Выбрать главу

— Nie wiedziałem, że w mózgu mogą rosnąć nowe komórki.

— Pięćset lat temu włożyliśmy to między bajki, ale w pewnym sensie masz rację. To dość rzadkie zjawisko u wyższych ssaków. Ten obraz pokazuje jednak coś znacznie bardziej żywotnego: skoncentrowane, wyspecjalizowane obszary ostatniej i nadal trwającej neurogenezy. Są to funkcjonalne neurony zorganizowane w zawiłe struktury, połączone z istniejącymi już u ciebie neuronami. Wszystko bardzo celowe. Zauważ, w jaki sposób jasne plamy są rozmieszczone w pobliżu centrów postrzegania. To symptomatyczne, Tanner, choć już wcześniej to zrozumieliśmy, widząc twoją rękę.

— Moją rękę?

— Masz ranę na dłoni. Charakterystyczną dla infekcji jednym z Haussmannowych wirusów indoktrynacyjnych. Wiedzieliśmy, czego szukać, i wyizolowaliśmy tego wirusa z twojej krwi. Wirus wmontowuje się w twoje DNA i tworzy nowe struktury neuronowe.

Blefowanie nie miało sensu.

— Jestem zaskoczony, że udało się wam to zdiagnozować.

— Przez te lata często się z nim stykaliśmy — odparła Duscha. — Jest nim zainfekowana mała część każdej partii sorbetu… każdej grupy uśpionych, jaka dociera do nas ze Skraju Nieba. Oczywiście, początkowo przyjęliśmy to ze zdziwieniem. Wiedzieliśmy coś o kultach Haussmanna — nie muszę dodawać, że nie aprobujemy sposobu, w jaki anektowali ikonografię naszej wiary — ale po dłuższym czasie zrozumieliśmy, że są oparte na mechanizmie infekcji wirusowej i że mamy do czynienia raczej z ofiarami choroby niż z wyznawcami kultu.

— Diabelne utrapienie — rzekła Amelia. — Ale potrafimy ci pomóc, Tanner. Przypuszczam, że śniłeś o Skyu Haussmannie?

Skinąłem głową.

— Możemy wypłukać wirusa — stwierdziła Duscha. — To słaby szczep i z czasem ulegnie redukcji, ale jeśli chcesz, możemy ten proces przyśpieszyć.

— Jeśli chcę? Dziwi mnie, że jeszcze go nie wypłukaliście.

— Boże broń! Nigdy byśmy tego nie zrobili. Przecież mogłeś dobrowolnie wybrać infekcję, a wtedy nie mamy prawa go usuwać. — Duscha poklepała robota; ten schował ekran i klikając, odszedł. Poruszał się jak delikatny metalowy krab. — Jeśli jednak chcesz, możemy natychmiast rozpocząć terapię usuwania.

— Ile to potrwa?

— Pięć do sześciu dni. Naturalnie, chcemy monitorować cały proces — czasami będzie wymagał małego dostrojenia.

— No to będzie musiał ustąpić sam.

— Niech to więc spadnie na twoją głowę — odparła Duscha, zniecierpliwiona. Wstała i ze złością wyszła. Robot ruszył za nią posłusznie.

— Ja… — zaczęła Amelia.

— Wybacz, ale nie chcę o tym rozmawiać.

— Musiałam jej powiedzieć.

— Wiem i nie mam pretensji. Nie próbuj mnie tylko odwieść od wyjazdu.

Nic nie odrzekła, ale zrozumiała.

Potem niemal w milczeniu ćwiczyliśmy przez pół godziny; w tym czasie rozmyślałem o tym, co pokazała mi Duscha. Przypomniałem sobie Czerwonorękiego Vasqueza — zapewniał mnie, że już przestał zarażać. Najprawdopodobniej to on stanowił źródło wirusa, ale nie mogłem również wykluczyć przypadkowego zarażenia, gdy byłem na moście w pobliżu tylu wyznawców kultu Haussmanna.

Duscha powiedziała jednak, że to słaby szczep. Może ma rację? Na razie jedynym dowodem był stygmat na dłoni i dwa sny w nocy. Nie widywałem Skya Haussmanna w świetle dnia ani w fazie budzenia się. Nie miałem na jego punkcie obsesji, nie chciałem otaczać się pamiątkami po nim, na myśl o nim nie odczuwałem nabożnej czci. Był dla mnie tym, czym był zawsze: postacią historyczną, człowiekiem, który zrobił rzecz straszną i został strasznie ukarany, ale nie można o nim zapomnieć, ponieważ dał nam świat w darze. Istniały również starsze postacie historyczne o niejednoznacznej reputacji; ich czyny odmalowywano w równie niejasnych odcieniach szarości. Nie zamierzałem czcić Haussmanna tylko dlatego, że wydarzenia z jego życia pojawiają się w moich snach. Byłem od tego silniejszy.

