Razwijar zmrużył oczy i przypomniał sobie, jak skakał, jadąc wierzchem na Łuksie po zimowym lesie, przypomniał sobie ciepłą barwę sutków piersi Jaski, płynące liście po powolnej rzece. Szedł dalej z zamkniętymi oczami, nie licząc kroków i pomylił się w swoich założeniach — podłoga nagle zaczęła się podnosić. Twarze idących owiał wiatr. Woda opadła poniżej kolan i Razwijar zdecydował się wreszcie popatrzeć.
Z przodu, na wyciągnięcie ręki, widniała cela pogrzebowa. A raczej to, co z niej zostało. Ostał się w całości tylko kamienny postument pośrodku. Ściany obsunęły się i wyglądały niczym ściśnięty, popękany miech w akordeonie. Odkryły się nowe korytarze, szerokie i wąskie wyłomy, w połowie zawalone, w połowie zalane wodą.
Coraz głośniejszy stawał się oddalony basowy pomruk. W głębi korytarza, którym przyszli, kamień wpadł do wody.
— Tutaj jest twoje miejsce Poranku Bez Skazy — powiedział Razwijar. — Zostań pod ziemią.
Trzask przeszedł w narastający huk.
Ostatnimi siłami dotaszczył nosze na postument. Dłonie Łuksa jakby przyrosły do rękojeści noszy, musiał siłą rozwierać przywarte ręce. Kraje brokatowego nakrycia zwisały z noszy, okrywając płytę, ogień pochodni odbijał się na złotym hafcie poduszki. Martwy mag leżał, szczelnie zamknąwszy wyschłe powieki.
Szczeliny nad głową rozsuwały się niczym zarys błyskawic i narastał huk. Kipiała woda w tunelu. Razwijar biegł, przeciskając się obok obkruszonych brył skalnych, ciągnąc za sobą Łuksa.
Jedna pochodnia zgasła.
Potem coś uderzyło go w głowę, upadł i zachłysnął się. Po jakimś czasie doszedł do siebie.
Półczłowiek wlókł go na wpół niosąc. Nie było widać końca korytarza, skała huczała, w ciemności leciały kamienie, a wszystkie warstwy, wszystkie otwory, wszystkie szczeliny, gdzie tylko mogła przebić się woda i powietrze, zlewały się w jedno, jak gdyby skale sprzykrzyło się tolerować przemierzających ją śmiałków.
Podtrzymując jeden drugiego, wdrapali się na platformę. Szyb tańczył, wyginając się to w jedną, to w drugą stronę jak źdźbło trawy na wietrze. Łuks szarpnął za sygnałowy sznur dwa razy, następnie trzy razy, cztery razy i sznur się urwał. Ale tam, na górze już zakręciły się bloki.
Łańcuchy naciągnęły się, platforma przekrzywiła się, oderwała od wody i zaczęła podnosić się, uderzając o ściany, przechylając się i gubiąc drewniane drzazgi z podestu. Razwijar i Łuks, sczepieni ze sobą, przesuwali się po deskach, starając się utrzymać na platformie.
Zgasła druga pochodnia i światło w górze stało się widoczne.
To światło pół–Heks zapamiętał na zawsze, jak jasność Mirtie.
Rozdział piąty
Właściwości… skały… okazały się… naprawdę… cudowne. Zaczęło się zawalanie, ale ustąpiło, widocznie, przez porozdzielanie się warstw i płyt… Nieprawdopodobnie wręcz szczęśliwy przypadek. Oczywiście, budowla wciąż jest jeszcze… niestabilna. Ale zmienić to jest już, przynajmniej, w ludzkiej mocy.
— Czego potrzebujecie?
— Przede wszystkim czasu. Mamy ze sobą wszystkie niezbędne narzędzia, potrzebujemy od dwóch tygodni do…
— Dwa tygodnie to ostateczny czas.
— Pośpiech może zaszkodzić…
— Postarajcie się zdążyć ze wszystkim bez pośpiechu. Szyb zawalił się ostatecznie. Budynek zamku stał teraz na samym kamieniu i na rozdrobnionych w pył kościach Poranka Bez Skazy.
Dolne kondygnacje leżały w ruinach, ale źródła wody nie wyschły. Trzaski, wstrząsy i osuwiska ustały.
