— Patrz.
Razwijar odwrócił głowę. Dok–Szert speszył się, napotkawszy jego wzrok.
— Oto sługa nocnego barona Nowa, gotowy przejść w każdej chwili na stronę Chwata. Oto człowiek, który ma zamiar mnie zabić, jak tylko wykonam swoją robotę.
Dok–Szert nie wytrzymał i cofnął się. Wyszczerzył zęby jak czaszka w grobie.
— Ale ja nie służę nocnym baronom — Razwijar patrzył mu wciąż w oczy. — Ten zamek nie będzie należał ani do Nowa, ani do Chwata, ani do ciebie, draniu. Miejsce rozbójników jest na szubienicy. Miejsce handlarzy niewolników…
Miecz Dok–Szerta wzleciał, opisawszy ostrzem łuk. W jednej sekundzie głowa Razwijara, oddzielona od tułowia, powinna była potoczyć się po kamieniach, ale ogniewucha okazała się szybsza. Nie miała nic ani do zamku, ani do Brana, ani do kobiety, maga z pierścieniem na palcu.
Nie zauważała dwóch innych poczwar. Dla niej istniał tylko jeden rozkaz — ochraniać. I, wypełniając go, rzuciła się między swojego pana, a jego wroga.
Dok–Szert zawył. Jego pragnienie przeżycia było tak silne, że zdążył przebiec jeszcze kilka kroków, zanim zwalił się na kamienie, poczerniały, w zwęglonej odzieży. Miecz, rozgrzany do czerwoności, wbił się w szczelinę między kamieniami i zasyczał, wypalając mech.
Jaska zmrużyła oczy.
W ruinach muru dały się słyszeć dzikie krzyki, bowiem ludzie Dok–Szerta, którzy jeszcze nie uciekli wcześniej, rzucili się teraz do panicznej ucieczki. Ale ogniewucha wróciła, nie prześladując nikogo. Razwijar powiedział do niej głośno:
— Do obozu. Ochraniać Łuksa.
Larwa wzleciała nieoczekiwanie wysoko jak ptak, i ciężko poniosła się w dół od zamku.
Dziesiętnik Bran otworzył usta i znowu zamknął. Razwijar popatrzył mu w oczy:
— Teraz jesteśmy tutaj ty, ja, twoje ogniewuchy i kobieta, którą kocham bardziej niż własne życie. Tam w dole zaś są karawany z drzewem, z robotnikami i architektem. Jest tam prowiant i broń. Tam jest mój brat, któremu grozi niebezpieczeństwo i pięć dziesiątków uzbrojonych ludzi, którzy służą nocnemu baronowi. Ilu jest ludzi w zamku?
— Dwudziestu — odpowiedział Bran, chociaż początkowo nie miał takiego zamiaru.
— Rozumiesz, kto stoi przed tobą?
Minęła długa chwila. W galerii panowało milczenie. Ściana zamku znikała w górze. Tam, pod samym niebem, ciemniały łuki i świeciły rzeźbione, ażurowe balkony z gniazdami czerkunów, uwitymi w szczelinach.
Dziesiętnik zachwiał się. Wolno osunął się na jedno kolano.
— Tak, władco.
— Mam rodzinę w Fier — powiedział główny budowniczy. — Panie… Mam rodzinę w Fier.
Mam rodzinę.
Wszystko było jasne. Z ludzi Dok–Szerta ocalała ledwie połowa. Zajęli obronne pozycje w szczelinach skalnych i roztrwonili prawie wszystkie swoje strzały, ale Bran rozkazał ogniewuchom nie ruszać ich. Panowanie nad larwami okazało się dla dziesiętnika o wiele trudniejsze, niż najbardziej nieznośna robota. Wolał zabijać wrogów w walce, szlachetną stalą.
Za to ogniewucha Razwijara, maleńka i niepozorna, wywoływała w zbirach przerażenie.
Zwycięstwo trudno było nazwać sukcesem; trzech obrońców zamku zginęło, trzech zostało rannych. Wolnonajemni robotnicy miotali się zdezorientowani. Zaprzęgnięte rogacze, które wpadły w panikę na widok ogniewuch, ryczały zawodząco. Bydło próbowało się rozbiec, na szczęście odbiegło niedaleko. Ociężałym zwierzętom trudno było poruszać się po kamienistych ścieżkach. Wywróciły się dwa wozy, rozsypało się drzewo. Straty mogłyby stać się niepowetowane, gdyby nie Jaska, która posłuszna prośbie Razwijara, wzięła się za uspokajanie bydła i zaprowadzanie na miejsce ludzi.
