Выбрать главу

— Ale po co? — spytałem. — Przecież wynajmujesz kogoś takiego jak ja, by ktoś taki jak Gitta nie musiał się obawiać o swe bezpieczeństwo.

Byliśmy wtedy sami w jednym z pustych wiwariów na dole.

— Bo mamy wrogów. Jesteś dobry, Tanner, i twoi ludzie też są dobrzy, ale nie niezawodni. Pojedynczy zabójca mógłby się przedostać przez nasze systemy obronne.

— Owszem — przyznałem. — Ale ktoś tak sprawny potrafiłby również zabić ciebie lub żonę i nawet byście się nie zorientowali.

— Ktoś tak dobry jak ty?

Pomyślałem o całym systemie obrony, jaki zorganizowałem wokół i wewnątrz domu.

— Nie — odparłem. — Musiałby być znacznie, znacznie lepszy ode mnie.

— A tacy w ogóle istnieją?

— Zawsze istnieją lepsi od ciebie. Chodzi tylko o to, czy ktoś jest gotów zapłacić im za usługi.

Cahuella oparł rękę na pustej skrzyni po plażach.

— Więc tym bardziej Gitcie jest potrzebny trening. Lepiej mieć jakąkolwiek szansę samoobrony niż żadnej.

Dostrzegłem w tym pewną logikę.

— Jeśli nalegasz, pokażę jej…

— Dlaczego się tak opierasz?

— Pistolety są niebezpieczne.

Lampy w pustych skrzyniach oświetlały Cahuellę żółtawym niezdrowym światłem.

— Chyba właśnie o to chodzi. — Uśmiechnął się.

Zaraz zaczęliśmy z Gittą ćwiczenia. Kobieta okazała się bardzo chętną uczennicą, choć nie tak pojętną jak Amelia. Nie wiązało się to z jej inteligencją, ale z niedostatkami motoryki, z zasadniczym brakiem koordynacji psychoruchowej. Nigdy by się to nie ujawniło, gdyby nie te lekcje. Nie była beznadziejna, ale to, co Amelia potrafiła świetnie opanować w godzinę, Gitta trenowała mozolnie cały dzień, i to na znacznie bardziej podstawowym poziomie. Gdyby ktoś taki należał do jednostki szkoleniowej za moich żołnierskich czasów, nigdy bym się nie zgodził na całą tę mordęgę. Takiej osobie należałoby przydzielić odpowiedniejsze zadanie, choćby wywiad wojskowy.

Ale Cahuella chciał, by Gitta umiała posługiwać się pistoletem.

Wypełniałem więc rozkazy. Bez problemu. Cahuella decydował, jak mnie wykorzystać. Ponadto spędzanie czasu z Gittą nie należało do zadań uciążliwych. Żona Cahuelli, nadzwyczaj piękna kobieta o wysoko zarysowanych kościach policzkowych, mająca przodków z Północy, była smukła, zgrabna, zbudowana jak tancerka. Dotychczas nigdy jej nie dotknąłem i nie miałem nawet okazji z nią rozmawiać, choć dość często na jej temat fantazjowałem.

Teraz, gdy musiałem korygować jej postawę, dotykając lekko ramion i pleców albo krzyża, odczuwałem śmieszne przyśpieszone bicie serca. Gdy się do niej zwracałem, usiłowałem mówić cicho i spokojnie, ale, słysząc samego siebie, wiedziałem, że mój głos zdradzał napięcie i sztubackie zakłopotanie. Jeśli nawet coś zauważyła w moim zachowaniu, nie okazała tego, całkowicie skupiona na treningu.

Wokół tej części tarasu zainstalowałem generator pola elektromagnetycznego o częstotliwościach radiowych, które kontaktowało się z procesorem w antyrozbłyskowych goglach Gitty. Było to standardowe wyposażenie treningowe, należało do bogatego arsenału, jaki Cahuella zdołał przez lata ukraść lub kupić na czarnym rynku. Duchy, odwzorowane w goglach Gitty, wchodziły w jej pole widzenia, dając wrażenie postaci skradających się po tarasie. Nie wszystkie były wrogie i Gitta w ułamku sekundy musiała sama decydować, kogo należy zastrzelić.

W zasadzie był to żart. Tylko bardzo wprawny zabójca potrafiłby dostać się do Gadziarni, a jeśli by mu się to udało, z pewnością nie zostawiłby Gitcie tych kilku cennych chwil na decyzję.

Gitta nieźle spisywała się do piątej lekcji. W dziewięćdziesięciu procentach potrafiła przynajmniej wymierzyć i strzelić we właściwy cel. Z takim marginesem błędu mogłem się pogodzić, mając nadzieję, że nigdy nie znajdę się wśród tych niewłaściwych dziesięciu procent.

