— Wiem! Mów dalej?
Architekt w rozpaczy pokręcił głową. Wytarł z czoła krople potu.
— Możecie mnie zabić, panie, ale ja nie pojmuję… jak ta budowla do tej pory stoi — rozwinął trzymaną w ręce kartkę papieru. — Patrzcie — palec z żółtym paznokciem oparł się na przecięciu linii na prostym rysunku. — Pęknięcia u podstawy… idą w głąb góry… warstwy mieszają się… Zamek może zawalić się w każdej chwili. A jeśli zaczniemy cokolwiek robić, wzmacniać, dobudowywać… Razem z zamkiem, szybciej niż cokolwiek innego, tąpnie cała warstwa, góra osiądzie w rzece, całkowicie zmieni się krajobraz… Najlepsze, co można zrobić, to uciekać stąd, uciekać jak można najszybciej!
Budowniczy pojął, że mówi w martwej ciszy. Zaciął się. Oderwał oczy od planu, spojrzał w twarze Brana, Krzywulca, strażników, Łuksa. W rozpaczy zwrócił się do Razwijara:
— Błagam. Uwierzcie mi. Dużo budowałem, także w górach. Wszyscy jesteśmy teraz zawieszeni nad przepaścią… Pozwólcie mi odejść!
Jego głos zamarł.
Bardzo długo wszyscy milczeli. Potem we wnętrzu góry coś trzasnęło i podłoga drgnęła pod nogami. Architekt wsunął głowę w ramiona.
— Potrzebuję drewnianych noszy — bezbarwnym głosem powiedział Razwijar. — Dobrych, solidnych i lekkich. Potrzebny jest mi aksamit, najdroższy, jaki tylko został i poduszka ze złotym haftem. Potrzebny jest mi muślin, brokat, złote i srebrne ozdoby…
— Ty co, chcesz zorganizować koronację? — ostro zapytał Krzywulec.
— Nie — uśmiechnął się lekko Razwijar. — Łuks, pomożesz mi. Trzeba zrobić ważną rzecz.
Sam nie dam rady… Boję się.
Pokryli nosze aksamitem.
Powoli i ostrożnie przełożyli na aksamit to, co zostało z Poranka Bez Skazy. Wszystkich, którzy spuścili się do jego pieczary, długo nie opuszczało potem przerażenie i zimne dreszcze.
Zmierzchało. Przy zapalonych pochodniach procesja pogrzebowa ruszyła w kierunku zamku.
Razwijar szedł przodem.
Platforma do opuszczania się na dół była już jako tako sklecona i przymocowana do bloków.
Łuks co i rusz wycierał spocone czoło wierzchem dłoni.
— Przyjacielu — powiedział do niego Razwijar. — Ty… Jeśli chcesz… zostań.
Łuks milczał.
— Zdecyduj za mnie, jeźdźcze — poprosił cicho prawie nie otwierając ust.
— Jeśli decyzję zostawiasz mi… To idziemy.
Łuks wzdrygnął się od czubka nosa do samego ogona, ale niczego nie powiedział. Razem z Razwijarem ułożyli nosze na podwieszonej platformie. Poranek Bez Skazy był teraz bardzo lekki. Aksamit, brokat, złoty haft ozdabiały jego pogrzebowe łoże. Dwie pochodnie paliły się u wezgłowia.
— Opuszczajcie wolno — powiedział Razwijar. — Jeśli szarpnę za sznur raz, to zatrzymajcie platformę, jeśli dwa razy — podnoście.
Ruszyły na nowo naoliwione bloki. Platforma zakołysała się i zaczęła zjeżdżać w dół. W górę popełzły ściany ze śladami zębów, kiedyś trudziły się tutaj skalne robaki.
Szczeliny w ścianach, na początku wąskie, stawały się tym szersze, im niżej opuszczała się platforma. Pęknięcia oplatały szyb niczym naczynia krwionośne. Coraz głośniej i wyraźniej dawał się słyszeć trzask, jakby miażdżonych kości.
— Opowiedz mi o Jeziorze Urodzaju — powiedział Razwijar.
— Nie mogę — Łuks przełknął ślinę. — W gardle mi wyschło.
— Opowiedz, jak unosi się mgła nad wodą.
W świetle pochodni brązowa twarz nieboszczyka zdawała się prawie czarna.
— No? Przecież mi opowiadałeś? Jezioro jest piękne, niczym tysiąc pięknych dziewcząt w białych szatach. Opowiedz, jak kąpaliście się w strumieniu. Jak śpiewały człapacze, zgodnie, rytmicznie jak ludzie. I całe góry kwitły żółtym trójlistnikiem, a pyłek unosił się na wodzie…
— Niczego takiego nie ma — wyraźnie powiedział Łuks.
