Może moje osobiste rzeczy wyjaśnią te sny. Wszystko, co miałem — poza ewentualnym mieniem w pobliżu Łabędzia — leżało w skromnej walizce, która przybyła ze mną na „Orvieto”.
Zobaczyłem trochę waluty Skraju Nieba w dużych banknotach Południa: około pół miliona australi. Amelia powiedziała mi, że to znaczna fortuna na Skraju Nieba — przynajmniej wedle jej wiedzy — ale tu w układzie Yellowstone miały niewielką wartość. Dlaczego więc przywiozłem je ze sobą? Odpowiedź wydawała się dość oczywista. Nawet po uwzględnieniu inflacji pieniądze Skraju Nieba nadal posiadałyby pewną wartość, trzydzieści lat po moim wyjeździe, choć przypuszczalnie wystarczyłyby na jedną noc w hotelu. Wziąłem ze sobą pieniądze, więc planowałem kiedyś wrócić do domu.
Zatem nie przybyłem tu jako emigrant, lecz w interesach.
Żeby coś zrobić.
Przywiozłem również eksperientale: pałeczki — mniej więcej wielkości ołówka — z danymi, z upchanymi zapisami wspomnień. Zapewne zamierzałem to sprzedać po ożywieniu. To jedyny sposób, by bogaty człowiek zachował część swego bogactwa przy przekraczaniu przestrzeni międzygwiezdnej, chyba że był Ultrasem specjalizującym się w handlu ezoterycznymi wysokimi technologiami. Zawsze istniał rynek na eksperientale, bez względu na to, jak zaawansowany czy prymitywny był nabywca, oczywiście, o ile dysponował podstawową technologią, by je wykorzystać. Pod tym względem nie powinno być problemu na Yellowstone, który przez ostatnie dwa stulecia uchodził za źródło techniki i postępu społecznego ludzkości.
Eksperientale były szczelnie zamknięte w przezroczystym plastiku. Bez sprzętu odgrywającego nie mogłem stwierdzić, co zawierały.
Co jeszcze?
Jakieś pieniądze — nie rozpoznawałem ich: banknoty o dziwnej fakturze z wizerunkiem obcych twarzy i surrealistycznymi, chaotycznymi wartościami.
Zapytałem wcześniej Amelię, co to takiego.
— To pieniądze lokalne. Z Chasm City. — Wskazała na podobiznę mężczyzny po jednej stronie banknotu. — To chyba Lorean Sylveste albo Marco Ferris. W każdym razie jakaś postać z zamierzchłych czasów.
— Pieniądze musiały przebyć drogę z Yellowstone do Skraju Nieba i z powrotem. Mają co najmniej trzydzieści lat. Są teraz coś warte?
— Trochę. Nie znam się na tym, ale chyba wystarczy na podróż do Chasm City. Choć nie na wiele więcej.
— Jak się tam można dostać?
— Bez trudności. Nawet teraz. Powolny prom obsługuje trasę do New Vancouver, na orbicie wokół Yellowstone. Stamtąd musisz kupić bilet na behemota, by dostać się na powierzchnię. Te pieniądze powinny ci wystarczyć, jeśli zrezygnujesz z luksusów.
— Na przykład jakich?
— Przede wszystkim chodzi o gwarancje bezpiecznego przylotu na miejsce.
Uśmiechnąłem się.
— Muszę się zdać na łut szczęścia.
— Ale nie zamierzasz natychmiast wyjechać?
— Nie, jeszcze nie teraz — odparłem.
W walizce znalazłem ponadto ciemną płaską kopertę i drugą, grubszą. Wysypałem na łóżko ubogą zawartość pierwszej — żadnych wyjaśnień na temat mojej przeszłości. Przeciwnie, widok tych przedmiotów dodatkowo mnie zdezorientował. Kilkanaście moich paszportów i laminowanych dowodów tożsamości — wszystkie były ważne, gdy wchodziłem na statek, i miały zastosowanie w rozmaitych rejonach Skraju Nieba i otaczającego go kosmosu. Niektóre po prostu wydrukowano, inne zawierały systemy komputerowe.
