— Dokąd płynie ta rzeka?
— Dalej wzdłuż granicy Nagórza, ziem chimajrydów… Tam były wioski, wiele wiosek, mieszkali w nich pasterze, wypasali przyślepki… A dalej rzeka wpada w drugą, ogromną, już na granicy Imperium.
Jaska zmrużyła oczy.
— Latają tutaj patrole?
— Nie. To znaczy, wcześniej nie latały, a…
Skrzydlaty cień mignął na horyzoncie — daleko. Może nad samym Jeziorem Urodzaju.
— Teraz latają — powiedział Razwijar zrezygnowanym głosem.
— Dla patroli zamek jest niebezpieczny. Można się ukryć i ostrzelać ze strzelniczych otworów w ścianach — Jaska rozmyślała na głos. — Muszę dużo myśleć. Bardzo dużo się uczyć. A ja się boję.
— Swojej magii?
— Tak.
— Wiesz — powiedział Razwijar. — Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę cię zmuszał.
I nawet prosił. Przeciwnie. Teraz, kiedy naszemu życiu nic nie grozi…
— Nic nie grozi?! — dziewczyna popatrzyła na niego zdziwiona, jej oczy stały się okrągłe jak monety. — Dok–Szert ma zamiar nas zabić! Bran uważa cię za zdrajcę i także chce cię zabić! A jeśli nie znajdziesz sposobu, jak wejść do zamku do czasu, kiedy przyjdzie karawana z niewolnikami, Now także zechce cię zabić! Przecież nawet nie wiem, co ty mu obiecałeś…
— Jaska — powiedział. — Zawsze prosiłem cię o pomoc tylko wtedy, kiedy nie można było się bez tego obejść. A teraz…
Jej nozdrza zadrżały. Razwijar zamilkł.
— Co się stało?
— Wiatr się zmienił. Po prostu wiatr się zmienił. I, zdaje się…
— Co?
Poderwała się z miejsca.
— Chodź, przejdziemy dalej… W dół, wzdłuż rzeki. Tam nikogo nie ma.
— To po co mamy tam iść?
— Zdaje mi się… że tam jest wielka przestrzeń pod ziemią. Rzeka wymyła. Grota albo pieczara. Nie wiem dokładnie. Ale mam ochotę na to popatrzeć. Takie… przeczucie.
— Chodźmy zatem — powiedział po krótkiej chwili. I dodał: — Wasza wysokość.
Niebo zaciągnęło się łuską obłoków. Jaska szła, jak przedtem opierając się na jego ręce, wysoka, gibka, z dumnie uniesioną głową.
— Odbudujemy wielką salę z błyszczącą podłogą, będziesz tam tańczyła — powiedział Razwijar.
— Co?
— Kiedy zostanę władcą zamku, odbudujemy wielką salę, żebyś mogła tańczyć, a w kominku będzie palił się ogień. Bibliotekę z wieloma książkami, które będę ci czytał. Nazwę siebie panującym… nie, królem. A ty będziesz królową.
— A Now? A Chwat?
— Oni są tylko rozbójnikami. Ich miejsce na szubienicy.
— A… Łuks?
Jaska stanęła, nie odwracając się.
— Łuks — powiedział wolno Razwijar. — Może uczynię go swoim namiestnikiem w Nagórzu, ustanowię władcą chimnjrydów?
— Ty chcesz się go pozbyć — sucho powiedziała Jaska.
— Ja?!
Dziewczyna ruszyła dalej, balansując na kamieniach, nie szukając jego ręki, żeby się oprzeć.
— Posłuchaj, on jest moim bratem! — powiedział do jej delikatnych, wiotkich pleców. — I nie śmiej nigdy mówić, że ja…
Z przerażającym trzaskiem ziemia zapadła się pod nogami Jaski. Razwijar ledwie zdążył złapać ją za rękę. Zawisła, machając nogami w pustce, mężczyzna zwalił się na bok, wyciągając ją i starając się samemu utrzymać. Przerzuciwszy lekkie ciało przez siebie, skoczył na nogi. Tam, gdzie przed chwilą jeszcze, zdawało się, była twarda ziemia, teraz zapadł się w rzekę jeszcze jeden kawał drogi, rozmiaru stołu na dwadzieścia cztery osoby. A na przeciwległym skraju osuwiska, w pionowej ścianie czerniała jama.
— Tam jest trup — powiedziała Jaska.
