Выбрать главу

Razwijar położył się na brzuchu na gorących okopconych kamieniach. Ostrzem miecza wytoczył jajko spod skrzydła rozgrzanego ptaka; ten siedział bez ruchu, tylko śledząc intruza parą dużych, ogniście czerwonych, z wyglądu wilgotnych, oczu.

— Ehmm… Dzię–dziękuję —wymamrotał Razwijar w szmatce, zakrywającej twarz.

Zakaszlał, tkanina nie chroniła zbyt dobrze przed dymem. Mrużąc oczy niezbyt silnie uderzył mieczem. Jajo nie poddało się, było zapewne za małe, zbyt niedawno ogniewucha je zniosła i larwa nie zdążyła się rozwinąć…

Dusił się. Dym wżerał się w oczy. Czarny miecz Heksów był niewidoczny, zlewał się z otaczającym go dymem i ciemnością. Prawie nie patrząc, Razwijar uderzył jeszcze raz i całą duszą zapragnął rozłupać przeklęte jajo, rozbić, zniszczyć.

Zionęło żarem. Razwijara odrzuciło od brzegu gniazda — z opaloną twarzą, bez brwi i rzęs.

W dole krzyknęła Jaska. I od razu, oświetlając sobą całe zbocze, podniosła się z gniazda poczwara ogniewuchy. Zawisła w powietrzu, rozłożywszy ostre skrzydła. Posypała się sadza niby pyłek.

* * *

Na drugi dzień, jak tylko pojaśniało, do jedynego wejścia do zamku podeszli Razwijar pod rękę z Jaską. W ślad za nimi Dok–Szert prowadził około trzydziestu zbirów, najodważniejszych ze wszystkich, którzy mu podlegali. Pojawienie się ogniewuchy przeraziło „strażników” o wiele bardziej, niż perspektywa znalezienia się pod obstrzałem. W jej obecności ludzie Nowa byli bliscy histerii, gotowi siec mieczami na prawo i lewo.

Razwijar wyszedł na odkrytą przestrzeń przed galerią. Podał rękę Jaśce i pomógł jej zejść ze skalnego występu. Były marynarz po krótkim wahaniu ruszył za nimi. Ognista poczwara usiadła przed nimi na kamieniu, złożywszy skrzydła na grzbiecie, niby ogromne dłonie.

Samozwańczy spadkobierca zamku usłyszał, że obrońcy ruin zobaczyli ogniewuchę przez okienka strzelnicze. Zastukotały, załomotały sapogi po kamiennej galerii, zawirował ciąg powietrza, ktoś krzyknął zdławionym głosem. Z zamku wyrwała się strzała — pojedyncza, puszczona ze strachu i rozpaczy. Razwijar od razu wiedział, że w nikogo nie trafi. I tak się stało; ludzie Dok–Szerta, na przekór rozkazowi, odpowiedzieli paniczną, bezładną salwą — dziesięć strzał uderzyło o mur, chaotycznie, bezsensownie.

— Nie strzelać — splunął Razwijar, odwróciwszy głowę do byłego marynarza. — Masz żołnierzy czy durniów?

— Nie strzelać! — warknął Dok–Szert.

Blade policzki dziewczyny powoli nabierały rumieńców, zalewając się wewnętrznym żarem.

— Co dalej? — przez zęby zapytał powiernik Nowa.

— Czekamy.

Nozdrza Jaski drżały. Igrały, jakby drażniły wiatr.

— Po co wziąłeś dziewczynę?

— Żeby zademonstrować dobre zamiary.

— Swoją babę? A może ona już nie jest twoja?

— Jeśli się nie zamkniesz, przywódco…

Razwijar zaciął się. Napięcie udzielało mu się, język stawał się do nieprzyzwoitości niezależny i gibki, miał ochotę mówić bez ustanku, grozić, unosić się, szydzić, ale zmusił się do milczenia. Ile czasu minęło? Dostatecznie dużo, żeby panika na galerii ucichła, żeby oblężeni poważnie zastanowili się nad sposobami ocalenia. Dlaczego Bran milczy?

— Ej, ludzie w zamku! — krzyknął Razwijar. — Wiecie, jakie mam ze sobą zwierzę, widzieliście je! Ono będzie mi posłuszne jeszcze trzy dni i trzy noce i wedle rozkazu wypali wszystko, co żywe w zamku!

Zamilkł. Okienka strzelnicze patrzyły na niego — krzyże, zygzaki, cienkie linie jakby starały się ułożyć w pismo i nabrać znaczenia.

— Nie potrzebuję waszej krwi! — zawiesił głos. — Byliśmy towarzyszami! Niech wyjdzie Bran, nie tknę go, chcę tylko porozmawiać!

