Nacisnąłem spust i… wpakowałem pocisk w posąg hamadriady.
Podszedłem, by obejrzeć zniszczenia: pozłota posągu rozmazała się jak masło, w pięknej symetrii lotosu wokół wlotu kuli. A pocisk umieściłem z piękną symetrią: w matematycznym środku czoła węża, rzekłbym: między oczami, gdyby jego oczy nie tkwiły wewnątrz szczęki.
— Bardzo dobrze — powiedział Cahuella. — No, tak. Zdajesz sobie sprawę, ile kosztuje taki posąg?
— Mniej, niż płacisz mi za usługi — odparłem. Żeby nie zapomnieć, zaraz przeprogramowałem pistolet na tryb bezpieczny.
Cahuella przez chwilę przyglądał się hamadriadzie. Potrząsnął głową i zaśmiał się krótko.
— Chyba masz rację — stwierdził. — Widzę, Tanner, że nie straciłeś wprawy. — Pstryknął palcami na żonę. — Koniec lekcji, Gitta. Muszę z Tannerem coś omówić, po to tu zszedłem.
— Ale przecież dopiero zaczęliśmy.
— Potrenujecie kiedy indziej. Nie chcesz chyba od razu wszystkiego się nauczyć?
Nie, pomyślałem, mam nadzieję, że nigdy się te lekcje nie skończą, bo inaczej zniknie pretekst, bym się z nią spotykał. Niebezpieczne myśli: czy serio zamierzałem z nią zaczynać, gdy Cahuella był tuż obok w domu? Myśli szalone: dotychczas Gitta nie okazywała mi, że jestem dla niej atrakcyjny, ale niektóre jej słowa dały mi do myślenia. Może po prostu odczuwa samotność tu, na tym zadupiu, w sercu dżungli?
Zszedł Dieterling, który odprowadził Gittę do domu, a inny człowiek Cahuelli rozmontował generator pola. Podszedłem z Cahuellą do muru okalającego taras. W ciągu dnia w dżungli bywało nieznośnie wilgotno, nie to co w Nuevo Iquique — tam spędziłem dzieciństwo — gdzie panował rześki morski klimat. Wysoki, barczysty Cahuellą nosił czarne kimono z rysunkiem splecionych delfinów na plecach. Boso stąpał po ułożonych w jodełkę płytach. Twarz miał szeroką, usta — jak mi się zawsze wydawało — wyrażały lekkie poirytowanie. Miał wygląd człowieka, który nie akceptuje łatwo porażki. Gęste czarne, sczesane do tyłu włosy, w blasku pochodni hamadriad połyskiwały kutym złotem. Przesunął palcami po uszkodzonym posągu węża, potem pochylił się, by zebrać z ziemi złote łuski — cieniutkie listki folii; dawni iluminatorzy ozdabiali taką folią święte księgi. Roztarł je ze smutkiem między palcami i próbował nałożyć złoto na ranę driady. Owinięty wokół pnia wąż został przedstawiony w ostatniej fazie ruchu — za chwilę miał się stopić z drzewem.
— Przepraszam za szkody, ale prosiłeś o demonstrację — powiedziałem.
Cahuellą potrząsnął głową.
— Nic nie szkodzi. W piwnicy mam kilkadziesiąt sztuk. Może zostawić to jako ciekawostkę?
— Dla odstraszenia?
— Jest chyba tego warte? — Potem dodał ciszej: — Coś się wydarzyło. Musisz dziś ze mną pójść.
— Dziś wieczór? — Było już późno, ale Cahuella działał w dziwnych porach dnia. — Co planujesz? Nocne polowanie?
— Miałbym na to ochotę, ale to coś zupełnie innego. Mamy gości. Musimy ich powitać. Przy starej drodze, dwadzieścia klików stąd, jest polanka. Zawieź mnie tam.
Starannie to przemyślałem.
— Jacy goście? — spytałem.
Niemal z czułością pogłaskał przedziurawioną głowę hamadriady.
— Nie tacy jak zawsze.
Po półgodzinie wyruszyliśmy terenowcem z Gadziarni. Cahuella zdążył się przebrać w spodnie, koszulę khaki i skórzaną kurtkę myśliwską z mnóstwem kieszeni. Przeciskałem się pojazdem między otaczającymi dom, opuszczonymi budynkami, obrośniętymi gałęźmi pnączy. Wreszcie znalazłem dawny szlak, który właśnie znikał w dżungli. Za kilka miesięcy podróż w ogóle nie byłaby możliwa — las całkowicie zaleczyłby tę ranę i żeby odtworzyć drogę, trzeba by użyć miotaczy ognia.