Ludzie Dok–Szerta nieźle się przestraszyli. Ujrzawszy swoich „podopiecznych” żywych i na miejscu, zaczęli wzajemnie sobie wymyślać. Razwijar kazał im milczeć, takim tonem, że opryszki posłuchały. Jeden pobiegł do Dok–Szerta po pomoc, a drugi został, by mieć baczenie na wszystko.
— Tam jest trup. Pod ziemią.
— Mogiła? Grobowiec?
— Nie. Nie wiem.
— Ej! Ty dokąd?! — krzyknął zbir, chwytając za broń.
— Nie ucieknę — powiedział Razwijar z odrazą. — Masz sznur?
— Skąd?
— To chociaż pas mi rzuć. Chcę popatrzeć, co tam jest, może skarb?
Oprych rozpogodził się:
— Dawaj, sam zlezę.
— Zawali się — wysunął przypuszczenie Razwijar.
Zbir stracił humor. Był prostym chłopem, w jakiś sposób podobnym do postarzałego flisaka Jaszmy — najprawdopodobniej w młodości z kimś zadarł, a potem, żeby ocalić skórę, musiał się nająć na służbę do Nowa.
Pół–Heks spuścił się w przełom. Ciemna jama w ścianie naprzeciwko przyciągała i przerażała równocześnie.
— Nie ma lampy?
— I sznurek ci potrzebny, i lampa — sarkał zbir. — Może jeszcze mydło?
Razwijar, więcej z nim nie dyskutując, podszedł do przełomu i, starając się nie zasłaniać światła, zajrzał do środka.
Turkusowy kamień żarzył się w ciemności i to było pierwsze, co Razwijar zobaczył. Tak, ten sam turkusowy kamień w złotym pierścieniu. Później, kiedy oczy przywykły do półmroku, zobaczył, że pierścień jest nałożony na kość, a ręka, która kiedyś go nosiła, prawie całkowicie rozpadła się w proch.
Poranek Bez Skazy, mag chimajryd, leżał na poduszce z piasku i śmieci przyniesionych przez wodę. Jego bogata odzież zetlała. Jego ciało pomarszczyło się, obnażając kości. Pozostał prawie szkieletem — czworonożny półczłowiek z ogromnymi pazurami, które teraz były widoczne w całej okazałości, ponieważ nie ocalały poduszeczki łap. Ale jego twarz, dziwnym trafem, zachowała się niemal nienaruszona — smagła, drapieżna, z głęboko zapadniętymi oczami.
Martwy mag leżał, jak i wcześniej, w pozie śpiącego. Lewa ręka była przyciśnięta do piersi, a prawa wyciągnięta daleko na bok, jakby nieboszczyk na coś wskazywał. Pierścień błyszczał w półmroku.
— Nie potrzebuję tego, co twoje, Poranku Bez Skazy — wyszeptał Razwijar, mimowolnie powtarzając dawne słowa władcy.
Nieboszczyk nie odpowiedział. Leżał pod ziemią wiele miesięcy, beztrosko ułożywszy się na poduszce z powoli wysychającego piasku. Jakby na coś czekał… i teraz, w końcu, doczekał się.
Sklepienie pieczary, strasznie niskie, legło Razwijarowi na ramionach i powrócił zapomniany strach — strach znalezienia się zamkniętym w ciele ziemi, bez powietrza i światła. Włosy stanęły mu dęba.
— Nie potrzebuję tego, co twoje — powiedział Razwijar i cofnął się.
Całkiem blisko szumiała rzeka. Trzeszczały kamienie — może w ciągu kilku chwil należało oczekiwać kolejnego obsuwu. Razwijara zalał zimny pot na myśl, że może na zawsze zostać pod ziemią razem z nieboszczykiem, którego i obecność była odczuwalna jak dotyk zimnych rąk, zaciskających się na szyi.
— Razwijar! — głośno zawołała Jaska z zewnątrz. Jej głos rozwiał przytłaczającą go wizję.
— Co tam jest?
— Nie potrzebuję tego, co twoje! — po raz trzeci powtórzył półkrwi Heks. — Pozostań martwym!
I wydostał się z pieczary pod niebo.
Wróciła pomoc z obozu — sam herszt, a wraz z nim trzech ludzi ze sznurami i drągami. Zbiry nie odczuwały lęku przed martwym magiem, ale Dok–Szert wiedział więcej niż oni i długo milczał, kiedy Razwijar opowiedział o swoim znalezisku.