— Posłuchaj, oni siedzieli tutaj jak szczury pociągowe w bębnie i wszystko, czego chcieli to utrzymać zamek i pozostać przy życiu! Głodowali i walczyli… moje dzieci — głos dziesiętnika zmienił się. — Dobrze ich wychowałem… Rad bym zobaczyć… w końcu. Ale ich jest zbyt mało, a trzech pochowano dzisiaj.
Zachwiał się. Razwijar podtrzymał go za ramię.
— To kara — cicho powiedział Bran. — Ja do tej pory ich widzę. Stoją na tym zboczu i patrzą na mnie. Oni…
Nagle jego twarz wykrzywiła się. Patrzył przed siebie z takim przerażeniem, że Razwijar gwałtownie odwrócił się, chwytając za miecz.
To był Łuks. Chimajryd pędził wielkimi skokami, przyciskając do piersi dziwny przedmiot, w którym spadkobierca zamku nie od razu poznał klatkę dla nietoperzy pocztowych.
— Razwijar! List z Fier. Dla Dok–Szerta!
Przyszły władca podchwycił dziesiętnika, gotowego upaść, bladego jak ściana.
— To Łuks. Bran, to mój brat, to nie przywidzenie!
Wsunął rękę do klatki. Wziął w garść nowego samca, który pokonał długą drogę w imię spotkania z przyjaciółką, odwiązał od jego łapy jedwabną, białą wstęgę z tekstem listu, rozwinął i przeczytał nieoczekiwanie pięknie, literacko, napisane słowa:
„Kumple Nowa wsypali. Wszyscy. Chwat”.
— Chimajryd przestąpi próg zamku?
— Przestąpi — przytaknął Razwijar. — To mój brat, zwą go Łuna Księżyca. Na razie zapamiętaj to imię Krzywulec, a o chimajrydach porozmawiamy później.
Wszedł do zamku, w którym nie był od tak dawna. Przestąpił próg, słuchając wewnętrznej muzyki, w rodzaju tej, którą kiedyś niósł wiatr z szybującego miasta Mirtie. Rozejrzał się dookoła i muzyka ucichła — zamek, prawie nienaruszony z zewnątrz, wielce ucierpiał wewnątrz.
Skrzywiły się i popękały ściany. Osiadły podłogi, w których teraz ziały wyrwy. Schody poszczerbiły się. W pomieszczeniach, do których wcześniej swobodnie przenikało światło dzienne, teraz było prawie ciemno, galerie i okna zawalone były kamieniami.
— Za tę kupę kamieni warto było się bić? — wyszeptał Łuks.
Jaska wzięła go za rękę; ni to pocieszając, ni to samej szukając pocieszenia.
— Gdzie go pochowano? — odezwał się Razwijar.
Dziesiętnik Bran nie zapytał, kogo.
— Na górze. W górnej galerii.
— Górna galeria się zachowała?
— Jako tako.
— A szyb? Szyb jest cały?
Dziesiętnik ze zmęczeniem pokręcił głową.
— Nikt tam nie schodził od tamtej pory. Myślę, że jest tam woda. Woda cały czas wgryza się w zamek od dołu…
Jakby w odpowiedzi na jego słowa dał się słyszeć ciężki dźwięk, zdawało się, że głęboko pod ziemią rozerwała się basowa struna. Strużka piasku posypała się ze szczeliny w suficie na głowę Łuksa. Otrząsając się, mimowolnie wysunął pazury i kościane igły zazgrzytały po kamiennej podłodze.
— Podłoga… zamek się chwieje — powiedział prawie niesłyszalnie Krzywulec, który podszedł do nich bezgłośnie. — Każdego dnia pojawiają się nowe pęknięcia.
Razwijar milczał. Bran spoglądał na niego spod ciężkich powiek. Pełnym napięcia wzrokiem, rozkazująco, patrzył Krzywulec. Podeszli pozostali strażnicy; jednych poznawał, innych, mocno postarzałych — nie.
— Przyprowadźcie tu architektów — odchrząknął i nawilżył wyschnięte gardło. — I robotników. Jeńcom każcie oczyścić pokrytą szlamem jamę, bo inaczej wszyscy się tym syfem zachłyśniemy. A majstrowie niech obejrzą bloki. Przynieście olej do smarowania, narzędzia, cepy. Szukajcie pochodni, przynieście wszystkie, jakie są… Nie, Łuks, nie ty. Ty będziesz ze mną. I ty, Jaska, także.
