Выбрать главу

— Nie trzeba go ruszać — zakończył swoją relację samozwwańczy spadkobierca zamku.

Dok–Szert zaklął.

— Nadchodzi czas, szkatułko. Kiedy wejdziemy do zamku?

— Jutro — powiedział Razwijar.

Ten długo mu się przyglądał, w końcu uśmiechnął się:

— Jesteś bardzo pewny siebie, Heksie. Jeśli oszukujesz, ugotuję cię w kotle. Już robiłem takie rzeczy.

— Nie wątpię — powiedział Razwijar. — Nie wątpię, że robiłeś.

Osuwisko uspokoiło się. Masy skalne przestały wydawać głuche dźwięki. Rzeka oswoiła się z nową linią brzegu, a woda pieniła się wokół kamieni, z wyglądu niespokojna i bezsilna. W rzeczywistości — Razwijar to wiedział — kamienie już popadły we władzę stałej, niestrudzonej, bezlitosnej siły, która, zlizując po ziarnku piasku na rok, przegryza przejścia w ciele kamienia, zaokrągla ostre brzegi, ukrywa to, co jawne i ujawnia to, co ukryte. Woda podobna jest do czasu, pomyślał „maleńki Heks” i uśmiechnął się. Tam, pod ziemią przeżył taki wstrząs, że teraz jego myśli były bezkształtne i abstrakcyjne.

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło. W tym czasie jednak ludzie Dok–Szerta utorowali tymczasową drogę przez wyrwę, ale w dół, do pieczary, nie schodzili. Dziewczyna jakiś czas siedziała obok, potem znikła. Nie od razu to zauważył.

— Jaska?

Dwóch zbirów wyznaczonych do szpiegowania spojrzało na niego podejrzliwie.

— Gdzie dziewczyna?! — zapytał ich. — Gdzie patrzycie, przyślepki zatracone, oczy macie w zadach?!

W tym momencie Jaska wyjrzała z pieczary na dnie wyrwy, stanęła i zmrużyła oczy od jaskrawego dziennego światła.

Zastygł na mgnienie chwili. Potem skoczył w dół, czując jak drgnął kamień pod jego nogami.

Znowu zatrzeszczała ziemia, Razwijar chwycił dziewczynę za ramiona, gotowy ją zabić.

— A ty co?! Ty…

— Czekaj — była bardzo blada, z przegryzioną do krwi delikatną wargą. — Pomóż mi… wyjść.

Z pomocą zbirów wyciągnął ją na górę i wyszedł sam. Rzeka szumiała, delikatnie podmywając brzeg, wgryzając się w skałę. Dziewczyna często mrugała, kuliła się, przyciskała do piersi silnie zaciśnięte pięści.

— Po co tam poszłaś? Po co?!

— Idziemy — trochę odpocząwszy, pociągnęła go z powrotem wzdłuż brzegu. Pilnujący zostali w tyle.

— Jaska? — Teraz, kiedy panika i wściekłość ustąpiły, Razwijar odczuł nowe, narastające zaniepokojenie. — Posłuchaj… co…?

Kiwnęła głową ptasim ruchem, jakby dziobnęła. Otworzyła lewą rękę. Popatrzyła na czerwoną dłoń ze śladami wbitych paznokci. Lewą dłonią rozwarła prawą — z widocznym wysiłkiem.

Niewiarygodnie błysnął pod niebem turkusowy kamień.

Razwijar zachwiał się.

— On mi go oddał — wyszeptała dziewczyna. — Klnę się na wszystko. Sam mi oddał.

— On jest martwy.

— Tak. On jest strasznie silny, nawet martwy…

Jaska nagle objęła go lewą ręką… Mocno ścisnęła. Puściła. Zaczęła gorączkowo mówić, w pośpiechu połykając słowa:

— Tylko raz widziałam maga. Siostrzeńca nie liczę, on jest jeszcze całkiem mały. Tylko raz, tego starca, który przyleciał na skrzydlaku po chłopca, a ja go ogłuszyłam… A teraz widziałam prawdziwego maga, rozumiesz. Martwego… pierwszy raz w życiu. Zrozumiałam, co to jest.

Znowu otworzyła pięść. Pierścień Poranka Bez Skazy leżał na jej dłoni.

— Wiesz, kim on jest? — cicho zapytał Razwijar.

