinnego gniazda, a samce odszukują swoje partnerki, gdziekolwiek by się znajdowały. Pocztowiec z miasta był samcem, stęsknionym za ukochaną. Para delikatnie nadskakiwała sobie w klatce, póki Dok–Szert czytał list od Nowa.
Razwijar, Jaska i Łuks trzymali się razem.
— Niepokoi się — Jaska wąchała wiatr, niosący zapach zaufanego Nowa. — Ale póki co…
Nie. Nic się nie stało.
Siedząc w kręgu, chłeptali resztki polewki i widzieli, jak Dok–Szert napisał odpowiedź do nocnego barona. Jak wziął z klatki samicę i wypuścił w poranne niebo — nietoperzyca poleciała do gniazda, do portu Fier, do posiadłości Nowa, a samiec, który dopiero co pokonał długą drogę dla spotkania, znów zaczął tęsknić w samotności, zawisnąwszy w klatce głową do dołu.
— Szkatułko. — Dok–Szert znalazł wzrokiem Razwijara. — Co teraz?
— Teraz razem z Branem przespacerujemy się do bramy.
Dziesiętnik nocował w parowie osłoniętym od wiatru i do tej pory nie wstał. Odrzuciwszy płaszcz, który służył dawnemu nauczycielowi za koc, Razwijar zobaczył troskliwie okutany kamień.
Po półgodzinie gorączkowych poszukiwań, stało się jasne, że Bran zniknął z obozu. Ludzie na usługach Nowa śledzili dziesiętnika niezbyt dokładnie, ponieważ nie oczekiwali takiej werwy u starego, okaleczonego niewolnika. Dok–Szert chodził po grani, spoglądając na zamek, a wzrok byłego marynarza sprawił, że następca władcy kamiennego zamku skulił się w sobie.
— Sprytnie to ustawiłeś, szkatułko.
— Nie brałem w tym udziału — powiedział Razwijar przez zęby. — On był mi potrzebny, żeby wejść do zamku. Zdradził mnie.
— Dlaczego mam ci wierzyć? Zbyt dużo wokół ciebie… ciemnych miejsc, szkatułko na sekrety. Zbyt dużo dziwnych ludzi.
— Jak i wokół ciebie — nie wytrzymał ten.
— Nie myśl. Że wyjdziesz. Suchy. Z wody — bardzo wolno powiedział Dok–Szert. — Zabiję dziewkę na twoich oczach, a potem rozpruję ci brzuch, żebyś przed śmiercią nacieszył wzrok brudnymi kiszkami Heksa…
— Ostrożnie — powiedział Razwijar prawie szeptem.
Oprych bacznie spojrzał mu w oczy. Wypalona słońcem, poprzecinana zmarszczkami twarz byłego marynarza nagle zastygła, jakby zobaczył w płytkiej wodzie swoją śmierć.
— Ostrożnie — cicho i spokojnie powtórzył rozmówca. — Jeśli ci życie miłe.
W świetle dnia wyraźnie widoczne były włócznie, sterczące wśród kamieni tu i tam — na ostrzach, według dawnego przyzwyczajenia strażników, nasadzone były głowy. To byli, najprawdopodobniej, dawno zabici szabrownicy, żadnego nie można było poznać, żółte czaszki szczerzyły się, strasząc nieproszonych gości.
Nie miał czasu myśleć o Branie i o tym, jak przedostał się on w nocy do zamku — możliwe, że zaraz po tym, jak Razwijar sam odwiedzał to miejsce. Dziesiętnik wykrzyknął stare hasło, u może po prostu podał swoje imię. Teraz jest wśród swoich, ale w potrzasku, otoczony przez wrogich żołnierzy. Teraz w zamku wiedzą wszystko, co Razwijar chciałby przed nimi zataić i będą bronić tego, co zostało, do ostatniego tchu.
„Byłby teraz niewolnikiem na bazarze! Byłby trupem, gdyby nie ja!”. — Chciało mu się krzyczeć, ale milczał, doskonale rozumiejąc i dziesiętnika i złożoność swojego położenia.
— Co teraz zrobimy? — zapytała Jaska.