Architekci oglądali zamek kilka godzin. W tym czasie Razwijar zdążył całkowicie podporządkować sobie obóz: karawaniarzy, robotników i nawet niewolników.
— Dam wolność temu, kto będzie pracować sumiennie. Dam pieniądze. A tego, który spróbuje uciec, zabiję bez zbędnych pytań.
Jaska stała obok, złożywszy ręce na piersiach tak, żeby widoczny był pierścień. Łuks trzymał dłonie na rękojeściach swoich mieczy i to wypuszczał, to znowu wciągał swoje pazury.
Razwijar napisał do Chwata list: „Wszyscy. Czekaj na wiadomości. Dok”. Samica nietoperza poniosła do miasta jedwabną wstążeczkę na nodze. Liczył się czas, gra na zwłokę. Nowy władca bardzo liczył na to, że nocny baron uwierzy w list i na pewien czas zapomni o zamku.
W gnieździe ogniewuchy zostały dwa jaja. Razwijar myślał o tym, żeby rozbić oba i od razu utopić larwy, ale się na to nie zdecydował. I zamek i obóz były teraz słabe, rozdarte, niczym rozpruta poduszka, a Chwat, który dopiero co przejął władzę nad portem Fier, miał wystarczająco ludzi i ekwipunku. Jeśli zjawi się wielki, uzbrojony oddział, to tylko dzięki ogniewuchom będzie można utrzymać dopiero co odzyskany zamek.
Ale kogo postawić na straży gniazda?
Razwijar nie dowierzał ani Krzywulcowi, ani nawet Branowi. Doskonale wiedział, znał siłę tej pokusy, pokusy trzymania u nogi niemal wszechmogącego, potwornego, całkowicie wiernego stworzenia. Niechby tylko trzy dni i trzy noce, ale za to jaką władzą można dysponować!
— W zamku jest piec — powiedziała Jaska.
— I wielu chętnych do stłuczenia skorupy.
— Nie. Oni mogą o tym tylko marzyć, ale się nie zdecydują. Boją się poczwar bardziej niż ty.
Popatrz, jak długo chronili te dwa jaja. A rozbił skorupę tylko Bran. I to z trudem.
— Nie mam czasu nosić koromysła, dokładać do ognia, palić w piecu… Nie mam czasu! — powtórzył Razwijar w nagłym wybuchu rozpaczy.
Wszystko szło bardzo powoli; niewolnicy niemrawo wynosili i zakopywali martwe ciała, wolnonajemni bez pośpiechu zbierali porozbiegane w panice rogacze, stawiali na koła poprzewracane wozy; kucharze ledwie, ledwie mieszali łyżkami w kotłach z obiadową kaszą…
— Ja mogę przypilnować — cicho zaproponowała Jaska. — Rozumiem, że to ważne.
Przesunął dłonią po jej włosach. Przycisnął czoło do jej czoła.
— Jesteś zmęczona? Przestraszona?
— Nie — dziewczyna gwałtownie pokręciła głową. — Tylko chciałabym… umyć się. Czuję się jakoś nieswojo. Wszystko to… ta… Spalenizna.
— Wytrzymaj. Wkrótce odpoczniemy.
— Tak… Dok–Szert był bardzo sprytny, silny… Ale nie wiedział, z kim się związał. On w ogóle niczego, zupełnie niczego na twój temat nie wiedział.
— Nie zdążyliśmy bliżej się poznać.
— Żartujesz, czy co?
— Dziwi cię to?
Zaśmiała się z wysiłkiem.
— Heksi mają kiepskie poczucie humoru — przyznał Razwijar. — Dlatego nikt ich nie lubi.
— Ja ciebie lubię.
Odsunął się. Pogładził ją po policzku, zostawiając czarne smugi sadzy.
— W twojej sypialni zbudujemy basen. Świetliki będą świeciły pod wodą. Będziesz mogła się kąpać, kiedy tylko zechcesz, wasza wysokość.
Zamknęła oczy. Razwijar pocałował ją, odwrócił się i poszedł na obchód w głąb zamku.
Z wyrazu twarzy głównego architekta zrozumiał wszystko, zanim ten jeszcze otworzył usta.
Budowniczy także wszystko zrozumiał — i zamarł z opuszczoną szczęką.
— Więc… Słucham?
— Dokładnie obejrzeliśmy… Eee… konstrukcje nośne…
— I co?
— Zamek jest wyciosany w skale w taki sposób, że skała okazała się, eee, fundamentem…