Jaska nagle chwyciła go za rękę. W geście tym kryło się przerażenie.

— Co?

Dziewczyna cofnęła się. Pociągnęła go za sobą:

— Tam…

— Co?!

Zaskrzypiały drzwi, kiedyś wysokie, a teraz do połowy ukryte pod ziemią.

— Nie strzelać — wysyczał Razwijar.

Niezgrabnie, bokiem, trzymając w powietrzu okaleczoną rękę, wyszedł dziesiętnik. Miał twarz człowieka, niosącego na wyciągniętych rękach ciężki kocioł z wrzątkiem nad głowami bawiących się dzieci. Pół–Heks nie przypuszczał, że zmęczona, pokryta zmarszczkami, obojętna twarz starca, może wyrażać takie napięcie, popłoch i strach.

— Sam… tego… — powiedział Bran, a Razwijar nie rozumiał go, dopóki zza drzwi, w ślad za nim nie wyrwał się snop iskier i nie wyleciała ogniewucha, większa od tej, którą on sam przywiódł, potworne stworzenie.

— Sam tego chciałeś — powiedział dziesiętnik i oblizał wyschnięte wargi. W ślad za pierwszą larwą z zamku wyszła druga. Razwijar w przerażeniu wpatrywał się w drzwi, oczekiwał trzeciej, czwartej, piątej…

— Nie ty jeden jesteś taki mądry — wychrypiał Bran. — Ja umrę za cenę twojego życia.

Godnie.

Półkrwi Heks stał jak skamieniały. Przypomniał sobie cienkie smugi dymu, unoszącego się nad zamkiem dzień i noc. Rzeczywiście przecenił swoje szczęście.

— W zamku władcy nigdy nie zasiądzie nocny baron — powiedział Bran, a jego głos brzmiał teraz ciszej, ale mocniej, prawie jak za dawnych czasów. — Ani jego przydupas.

— Stary dureń — pewnym, dźwięcznym głosem przemówiła Jaska. — Wiesz, kogo masz przed sobą? Jak śmiałeś nazwać go przydupasem, ględzioło!

Dziewczyna ściągnęła z ręki szmatkę, którą wolno odplątywała przez całą rozmowę. Uniosła rękę. Turkusowy pierścień Poranka Bez Skazy rozbłysnął zimnym ogniem na jej palcu.

Razwijar nadstawił uszu. Usłyszał ni to jęk, ni to westchnienie, dochodzące z galerii.

Wszyscy, jak zaczarowani, wpatrzyli się w pierścień. Razwijar patrzył na Brana, zrozumiał, że ten widział Poranka Bez Skazy. Możliwe, że widział go żywym.

Dok–Szert zasyczał przez zaciśnięte zęby. Szarpnął głową w tył jakby otrzymał siarczysty policzek. Jaska dumnie się uśmiechnęła, promieniując całą postacią.

Przez bardzo długą chwilę nikt się nie ruszał. Ogniewucha Razwijara siedziała obojętna na wszystko, oprócz rozkazu: ochraniać. Nie wiadomo, jaki rozkaz otrzymały ogniewuchy dziesiętnika, ale i one nie ruszały się z miejsca. Ludzie Dok–Szerta albo rozbiegli się w panice, albo pochowali się w rozstępach skalnych. Sam były marynarz wyciągnął miecz, ale nie bardzo wiedział, co z nim począć.

— To nie ma najmniejszego znaczenia — wychrypiał Bran. — Nawet magowie są bezsilni wobec ochraniających ten zamek larw. Mamy ich pełny piec. Wystawimy przeciwko wam…

Razwijar, chociaż nie był magiem, pojął, że stary dziesiętnik łże, możliwe, że pierwszy raz w życiu i dlatego tak nieudolnie. W piecu zamku ukryte były na czarną godzinę tylko dwa jaja i tylko silny strach mógł zmusić obrońców do rozbicia ich dzisiejszego dnia.

— Bran — wyszeptał Heks.

Starzec patrzył na niego i nie widział. Posłuszne mu ogniewuchy uniosły się nad ziemią, czerwone punkty przebiegły po ich skrzydłach, układając się we wzór. Dok–Szert cofnął się od żaru, Razwijar poczuł, jak znowu zaczyna piec go sparzona wczoraj twarz.

— Bran! Popatrz na mnie!

Starzec drgnął. Razwijar przyciągnął jego uwagę, ciągnął ku sobie silnie i ostrożnie, jak ostatnią łyżkę kaszy, przywartą do dna kotła. Podporządkowywał swojej władzy wielu ludzi, mających o wiele słabszą wolę niż Bran. Ale jemu nie była potrzebna władza nad dziesiętnikiem, a tylko jego twarde, baczne spojrzenie.