— Dla… dla niego.
Patrzył na nieboszczyka, pozbawionego prawej ręki. Na maga przykrytego brokatową narzutą.
— Zdrajca!
Zatrzeszczały ściany.
— Morderca! — głos Łuksa przeskoczył od ściany do ściany. Platforma silnie uderzyła w wystający kamień. Zadrgał płomień pochodni, szyb wypełnił się hurgotem.
— „To miejsce jest czczone jak świątynia” — powiedział Razwijar, kiedy rumor ucichł. — „I zazdrośnie wystrzega się postronnych oczu. Byłem prawdopodobnie jedynym obcym, któremu poszczęściło się zobaczyć Jezioro Urodzaju. W tym czasie, na jego brzegach nikogo nie było widać, tylko słońce…”.
Platforma opuszczała się coraz wolniej. Z dołu ciągnęło chłodem, wilgocią, zgnilizną.
— „Tylko słońce rozbijało się świetlistymi plamkami na spokojnej tafli wody, a na samym środku płynęli, jak jedno stworzenie, jeździec i jego brat. Widziałem tren piany na wodzie, który ciągnął się za nimi i dwa, niemal jednakowe oblicza zwrócone na wschód…”.
Razwijar zobaczył jak w ścianie pojawia się otwór; wyłania się spod sunącego w dół dźwigu.
Plusnęła woda, platforma ostro zakołysała się na wodzie, łańcuchy obwisły. Razwijar ledwie utrzymał się na nogach i złapał się Łuksa.
— Jesteśmy na dole — szeptem powiedział do chimajryda. — Cały czas bałem się, że szyb się zawalił.
Patrzył w wyłom, w ciemny korytarz, wiodący w głąb skały. Studnia wisiała nad głową, podziemne wiatry po dawnemu duły w niej nieludzkim basem, ale teraz z tym dźwiękiem mieszał się drugi dźwięk, trzask osiadającej skały. Szelest pełznących pęknięć.
— Razwijar — powiedział Łuks i nagle przylgnął do niego kosmatym bokiem. — Proszę!
Proszę!
Jeździec ścisnął jego mokrą dłoń.
— To już niedaleko. Korytarzem prosto.
— Tam jest woda!
— Do kolan. To nic strasznego.
I pierwszy zszedł z platformy. Woda była lodowato zimna i podnosiła się powyżej kolan, wyżej niż się spodziewał. Wziął pochodnię, poświecił nią do przodu, zamarł w pewnym momencie, wydało mu się bowiem, że tunel jest zawalony, ale było to przywidzenie spowodowane odblaskami na wodzie.
— To nic strasznego — powtórzył głośniej, a dźwięk długo odbijał się od ścian tunelu.
„Strasznego… strasznego…” zaszeptały kamienie nad głową i zadrżała woda, a na jej powierzchni przeszła drobna fala.
Z powrotem umieścił pochodnię w mocowanie u wezgłowia nieboszczyka. Milcząc chwycił za rączki noszy. Martwa twarz zakołysała się. Razwijar zorientował się, że trzeba będzie iść tyłem. Znowu postawił nosze, poprawił uchwyty i popatrzył na Łuksa. Twarz chimajryda błyszczała od potu, chociaż w podziemiu było zimno.
— Idziemy.
Odwrócił się do towarzysza plecami, chwycił za nosze, poniósł je po platformie i do połowy wciągnął do korytarza, zanim poczuł, że Łuks chwycił je z drugiego końca. Ciężko dysząc, chimajryd zszedł do wody i zasyczał jak z bólu.
Miarowo chlupotała woda pod nogami. Dwie pochodnie płonęły na noszach. Ciężki, czarny cień, nie mający niczego wspólnego z nim samym, wiódł go do przodu, w zupełną czerń. To mój cień, mówił sobie. To cień człowieka, za którego plecami pali się pochodnia. Ale i tak strasznie było mu patrzeć przed siebie.
Tunel w niektórych miejscach był niższy, trzeba było pochylać głowę. Woda nie traciła czasu; gryzła, podmywała i tym samym rozszerzała szczeliny. Przedzierając się przez tunel Razwijar zrozumiał cały wywód budowniczego — zamek gotów był zawalić się w każdej chwili. Zwlekał, czepiał się życia, a rozłamy w ścianach korytarzy igrały z nim jak śmiertelna choroba z bardzo silnym człowiekiem. Woda… zmieszanie się warstw… napięcie skał, gotowe rozerwać najbardziej solidne więzy… osiadająca budowla nad głową…