Kręciła na palcu drewniany pierścionek, ten, który Razwijar wystrugał jej jeszcze w Pękatym Borze. Pierścionek nie miał żadnej czarodziejskiej siły, ale Jaska i tak nakładała go, kiedy w jej przekonaniu, pojawiała się konieczność magii.
— Mogę z tobą pójść?
Popatrzył na nią; delikatną, bladą, z nierówno podciętymi włosami do ramion. W chłopskiej sukience, którą kiedyś pożyczyli od Akki. Na dziewczynę wywołującą burzę, wypuszczającą błyskawice z dłoni… nieposłuszne błyskawice.
— Dlaczego do tej pory nie uszyliśmy dla ciebie nowej sukienki? — zapytał na głos. — Dlaczego wciąż nie masz naszyjnika? Bransolet? Trzewików na złotych obcasach?
— Mogę z tobą pójść? Razwijar…
Uśmiechnął się:
— Idziemy.
Podał jej ramię. Jaska uchwyciła się go i szczęśliwa uśmiechnęła się.
— A wy dokąd? — ostro zapytał Łuks.
— Pospacerujemy.
— Chcesz, żeby ją zabili?!
Razwijar spojrzał na niego. Chimajryd speszył się:
— Posłuchaj, wśród skał mogą kryć się szpiedzy…
— Dziewczynie potrzebne jest świeże powietrze — twardo powiedziała Jaska.
Bez pośpiechu, jak na spacerze, ruszyli na obchód zamku, trzymając się na widoku. Mag z drewnianym pierścieniem wspierała się na ramieniu Heksa.
— Wyczuwam łudzi — dziewczyna ledwie poruszała wargami. — Na galerii.
— Będą strzelać?
— Tak.
— Dobrze. Nie bój się.
Przeszli obok włóczni z nadzianą na niej czaszką. Minęli kupę rupieci, zostawioną tutaj z czasów, kiedy walił się zamek — przewrócony wóz, rozbite beczki, zgniłe tłumoki, skorupy glinianych naczyń. Pośród kamieni wyraźnie widoczne były ścieżki, z których korzystali szabrownicy i mieszkańcy zamku. Chrzęściły pod nogami drobne kamyczki, kawałki szkła, a może i rozdrobnione kości.
Zamek milczał. Okienka strzelnicze, którymi upstrzona była dolna galeria, okazały się wymyślnymi ozdobami — krzyże i krzywe linie, zygzaki i czarne kropki. Za nimi, Razwijar to wiedział, ukrywały się cudze spojrzenia i ostrza strzał, nałożonych na cięciwę. Skórą odczuwał niebezpieczeństwo otaczające zamek — do tego zębatego kamienia, podobnego do potarganej głowy, doleci z galerii strzała. A do tego szarego, rozłupanego — nie.
— Dokąd idziemy? — zapytała Jaska.
— Spacerujemy.
Przeszli wzdłuż potoku, trzymając się w przyzwoitej odległości od zamku. Za nimi, w odległości nie mniej przyzwoitej, szła para uzbrojonych zbirów.
— Tutaj wypuściłem Łuksa — powiedział Razwijar, spoglądając na pieniącą się wodę.
— Tutaj?
— Brzeg jest teraz inny, rozmyło go. Chimajryd był jeńcem. To ja go pojmałem. Władca rozkazał go zabić. Przywiodłem go tu… i wypuściłem wolno.
— Opowiadał mi — powiedziała Jaska.
Razwijar odwrócił się:
— Naprawdę? Co jeszcze o mnie opowiadał?
— Że chciałby umrzeć za ciebie?
— C–c–co?!
— Że chciałby umrzeć za ciebie, ale… ale powiedział, że nigdy się przed tobą do tego nie przyzna. To zbyt… patetyczne, tak powiedział.
Razwijar usiadł na kamieniu. Jaska, podebrawszy poły spódnicy, usiadła obok.
— Długo na ciebie czekaliśmy. Najpierw na tratwie, potem tam, w mieście. Wiele razy myśleliśmy, że nigdy więcej cię nie zobaczymy. Trzeba było jakoś podtrzymywać na duchu siebie nawzajem…
— Rozumiem — powiedział Razwijar.