— Nie rozumiem, dlaczego tak ci spieszno — powiedziała Amelia, gdy zrobiliśmy sobie przerwę. Odgarnęła z czoła wilgotne pasmo włosów. — Piętnaście lat zajęło ci dotarcie tutaj, więc jakie znaczenie ma jeszcze parę tygodni…

— Chyba po prostu nie należę do osób cierpliwych, Amelio. — Spojrzała sceptycznie. — Dla mnie tych piętnastu lat jakby nie było — wyjaśniłem. — Wydaje mi się, że zaledwie wczoraj czekałem na wejście na statek.

— No to co? Opóźnienie o tydzień czy dwa nie ma specjalnego znaczenia.

A jednak, pomyślałem. Ma to kolosalne znaczenie. Ale Amelia nie może poznać całej prawdy.

— W zasadzie… — zacząłem obojętnym głosem — mam powody, by wyjechać jak najszybciej. To nie ujawni się w waszych zapiskach, ale pamiętam, że podróżowałem z jednym facetem, który już musiał zostać ożywiony.

— Niewykluczone, jeśli ten mężczyzna został umieszczony na statku wcześniej od ciebie.

— O to mi właśnie chodzi. On mógł w ogóle nie przejść przez Hospicjum, jeśli nie wystąpiły komplikacje. Nazywa się Reivich.

Okazała zdziwienie, ale bez podejrzliwości.

— Pamiętam mężczyznę o takim nazwisku. Mieliśmy go tutaj. Argent Reivich, prawda?

Uśmiechnąłem się.

— Tak, to on.

OSIEM

Argent Reivich.

Trudno mi w to teraz uwierzyć, ale chyba kiedyś to nazwisko nic dla mnie nie znaczyło. Zbyt długo ten człowiek — jego ciągłe istnienie — był determinantem mojego świata. Jednak dobrze pamiętałem moment, gdy po raz pierwszy o nim usłyszałem. Było to w Gadziarni, gdy pewnej nocy uczyłem Gittę posługiwania się pistoletem — podczas treningu z Amelią wróciłem wspomnieniem do tamtego dnia.

Pałac Cahuelli na Skraju Nieba — długi, niski H-kształtny budynek — stał w dżungli. Z dachu wyrastała nieco mniejsza H-kształtna nadbudówka, ze wszystkich stron otaczał ją płaski, obwiedziony murkiem taras. Dookoła Gadziarni oczyszczono w dżungli krąg terenu o średnicy stu metrów. Jednak z tarasu nie było widać tej polany, chyba żeby weszło się na murek i spojrzało w dół. Dlatego miało się wrażenie, że dżungla wlewa się na taras niczym ciemnozielony przypływ. Dżungla nocą, czarna, wyprana z barw, rozbrzmiewała obcymi dźwiękami tysiąca gatunków miejscowych zwierząt. W promieniu setek kilometrów nie istniała tam żadna ludzka siedziba.

Powietrze było wyjątkowo przejrzyste, niebo od czubków drzew do zenitu upstrzone gwiazdami. Skraj Nieba nie miał większych księżyców, a kilka jasnych habitatów, orbitujących wokół planety, znajdowało się poniżej horyzontu, taras jednak oświetlało mnóstwo pochodni zatkniętych w wargi złotych posągów hamadriad, stojących na kamiennych postumentach wzdłuż balustrady. Cahuella namiętnie polował. Miał ambicję złowienia niemal dorosłej hamadriady i nie zadowalała go pojedyncza, niedojrzała sztuka schwytana przez niego w ubiegłym roku, która teraz żyła głęboko pod Gadziarnią.

Podczas tamtej wyprawy łowieckiej byłem świeżo zatrudniony u Cahuelli i wtedy po raz pierwszy widziałem jego żonę. Raz czy dwa posługiwała się strzelbami męża, ale nie było oznak, że w ogóle używała broni kiedyś wcześniej. Cahuella poprosił mnie, bym dał jej kilka zaimprowizowanych lekcji strzelania w terenie. Gitta zrobiła postępy, choć widziałem, że nigdy nie zostanie wytrawnym strzelcem. Zupełnie nie interesowały ją polowania i wprawdzie ze stoickim spokojem znosiła trudy wyprawy, to jednak nie podzielała pierwotnego zapału Cahuelli do zabijania.

Cahuella szybko doszedł do wniosku, że traci czas, próbując zrobić z Gitty myśliwego, ale chciał, by przynajmniej umiała posługiwać się bronią — teraz już mniejszą — dla własnego bezpieczeństwa.