Gadziarnia wraz z otoczeniem stanowiła kiedyś część ogrodu zoologicznego, stworzonego podczas jednego z okresów zawieszenia broni, które utrzymało się tylko dekadę, ale wówczas wydawało się, że istnieje szansa na trwały pokój i ludzie stworzyli coś tak zbędnego militarnie — a cywilnie pożytecznego — jak zoo. Zamierzano w nim umieścić ziemskie i miejscowe okazy, eksponując podobieństwa i różnice między Ziemią a Skrajem Nieba. Zoo nie zostało jednak nigdy ukończone, a teraz jedynym zachowanym budynkiem była Gadziarnia; tu Cahuella stworzył swoją prywatną rezydencję. Znakomitą, odizolowaną, łatwą do obrony. Wiwaria w piwnicy pragnął zapełnić własną kolekcją schwytanych zwierząt; najważniejsza byłaby niemal dorosła hamadriada, którą jeszcze musiał złowić. Dorosły zajmował już znaczną część pomieszczenia; potrzebowałby nowej piwnicy oraz fachowej opieki, koniecznej w przypadku istoty o biochemii całkowicie odmiennej od biochemii stworzenia w fazie młodej. W domu było pełno skór, zębów i kości zabitych zwierząt. Cahuella nie pałał miłością do istot żywych, a chciał mieć żywego osobnika tylko dla gości — wszyscy wiedzieli, że pochwycenie żywego osobnika wymagało więcej umiejętności niż zabicie go w dżungli.
Gałęzie i zwisające pnącza smagały karoserię pojazdu, wycie turbin zagłuszało dźwięki zwierząt w promieniu wielu mil.
— Co to za goście? — Mówiłem przez mikrofon na krtani, a Cahuella odbierał to w swoich słuchawkach nasadzonych na uszy.
— Wkrótce zobaczysz.
— Zaproponowali tę polankę na miejsce spotkania?
— Nie… to mój pomysł.
— Wiedzieli, o którą polanę chodzi?
— Nie musieli. — Głową wskazał niebo. Spojrzałem przelotnie na baldachim lasu i nad naszymi głowami, gdzie zieleń nieco się przerzedziła, zobaczyłem coś niezwykle jasnego w kształcie klina. — Podążają za nami od naszego wyjazdu z domu.
— To nie jest tutejszy samolot — stwierdziłem.
— To nie samolot, Tanner. To statek kosmiczny.
Po godzinie jazdy przez gęstniejącą dżunglę dotarliśmy do polany prawdopodobnie wypalonej parę lat temu przez jakiś zabłąkany pocisk — mógł być nawet przeznaczony dla Gadziarni, bo Cahuelli nie brakowało wrogów. Na szczęście większość z nich nie wiedziała, gdzie on mieszka. Polanka zarastała, ale teren, dość równy, nadawał się do lądowania.
Statek zawisł nad nami, deltokształtny, cichy jak nietoperz. Gdy się zniżył, zobaczyłem, że od spodu jest wyłożony tysiącem oślepiająco jasnych elementów grzewczych. Miał pięćdziesiąt metrów szerokości, a polana miała ze sto. Dotarło do mnie pierwsze uderzenie ciepła, a potem, na granicy słyszalności, wrażenie poddźwiękowego buczenia.
Dżungla ucichła.
Deltoid zniżał się, z jego końca wystawały trzy odwrócone półkule. Teraz był poniżej linii drzew. Pociłem się od żaru. Zasłoniłem dłonią oczy przed oślepiającym blaskiem.
Blask przygasł do matowej ceglastej czerwieni i statek opuścił się pod własnym ciężarem, osiadając na półkulach, które zamortyzowały uderzenie z gładkością mięśni. Przez kilka chwil panowała cisza, potem z przodu pojazdu jak język wysunęła się rampa. Otaczająca polanę dżungla stała się wyrazistą rzeźbą, oblana niebieskawobiałym światłem padającym z drzwi u szczytu rampy. Kątem oka dostrzegłem, że coś szybko umyka w cień.
Dwie długie wrzecionowate postacie wkroczyły w światło na szczycie rampy.