Klęczała kołysząc się. Pierścień gorzał na jej palcu i rogacze zapadały w sen dosłownie w biegu. Robotnicy bezwolnie włazili z powrotem pod furmanki. Chmury z całego nieba ściągały ku Jaśce, gdzieniegdzie spod kamieni wychodziły człapacze i szły do niej ufnie. Ona potrząsała głową, strącając z czoła kropelki potu i wycierała krew z nosa, i znowu zaczynała się kołysać, niby gliniana kukła, a walka szła swoim trybem i ludzie Dok–Szerta umierali w ślad za hersztem.
Niezauważona w wirze walki przybyła karawana niewolników. Pierwsze, co rozkazał Razwijar karawaniarzowi — rozkuć niewolników i zabrać się za prace pogrzebowe.
— Oni się poddają — powiedział wysoki jednooki strażnik, obrońca zamku i machnął rękawicą w stronę szczeliny, gdzie skryli się ocaleli ludzie Dok–Szerta. — Przyjmiemy ich kapitulację?
— Krzywulec? — rozpoznał go Razwijar.
Strażnik głośno przełknął.
— Tak. No tak…
Razwijar objął go. Wcześniej Krzywulec, jeszcze ze zdrowymi oczami, był wyższy od niego prawie o głowę. Teraz byli równi wzrostem. Dawny kompan zmieszał się, potem niezgrabnie objął Razwijara w odpowiedzi.
— Tak… co z nimi robić?
— Wziąć — zarządził Razwijar. — Będą nam potrzebni robotnicy w kamieniołomach.
Przypilnuj, żeby ani jeden nie uciekł.
Zostawił strażników i Brana, zajmującego się swoimi sprawami i podszedł do Jaski. Obok niej stał już Łuks — naburmuszony, ale cały.
— Dziękuję — Razwijar położył rękę na głowie dziewczyny.
— Zrobiłam, co kazałeś. Z pierścieniem łatwiej.
— Zaopiekujesz się nią?
Chimajryd kiwnął głową i Razwijar skierował się ku architektom. To byli niebiedni, szanowani w Fier ludzie, starszy miał około czterdziestu lat. Blady, łysiejący, stał obok wozu, z całych sił starając się nad sobą zapanować.
— To tylko zmiana pracodawcy — powiedział im.
— Będziecie robić tę robotę, na którą się umówiliśmy i otrzymacie wynagrodzenie. Rozumie się, w przypadku sukcesu.
— Mam rodzinę w Fier — powiedział główny budowniczy i głośno westchnął. — Jak mogę wam służyć… jeśli wy, panie, wystąpiliście przeciwko nocnemu baronowi?!
— A jak możecie mi nie służyć? — cicho zapytał Razwijar. Architekt szarpnął kołnierz kurtki, który i bez tego był rozciągnięty — budowniczemu brakowało po prostu powietrza.
— Proszę się uspokoić, szanowny panie — powiedział Razwijar. — Now będzie miał zbyt wiele innych zmartwień, by mieć czas mścić się na waszych rodzinach.
— Rozkaż im wskoczyć do rzeki, dziesiętniku.
Bran spazmatycznie łapał powietrze i często podnosił ręce do ust. Zdawało się, że go mdli.
— Po co? Jeszcze dwa dni…
— Rogacze boją się ich i przewracają wozy. Ludzie się boją i tracą wolę działania. A jeśli ty, w czasie tych dwóch dni pośliźniesz się i uderzysz głową o kamień — stworzenia wyrwą się na wolność i nikomu nie będą posłuszne.
Ogniewucha Razwijara pierwsza poleciała do rzeki — w dół po stoku. Bran zwlekał kilka chwil. Potem, larwy posłuszne jego woli, zerwały się z miejsca i runęły w ślad za pierwszą.
— Co teraz będziesz robił… władco?
— Poślij ludzi na przełęcz, Bran. Mały oddział złożony tylko z zaufanych ludzi. Niech zamkną dolinę — nikt nie powinien dostać się do Kipieli.
— Zrobi się.
— Masz szpiegów w Fier?
Dziesiętnik przełknął głośno:
— Nie… Skąd?!
— A patrole na ziemiach chimajrydów? Krzywulec mógłby posłać nieduży zespół…