Выбрать главу

Staliśmy na polanie przed chatą; pora dnia w Idlewild naśladowała późne popołudnie. Centralna lampa słońca zmieniała barwę z białej na przyćmiony pomarańczowy. Popołudnia były dziwne: światło zawsze padało z góry, nie występował ani ten planetarny efekt świecenia prosto w twarz, ani planetarne zachody słońca. Zresztą i tak nie zwracaliśmy na to specjalnej uwagi. Dwie godziny demonstrowałem Amelii podstawowe techniki samoobrony. Przez pierwszą godzinę próbowała mnie zaatakować, czyli trafić moje ciało ostrzem motyki. Nie udało się to ani razu, choć dawałem jej szanse sforsowania swojej obrony. Zaciskałem zęby i obiecywałem sobie, że tym razem pozwolę jej zwyciężyć — nic z tego, ale przynajmniej zdołałem udowodnić, że odpowiednia technika potrafi dać odpór niewprawnemu napastnikowi. Amelia była coraz bliższa sukcesu, a sytuacja się poprawiła, gdy podczas drugiej godziny treningu odwróciliśmy role. Teraz mogłem przynajmniej się powstrzymywać, nacierałem na tyle wolno, by w różnych sytuacjach Amelia poznała odpowiednie techniki blokowania. Była bardzo dobrą uczennicą w godzinę pojęła to, co normalnie zajęłoby dwa dni. Jej ruchy nie nabrały jeszcze wdzięku, nie zostały również zapamiętane i przez mięśnie. Ponadto Amelia sygnalizowała swe zamiary, ale wobec amatora takiego jak brat Aleksy nie miało to znaczenia.

— Mógłbyś mi też pokazać, jak go zabić? — spytała, gdy odpoczywaliśmy przez chwilę na trawniku. W zasadzie to ona nabierała tchu, ja czekałem.

— Zależy ci na tym?

— Oczywiście, że nie. Chcę go tylko powstrzymać. Powiodłem wzrokiem po krzywiźnie Idlewild, obserwując maleńkie postacie pracowicie uprawiające tarasy, by zdążyć przed nastaniem ciemności.

— Przypuszczam, że już nie wróci — odparłem. — Zwłaszcza po tym, co stało się w jaskini. Ale gdyby wrócił, będziesz miała nad nim przewagę i jestem pewien, że już się to nie powtórzy. Znam ten typ człowieka, Amelio. Zwróci się ku łatwiejszemu celowi.

Zastanawiała się przez chwilę, zapewne współczując osobie, którą czekają podobne co ją przeżycia.

— Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale ja go nienawidzę. Czy moglibyśmy jeszcze jutro powtórzyć trening?

— Oczywiście. Co więcej, zalecałbym to. Nadal jesteś słaba, choć zrobiłaś duże postępy.

— Dziękuję, Tanner. Pozwól zapytać: skąd znasz te techniki? Pomyślałem o dokumentach, które znalazłem w kopercie.

— Byłem doradcą do spraw bezpieczeństwa osobistego.

— I?

Uśmiechnąłem się smętnie. Ciekawe, czy Amelia znała zawartość kopert.

— Robiłem też inne rzeczy.

— Powiedziano mi, że byłeś żołnierzem.

— Tak, chyba byłem żołnierzem. Ale wtedy na Skraju Nieba prawie wszyscy żywi mieli coś wspólnego z wojną. Trudno się było z nią nie zetknąć. Takie czasy: albo stanowiłeś część rozwiązania, albo część problemu. Jeśli nie opowiedziałeś się po jednej stronie, zakładano, że popierasz drugą. — Oczywiście, tak to wyglądało dla przeciętnego obywatela Półwyspu, natomiast bogaty arystokrata mógł kupić sobie neutralność jak nowe ubranie w sklepie.

— Chyba teraz już dobrze wszystko pamiętasz.

— Tak, pamięć zaczyna mi wracać. Bardzo mi pomogło przejrzenie rzeczy osobistych.

Skinęła głową, a ja miałem wyrzuty sumienia, że ją oszukuję. Fotografie skutecznie pobudziły moją pamięć — miały też na mnie inny wpływ — ale na razie wolałem udawać częściową amnezję. Miałem tylko nadzieję, że Amelia nie jest na tyle sprytna, by przejrzeć mój podstęp; musiałem zachować ostrożność i w perspektywie baczyć na przebiegłych Lodowych Żebraków.

Rzeczywiście, byłem żołnierzem. Te wszystkie paszporty i dowody osobiste z koperty wskazywały, że żołnierka to nie koniec moich talentów, lecz tylko jądro, wokół którego krążyły inne umiejętności. Nie wszystko pamiętałem wyraźnie, ale dziś wiedziałem znacznie więcej niż wczoraj.

