Выбрать главу

— To inny dym — Jaska skuliła się. — Razwijar… pójdziesz ze mną?

— Dlaczego proponujesz tylko jemu? — Chimajryd aż podskoczył na wszystkich czterech łapach. — Dzisiaj już razem chodziliście… Razwijar, proszę, poczekaj na nas tutaj!

— Jesteś ranny…

— Byłem! Nie szukaj wymówek, ona jest także moją żoną! Dlaczego mamy nie pójść we dwoje? Po prostu pospacerować? Po prostu.

Pół–Heks zobaczył, jak Jaska się zmieszała.

Widział, jak błyszczą oczy Łuksa i jak jego smagła skóra staje się jeszcze, ciemniejsza od zalewającego go rumieńca.

Obejrzał się. Zbiry przysłuchiwały się ich słowom. Oczywiście powleką się w ślad za nimi, będą obserwować i pomogą w przypadku niebezpieczeństwa. Chimajryd w jednej rzeczy miał rację, na myśl o ich przyszłym spacerze, Razwijarowi jakby rozprostowała się w piersiach żelazna wstęga z zaostrzonymi krajami.

— Idźcie, jeśli chcecie — powiedział sucho.

Jaska potknęła się. Łuks podtrzymał ją za łokieć i dosłownie pociągnął na szczyt po stromej ścieżce, na jego bokach kołysały się klingi w pochwach. I nie nauczyliśmy się walki w parze, pomyślał Razwijar. Z tarczami… Osłaniając się przed strzałami… Spośród jeźdźców nagóreńskich wywodzą się doskonali łowcy na skrzydlakach…

Zmierzchało. Zamek stał, potężny i żałosny w swoim zaniedbaniu. Wiedział, że próby odzyskania podziemnych i skalnych przejść do niczego nie doprowadziły — wszędzie były tylko zapory, zwaliska, niektóre naturalne, a inne wytworzone ludzkimi rękami. Obrońcy ruin zabezpieczyli się na wypadek ataku od tyłu.

Gdzie pogrzebali władcę, pomyślał Razwijar ze smutkiem. Co stało się z jego mogiłą?

„Miedziany Królu, Miedziany Królu…”.

Potarł uszy dłońmi. Było mu zimno, z każdą minutą coraz bardziej. W takich chwilach — bezczynności, odrętwienia — zawsze przychodziła mu do głowy jedna i ta sama myśl. I teraz, siedząc na kamieniu, mechanicznie zaczął przeglądać w myślach wszystko co ma, starając się odnaleźć coś, na czym mu naprawdę zależy.

Och, jak dobrze byłoby znaleźć się na pustyni, umierać z pragnienia i znaleźć źródło. I oddać je w ofierze Miedzianemu Królowi, śmiejąc się ze szczęścia popękanymi wargami. Jak drżał głos władcy, jak trzęsła się jego ręka.

Słońce dawno zaszło za góry. W mroku okolice zamku na chwilę stały się znajome — takie, jakimi pamiętał je Razwijar. Oto ścieżka, po której ganiał go dziesiętnik Bran z workiem kamieni na plecach. A tam dalej stała szopa, gdzie przechowywano narzędzia; kilofy, łopaty, bloki i łańcuchy, koromysła. A jeśli zadarło się głowę można było rozróżnić okno Wschodniej Ciemnicy, gdzie spędził wiele nocy, wspominając las, dom, ojca i matkę.

Heks zmrużył oczy, starając się chociaż odrobinę, chociaż we fragmentach przywrócić te wspomnienia. Ale nie widział ani lasu, ani wiewiórek, ani świetlików. Tylko zgliszcza. Tylko ruiny.

— Miedziany Królu! — wyszeptał przez zęby.

Chęć, żeby niezwłocznie złożyć coś w ofierze, zmienić się, rozjaśnić od wewnątrz, była tak silna jak głód i pragnienie. Wpatrzył się w swoje dłonie — co? Co on ma?!

— Przesiadujesz tu sobie, szkatułko?

Poznał głos przybysza, ale się nie odwrócił. Były marynarz podszedł szeroko stawiając nogi, pod jego sapogami chrzęściły kamienie.

— Twoja baba całuje się z półczłowiekiem — powiedział Dok–Szert z nieukrywanym zadowoleniem. — To sobie popatrzyłem…

Razwijar milczał.

— U zwierza przymioty trochę większe od twoich — oprych ziewnął ostentacyjnie. — A u pociągowego rogacza, na przykład, jeszcze większe. Co? Ta twoja gustuje w czworonogich?

Milczał dalej.

— Wymyśliłeś jak wejść do zamku? — łagodniej zapytał Dok–Szert.