— Tak. Zdrajcą, zabójcą, oprawcą swojego narodu. Straszny człowiek… to znaczy półczłowiek. Rozumiesz, pomogło mi to, że on jest chimajrydem, wyobraziłam sobie Łuksa i zrobiło mi się mniej strasznie… Po prostu weszłam i patrzyłam na niego, czułam się okropnie, rozumiejąc, kim jest. I nagle jego ręka — prawa — całkowicie się rozsypała… W pył… I pierścień się potoczył w moim kierunku. I wtedy, kiedy toczył się po kamieniu, stało się dla mnie jasne jak słońce, że Poranek mi go oddaje. On wiedział, że jestem… magiem, rozumiesz.

Razwijar szybko się rozejrzał. Zbiry były całkiem blisko, ale szumiała rzeka, zagłuszając słowa.

— Nikt nie powinien wiedzieć — odezwał się, czując jak pęka mu wyschnięta skóra na wargach.

Zatrzymali się obok tego samego miejsca, gdzie siedzieli jeszcze godzinę temu, patrząc na góry i rzekę. Tutaj, gdzie kiedyś wypuścił Łuksa, zamiast wypełnić rozkaz władcy i zabić jeńca.

Razwijar był wstrząśnięty spotkaniem z Porankiem Bez Skazy, ale to, co stało się z dziewczyną, rozbiło go zupełnie.

— Nikt nie powinien — powtórzył szeptem. — Daj, schowamy ten pierścionek.

— Nałożę go.

— Jaska…

— Nałożę i zamotam palec szmatką. Nikt nie zobaczy.

— Jaska, to jego pierścień.

— Każdy mag powinien mieć pierścień. Tak mówiłeś — popatrzyła na swoją lewą rękę z włożonym na palec drewnianym pierścionkiem. — I jeszcze to, że każdy mag powinien mieć nauczyciela. Uznamy zatem, że Poranek Bez Skazy jest moim nauczycielem. On sam tak zdecydował.

I zanim Razwijar zdążył ją powstrzymać, włożyła pierścień z turkusowym kamieniem na wskazujący palec prawej ręki.

* * *

Wieczorem przybył goniec: karawana z niewolnikami zatrzymała się na noc w Kipieli. Ludzie zmęczyli się szybkim marszem, karawaniarz przestraszył się, że towar dotrze niezdatny do użytku i pozwolił niewolnikom odpocząć na brzegu ciepłego jeziora.

— Powiedziałeś „jutro”, szkatułko — przypomniał Dok–Szert.

— Powiedziałem — zgodził się Razwijar. — Odejdź i daj mi pomyśleć i przygotować się.

Były marynarz powstrzymał się od dalszej rozmowy. Zapewne wyobraził sobie, jak będzie gotował Razwijara w kotle. Błysnął oczami i odszedł.

— Niczego nie czujesz? — piąty raz zapytał Łuks Jaski. Ta siedziała, kołysząc delikatnie rękę z przewiązanym szmatką palcem niczym lalkę. Palec nie był uszkodzony. Opatrunek skrywał pierścień Poranka Bez Skazy.

— Nic — odezwała się nieobecnym głosem. — Oprócz tego, że pierścień trafił mi się w samą porę… Myślałam, że odkryje się przede mną coś nowego — przyznała z nieoczekiwanym żalem.

Razwijar patrzył na zamek.

Dzisiaj ostrzelano ludzi Dok–Szerta. Kryjąc się wśród kamieni, opryszki podeszły zbyt blisko.

Dwóch zostało lekko rannych. Stało się zupełnie oczywiste, że szturmem zamku nie wezmą.

Obrońcy nie oszczędzali strzał.

— Na dolnej kondygnacji jest zbrojownia — powiedział Razwijar. — Kuźnia, zapas…

— Powiedz, specjalnie przyprowadziłeś tego starca? Żeby wpuścić go do zamku? — nieoczekiwanie zapytał Łuks.

— Nie. Słowo honoru. Przeciwnie — myślałem, że dziesiętnik Bran pomoże się z nimi dogadać.

Chimajryd z trzaskiem poderwał chwościk na końcu swojego ogona.

— Czy Poranek Bez Skazy może pomóc nam wejść do zamku?

— Poranek Bez Skazy nigdy nikomu nie pomagał — odpowiedziała za Razwijara Jaska. — Tylko sobie.

Jej nozdrza rozdymały się. Samozwańczy spadkobierca zamku stał się czujny:

— Czujesz coś?

Milczała.

— Tak — odpowiedziała po chwili bez przekonania. — Pachnie dymem.

— To, to i ja czuję — powiedział Łuks. — Palą drewno pierwszej klasy! Przepuszczają nasze drwa! Nasz przyjaciel, handlarz Remysz, włosy by sobie powyrywał z żalu!