Pochodzę z rodziny zajmującej miejsce na końcu skali arystokratycznego bogactwa. Nie zmagała się z biedą, lecz świadomie usiłowała zachować fasadę dobrobytu. Mieszkaliśmy na południowo-wschodnim wybrzeżu Półwyspu w Nueva Iquique, miejscowości pustoszejącej, osłoniętej przed wojną przez zdradliwe góry, sennej i obojętnej nawet w ponurych czasach wojny. Północniacy często żeglowali wzdłuż wybrzeża na południe i zawijali do Nueva Iquique, nie obawiając się napaści, choć teoretycznie byliśmy wrogami. Również małżeństwa między członkami różnych rodów Flotylli nie były czymś wyjątkowym. Nauczyłem się hybrydowego języka wroga niemal tak biegle jak naszego rodzimego. Wydawało mi się dziwne, że nasi przywódcy podsycali w nas nienawiść do tych ludzi. Nawet książki historyczne przyznawały, że wszyscy byliśmy zjednoczeni, gdy statki opuszczały Merkurego.

Ale od tego czasu wiele się wydarzyło.

Dorastając, zaczynałem rozumieć, że choć nie miałem nic, ani przeciwko genom, ani wierzeniom ludzi sprzymierzonych w ramach Koalicji Północnej, to jednak byli to nasi wrogowie. Popełniali okrucieństwa, tak jak my. Choć nie czułem pogardy dla wrogów, miałem moralny obowiązek pomóc naszym i przyczynić się do jak najszybszego zwycięskiego rozstrzygnięcia wojny. W wieku dwudziestu dwóch lat zaciągnąłem się więc do Milicji Południa. Nie byłem urodzonym żołnierzem, ale szybko się uczyłem. Musiałem, bo gdy dano mi pierwszy pistolet, zaraz za parę tygodni rzucono mnie na pole walki. Zostałem wytrawnym snajperem. Po odpowiednim treningu stałem się wybitnym, a nadzwyczaj sprzyjające okoliczności sprawiły, że mój oddział potrzebował snajpera.

Pamiętam pierwsze swoje zabójstwo — wielokrotne, jak się później okazało.

Stacjonowaliśmy wysoko na porośniętych dżunglą wzgórzach i obserwowaliśmy polanę, gdzie oddziały Koalicji Północnej wyładowywały zaopatrzenie z poduszkowca. Z bezwzględnym spokojem wymierzyłem, patrząc w celownik i lokując poszczególnych żołnierzy na przecięciu nitek celownika. Karabin był naładowany mikroamunicją subsoniczną, bezgłośną, z zaprogramowanym piętnastosekundowym opóźnieniem detonacji — wystarczyło czasu, by umieścić ładunek wielkości komara w każdym mężczyźnie i obserwować, jak wszyscy leniwie drapią się w kark, jakby poczuli ukłucie owada. Gdy ósmy, ostami z mężczyzn zauważył, że coś jest nie w porządku, było dla nich za późno na reakcję.

Oddział padł na ziemię synchronicznie. Potem zeszliśmy ze wzgórz i omijając ciała, groteskowo rozdęte przez wewnętrzne wybuchy, zarekwirowaliśmy zaopatrzenie.

Tak poznałem smak śmierci, jakby we śnie.

Czasami zastanawiałem się, co by było, gdyby opóźnienie wynosiło mniej niż piętnaście sekund i gdyby pierwszy mężczyzna padł na ziemię, nim bym skończył umieszczanie ładunków na pozostałych. Czy wystarczyłoby mi zimnej krwi i snajperskiej chłodnej woli, czy też dotarłby do mnie brutalny szok i z obrzydzeniem cisnąłbym broń? Zawsze sobie powtarzałem, że gdybanie nie ma sensu. Wiem jedno: po tej pierwszej seryjnej nierealnej egzekucji zabijanie nie stanowiło dla mnie już nigdy problemu.

Prawie nigdy.

Taka już jest natura snajperskiej roboty, że niemal zawsze postrzega się wroga jako nieosobową tarczę celowniczą. Jest zwykle zbyt daleko, by odróżnić szczegóły twarzy czy dostrzec wyraz bólu, gdy nabój dotrze do celu. Prawie nigdy nie musiałem strzelać dwukrotnie. Przez pewien czas wydawało mi się, że znalazłem sobie bezpieczną niszę, gdzie mogę się odgrodzić od tego najgorszego, co niesie wojna. W moim oddziale ceniono mnie i strzeżono jak talizman. Choć nigdy nie dokonałem heroicznego czynu, dzięki snajperskim umiejętnościom stałem się bohaterem. W porządku, skoro takie rzeczy były możliwe w każdej bitwie. Wiedziałem, że to możliwe. Widywałem mężczyzn i kobiety, których wojna — jak złośliwy i kapryśny kochanek — zawsze raniła, ale, którzy obici i wygłodniali, nieuchronnie do niej wracali. Największe kłamstwo: wojna to dla wszystkich nieszczęście i jeśli mielibyśmy wybór, na zawsze uwolnilibyśmy się od wojen. Gdyby tak było rzeczywiście, może kondycja człowieka stałaby się szlachetniejsza, ale czyż wojna nie posiada dziwnego, mrocznego uroku i dlatego niechętnie zamieniamy ją na pokój? Nie chodziło o coś tak zwykłego jak przyzwyczajenie do normalności wojny. Znałem ludzi, którzy chwalili się, że po zabiciu wroga doznawali seksualnego podniecenia, uzależnieni od erotycznej mocy takiego czynu.