Przypuszczałem, że zwykli ludzie obyliby się jednym lub dwoma takimi dokumentami, godząc się z tym, że w pewne rejony nie mogliby się legalnie dostać. Na dokumentach małym drukiem napisano, że w miarę swobodnie mogę podróżować do stref militarnych i państw kontrolowanych przez milicję, w strefy neutralne i do niskoorbitowej przestrzeni wokół planety. Takie dokumenty należały do osoby, która musiała poruszać się bez przeszkód. Zauważyłem jednak drobne nieścisłości w danych osobistych, jak miejsce urodzenia czy lista rejonów, które odwiedziłem. W niektórych dokumentach wymieniano mnie jako członka Milicji Południa, w innych jako taktycznego specjalistę Koalicji Północnej. W jeszcze innych w ogóle nie wspominano o mojej żołnierskiej przeszłości — widniałem jako konsultant do spraw bezpieczeństwa osobistego lub agent firmy eksportowo-importowej.
Nagle dostrzegłem w tych dokumentach pewną logikę — ujrzałem, kim byłem: człowiekiem, który musiał gładko jak duch przesmykiwać się przez granice, osobą o wielu twarzach, w większości prawdopodobnie fikcyjnych. Zrozumiałem, że prowadziłem niebezpieczne życie i zapewne przysparzałem sobie wrogów, tak jak inni zyskują znajomych. I chyba niezbyt się tym przejmowałem. Byłem człowiekiem, który, nie mrugnąwszy okiem, mógłby myśleć o zabiciu zdeprawowanego mnicha, a potem z tego zrezygnować, gdyż uznał, że mnich niewart jest nawet drobnego wydatku energii.
W kopercie znalazłem jeszcze trzy obiekty; wetknięte głębiej, nie wypadły z niej same. Wyciągnąłem je ostrożnie, palcami wyczuwając śliską powierzchnię fotografii.
Pierwsze zdjęcie ukazywało ciemnowłosą kobietę niezwykłej urody; uśmiechała się nerwowo. W tle widziałem polanę w dżungli. Zdjęcie zrobiono nocą. Patrząc pod kątem, na tło, dostrzegłem plecy mężczyzny sprawdzającego pistolet. To mógłbym być ja — ale kto zrobił zdjęcie i dlaczego miałem je ze sobą?
— Gitta — powiedziałem. Łatwo przypomniałem sobie imię. — Masz na imię Gitta, prawda?
Drugie zdjęcie ukazywało mężczyznę na wyboistym gościńcu — kiedyś musiała to być porządna droga — biegnącym przez dżunglę. Ubrany w koszulę, przepasany bandolierem, szedł w stronę osoby robiącej zdjęcie; niósł na ramieniu wielki czarny karabin. Był w moim wieku i mojej budowy, ale twarz miał nieco inną. Za mężczyzną leżało powalone drzewo zagradzające drogę, tyle że drzewo kończyło się krwawiącym kikutem, a prawie całą drogę pokrywała gruba warstwa juchy.
— Dieterling — powiedziałem. Nazwisko przypomniało mi się nagle. — Miguel Dieterling.
I wiedziałem, że był moim dobrym przyjacielem, który już nie żyje.
Spojrzałem na trzecią fotkę. Brakowało jej intymności pierwszego zdjęcia czy wątpliwego triumfu drugiej fotografii. Tutaj mężczyzna nie zdawał sobie chyba sprawy z tego, że jest fotografowany. Obraz był płaski, zrobiony długim obiektywem. Mężczyzna szedł szybko przez centrum handlowe, z powodu długiej ekspozycji neony sklepów rozmywały się w smugi. Sama postać mężczyzny też była rozmyta, choć na tyle ostra, że rozpoznawalna. Wystarczająco ostra, żeby można go było „zdjąć”.
Jego nazwisko również pamiętałem.
Wziąłem drugą, cięższą kopertę i wysypałem na łóżko jej zawartość. Wypadły części o pozałamywanych ostrych krawędziach, prowokując, by je poskładać. Czułem ten przedmiot w zaciśniętej dłoni, gotowy do użytku. Trudno byłoby go zobaczyć — miał perłową barwę, jak nieprzezroczyste szkło.
Lub diament.
— To blok — wyjaśniłem Amelii. — Teraz mnie unieruchomiłaś. Jestem wyższy i silniejszy od ciebie, ale w tej chwili nie mogę wykonać żadnego ruchu, bo odczuję straszny ból.
Spojrzała na mnie wyczekująco.
— Teraz weź ode mnie broń. — Wskazałem małą motykę, której używaliśmy jako zastępczej broni. Swobodną ręką wyjęła mi trzonek z dłoni, potem odrzuciła motykę, jakby była zatruta.
— Za łatwo ją puściłeś.
— Nie — odparłem. — Nacisnęłaś na nerw i musiałem ją wypuścić. Prosta biomechanika, Amelio. Myślę, że z Aleksym pójdzie ci znacznie łatwiej.