Nadal jednak Gitta nie zabijała efektywnie. Używaliśmy prawdziwej amunicji wojskowej, gdyż bronie promieniowe, do jakich mieliśmy dostęp, były nieporęczne i ciężkie. Dla bezpieczeństwa mógłbym tak to wszystko ustawić, że broń strzelałaby tylko wówczas, gdy ani ja, ani Gitta nie znajdowaliśmy się na linii ognia — nie wspominając o cennych posągach hamadriad. Doszedłem jednak do wniosku, że chwile niefunkcjonowania broni odbierałyby treningowi autentyczność, czyniąc całe szkolenie nieprzydatnym. Załadowałem wobec tego inteligentną amunicję: w każdej kuli znajdował się procesor sprzężony z tym samym polem magnetycznym co gogle Gitty. Procesor sterował maleńkimi wytryskami gazu, które zmieniłyby trajektorię pocisku, gdyby się okazało, że jest nieodpowiednia. Jeśli zmiana kursu miałaby nastąpić pod zbyt ostrym kątem, kula ulegała samozniszczeniu — rozpylała się na pędzącą chmurę gorących par metalu, nie można powiedzieć, że nieszkodliwą, ale znacznie mniej niebezpieczną od naboju zmierzającego prosto w twarz.

— Jak mi idzie? — spytała Gitta w przerwie, gdy musieliśmy przeładować broń.

— Lepiej wybierasz cele, ale musisz niżej celować, w pierś, nie w głowę.

— Dlaczego w pierś? Mąż mi mówił, że ty potrafisz zabić człowieka jednym strzałem w głowę.

— Mam więcej doświadczenia od ciebie.

— Ale to prawda… to co o tobie mówią? Że gdy strzelasz do kogoś…

— Wybieram konkretny obszar mózgu — dokończyłem za nią. — Nie powinnaś wierzyć wszystkiemu, co ci mówią. Potrafię prawdopodobnie wpakować pocisk w wybraną półkulę, ale poza tym…

— A jednak dobrze jest żyć z taką reputacją.

— Przypuszczam, że tak. Ale to tylko reputacja.

— Gdyby takie pogłoski dotyczyły mojego męża, wydusiłby z tego, co się da. — Z niepokojem spojrzała na nadbudówkę domu. — Ale ty zawsze starasz się umniejszyć swoje umiejętności… przez to bardziej w nie wierzę.

— Umniejszam, bo nie chcę, byś uważała mnie za kogoś innego, niż jestem.

— Nie ma obaw, Tanner. — Spojrzała na mnie. — Wiem dokładnie, kim jesteś. Facetem o czystym sumieniu, pracującym dla człowieka, który nie zawsze spokojnie śpi.

— Uwierz, że moje sumienie nie jest dziewiczo czyste.

— Powinieneś zobaczyć sumienie Cahuelli. — Przez chwilę patrzyła mi prosto w oczy. Spuściłem wzrok i zająłem się pistoletem. — O wilku mowa — powiedziała Gitta, podnosząc głos.

— Znów o mnie rozmawialiście? — Cahuella zszedł na taras z nadbudówki, w dłoni trzymał pobłyskujący kieliszek pisco. Nie mogę mieć wam tego za złe. No więc, jak minął trening?

— Robimy sensowne postępy — odparłem.

— Nie wierz mu — powiedziała Gitta. — Jestem denna, a Tanner jest zbyt uprzejmy, by to potwierdzić.

— Rzeczy warte zachodu nigdy nie są łatwe — rzekłem. — Gitta potrafi strzelać i w większości przypadków odróżni swojego od wroga. Nie ma w tym nic magicznego: pracowała ciężko i zasługuje na pochwałę. Ale jeśli chcesz, byśmy osiągnęli więcej, nie będzie łatwo.

— Niech nadal trenuje. Jesteś przecież mistrzem. — Wskazał pistolet, w którym właśnie wymieniłem magazynek. — Pokaż jej swoją sztuczkę.

— Którą? — Usiłowałem się opanować. Zwykle Cahuella nie był taki głupi, by moje z trudem zdobyte umiejętności nazywać sztuczkami.

Cahuella pociągnął z kieliszka.

— Wiesz, o czym myślę.

— Doskonale. Spróbuję zgadnąć.

Przeprogramowałem pistolet — teraz kule nie zmienią toru, gdy znajdą się na ryzykownej trajektorii. Chciał sztuczki — będzie ją miał. A koszty to jego problem.

Normalnie, strzelając z małej broni, przyjmowałem klasyczną postawę snajpera: nogi lekko rozstawione, dla równowagi; kolba pistoletu w jednej dłoni, podpieranej od dołu drugą ręką; ramiona rozsunięte na poziomie oczu, usztywnione, by zamortyzować odrzut, jeśli broń strzelała kulami, a nie energią. Teraz miałem pistolet w jednej ręce na biodrze, jak kiedyś rewolwerowcy strzelający z colta. Dokładnie przećwiczyłem tę pozycję, więc wiedziałem, gdzie poleci kula.