Po raz kolejny odpowiedziało mu uparte milczenie.

— Myśl — łaskawie przyzwolił powiernik Nowa i odszedł. Razwijar słyszał, jak oddala się chrzęst kamieni pod jego nogami. Popatrzył na swoją rękę, ściśniętą w pięść. Między palcami pojawiła się krew. Ostry kamyczek, ściśnięty w dłoni, głęboko poranił skórę.

Szybko się ściemniało.

— Razwijar!

Odwrócił się.

Przelatując z kamienia na kamień, zbiegając po wręcz pionowym stoku lekko, jak może tylko schodzić woda i chimajrydzi, mknął ku niemu Łuks z Jaską na grzbiecie. Policzki dziewczyny zrobiły się jaskrawoczerwone od szalonego pędu, albo od czegoś innego. Półczłowiek podskoczył ku Razwijarowi i stanął jak wryty. Siedzącego pół–Heksa owionął gorący wiatr, zmieszany z zapachem ich ciał. Dobrze, że w półmroku Jaska nie widziała jego twarzy. A Łuks…

— Chodź z nami — wyrzuciła z siebie dziewczyna. — Proszę. Chodźmy.

* * *

Niebo, które przygasło do bladoopalowego koloru, jakby rozmyśliło się ciemnieć i ukryło się, wypuszczając trzy, cztery jasne gwiazdy. Zębate szczyty gór, otaczały je jak spokojne jezioro.

Łuks szedł przodem, cały czas niosąc na grzbiecie Jaśkę. Razwijar przedzierał się ich śladem.

Za nimi coś krzyczeli zbóje Dok–Szerta, najpierw grozili i kazali się zatrzymać, potem rzucili się, żeby ich dogonić, nie spuszczając podopiecznych z pola widzenia. Zbliżała się do nich obstawa.

— Co tam? — kłótliwie zapytał Razwijar.

— Dym! — wykrzyknęła Jaska. — Musimy tam iść. Łuks! Na lewo!

Spadkobierca zamku nagle poznał to miejsce. Oto wieża strażnicza, na której kiedyś siedział łucznik. Oto zakręt drogi, za którym traci się budowlę z widoku.

— Dym? Gdzie?!

— Tam! Wyżej!

Teraz Razwijar sam poczuł ten zapach. Mimochodem przypomniał sobie opowiadanie flisaka Jaszmy, który znalazł w ruinach puchar i widział dym, wysoko na stoku…

— Powinieneś popatrzeć — powiedziała Jaska ciężko dysząc. — Nie podchodziliśmy blisko… Powinieneś sam…

Łuks nagle przypadł do ziemi wszystkimi czterema łapami. Jaśkę zarzuciło na jego grzbiecie.

— Bogini Wof — chimajryd wzdrygnął się od głowy po koniuszek ogona. — Ja tam nie pójdę. To…

Patrzył przed siebie, tam, gdzie w mroku widniał słup czarnego dymu.

— Tak — powiedział Razwijar, czując, jak wracają mu siły.

— Kto to znalazł? Ty, Jaska?

Uścisnął ją tak, że aż zapiszczała:

— Puść!

— Wasza wysokość…

— Puść, durniu!

Łuks przełknął ślinę:

— Ja… nie pójdę tam. Nie lubię ich.

— Poczekaj tutaj. Jaska, ty też.

— Pójdę z tobą! Ja to znalazłam…

— Poczekaj.

Nowe gniazdo znalazło się obok starego — niżej o jeden zakręt na drodze. Nie było ani kamieni, jakimi zazwyczaj obkłada się siedlisko ogniewuchy, ani bloków, ani łańcuchów, ani wartowników. Razwijar wstrzymując oddech przysłonił twarz ramieniem i zajrzał w dół, do jamy, w której znajdowało się gniazdo.

Oczy od razu zaczęły mu łzawić od dymu i żaru. Mrugając i strącając łzy, zobaczył maleńkiego, chudego ptaszka, z długim ogonem, podobnego do dużego czerkuna. Po jego piórach biegały iskry. Siedział, rozpostarłszy ogromne, przezroczyste skrzydła — przykrywał składowisko z trzech jaj rozgrzanych do czerwoności, podobnych do wielkich szpetnych głów.

Razwijar wyprostował się, czując, że nie starcza mu powietrza. Odpełznął na bok, odetchnął.

W głowie nie miał żadnej myśli, tylko dudniła krew.

Oderwał kawał materiału od płaszcza i obwiązał twarz. Wstrzymał oddech i znowu pochylił się nad gniazdem. Długi miecz Heksów sięgał niemal samego dna.