Razwijar urządził się w komnacie strażników — niemal jedynym zagospodarowanym pomieszczeniu zamku. Było tutaj pełno rupieci; po podłodze walały się skóry przyślepek, w stojakach stał oręż, włócznie, miecze i strzały zardzewiałe i nasmarowane, nadające się do użytku i połamane. Tutaj też leżał Bran, okryty trzema płaszczami, dziesiętnik miał bowiem napady gorączki. Krzywulec przechadzał się po brudnej podłodze, wsunąwszy dłonie za pas.
— Ci, którzy nie zdążyli się rozbiec, siedzą teraz w norach ze swoimi stadami, w ciemnościach jak przyślepki.
— To nasi ludzie. Weźmiemy ich pod ochronę, pod naszą władzę.
— Nie pójdą.
— To trzeba ich zmusić. Wyprowadzić na zewnątrz. Niech żyją w słonecznym świetle jak ludzie i dostarczają nam mięso, skóry, mleko. I ręce do roboty. Potrzebujemy dużo ludzi, bardzo dużo i to szybko. Chcę, żeby oddział wyruszył natychmiast.
— Jaki oddział, Razwijar? Skąd weźmiemy ludzi? Tari ze swoją piątką, uciekli na przełęcz…
— Bierz tych, którzy zostali.
— A zamek? A pilnowanie jeńców? I jak zmusić do pracy całą tę hołotę, którą sprowadziłeś?
Tutaj potrzeba więcej nadzorców niż pracowników!
— Krzywulec — powiedział Razwijar. — Przed chwilą ostatni raz zapytałeś mnie, jak zamierzam zrobić to, co zamierzam. To moje zmartwienie. A ty zrobisz to, co nakazałem: ujarzmisz pasterzy. Bez rozlewu krwi. Tak, żeby oni uznali się za oswobodzonych, a nie za podbitych. To nie jest proste. Wiem. Ale ja tak powiedziałem i ty tak zrobisz. Potrafisz.
Strażnik przestał chodzić. Zatrzymał się przed nowym władcą. Chciał coś powiedzieć, ale zmilczał.
Razwijar czekał, spoglądając w jego szerokie, coraz bardziej rozszerzające się źrenice.
— Dobrze — ponuro powiedział Krzywulec. — Pójdę.
Bran słyszał ich rozmowę, trzęsąc się pod trzema ciepłymi płaszczami. Razwijar czuł jego wzrok. Krzywulec wyszedł.
— Co chcesz mi powiedzieć, dziesiętniku?
— Po co odrąbałeś mu rękę, zanim go zabiłeś? Władcy?
Podszedł. Przysiadł obok na skórze.
— Co wiesz o Miedzianym Królu?
— Nic — wolno, po namyśle przemówił starzec.
— Przypomnij sobie. A może jednak coś wiesz. Nie wrócę szybko. Postaraj się zasnąć.
W obozie, rozbitym w czasie oblężenia zamku jeszcze przez Dok–Szerta, kotłowało się. Różni ludzie, których przywiódł tu los w trzech karawanach, powoli przychodzili do siebie po przeżytym strachu. Niewolnicy trzymali się w kilku grupach, wolnonajemni zebrali się w swoim kręgu, karawaniarze i niewielu nadzorców pochowali się, nie chcąc nikomu wpaść w oczy.
Razwijar przekradł się między dwoma wozami z drewnem i od razu zrozumiał, że dzieje się coś niedobrego; kogoś biją, a może nawet mają zamiar zabić:
— Nie podchodźcie! — jakiś młody, rwący się głos.
— Czego się gapisz? — inny ryczący ochrypły bas. — Kamieniami…
— Kamieniami zabić, tutaj jest ich dużo!
— Nie podchodźcie! Uderzę!
— Zostawcie go! Zosta… — zapiszczała jakaś dziewczyna. Razwijar zupełnie zapomniał, że Dok–Szert przywiózł dla zabawienia swoich zbirów pięć kobiet, kupionych na rynku w Fier.
— Cofnąć się, wszyscy.
Jego cichy głos zmusił tłum do rozpryśnięcia się jak woda, gdy upada na kamień. W środku kręgu stał młodzieniec około szesnastoletni, z zakrwawionymi ustami i rozbitym nosem, z ogromnym kamieniem w ręce.
— Rzuć to — powiedział Razwijar.
Kamień upadł. Razwijar podszedł bliżej. Na przedzie bojaźliwie cofającego się tłumu szlochała dziewczyna — niewolnica.
— Co się stało?