Выбрать главу

Cahuella ruszył w stronę rampy.

— Chcesz tam wejść?

— A żebyś wiedział. — Jego sylwetka rysowała się wyraźnie w świetle. — Ty pójdziesz ze mną.

— Nigdy nie miałem do czynienia z Ultrasami.

— Teraz nadarza ci się wspaniała okazja.

Zostawiłem terenowca i poszedłem za nim. W dłoni trzymałem pistolet, ale wydało mi się to niepoważne. Wsunąłem broń za pas i już jej potem nie wydobyłem. Dwaj Ultrasi czekali na rampie spokojnie, w lekko znudzonych pozach; jeden z nich opierał się o framugę drzwi. W pól drogi do statku Cahuella przyklęknął i palcami rozsunął niskie rośliny. Wydawało mi się, że dostrzegłem na ziemi lekko wypukłą warstwę zniszczonego metalu, ale nie zdążyłem się dokładniej przyjrzeć, bo Cahuella mnie ponaglił.

— Pośpiesz się. Oni nie słyną z nadmiernej cierpliwości.

— Nawet nie wiedziałem, że na orbicie jest jakiś statek Ultra-sów — rzekłem cicho.

— Prawie nikt nie wiedział. — Cahuella wchodził już po rampie. — Trzymają wszystko w sekrecie, bo chcą prowadzić interesy, które byłyby niemożliwe przy większym rozgłosie.

Ultrasi — mężczyzna i kobieta — byli bardzo szczupli. Ich szkieletalne postacie tkwiły w krosnach zewnętrznej maszynerii i protez. Oboje bladzi, o wysoko zarysowanych kościach policzkowych, usta i oczy mieli czarne, jakby obwiedzione węglem. Nadawało im to lalkowy, niemal trupi wygląd. Czarne sztywne loki tworzyły na głowie gniazda węży. Ramiona mężczyzny były zbudowane z dymnego szkła inkrustowanego świecącymi maszynami i pulsującymi liniami zasilania, a kobieta miała w brzuchu owalną dziurę na przestrzał.

— Niech cię nie zaszokuje ich wygląd — szepnął Cahuella. — Szokowanie ludzi to ich technika robienia interesów. Mogę się założyć, że kapitan wysłał dwóch najbardziej niesamowitych osobników, by nas zbić z tropu.

— No to mu się udało.

— Wierz mi: miałem do czynienia z Ultrasami. To kociaki. Wchodziliśmy powoli po rampie. Kobieta oparta o framugę wyprostowała się i obserwowała nas uważnie z obojętnie zaciśniętymi ustami.

— Ty jesteś Cahuella? — spytała.

— Tak. A to Tanner. Idzie ze mną i to nie podlega negocjacji. Spojrzała na mnie.

— Masz broń — stwierdziła.

— Tak. — Byłem odrobinę wytrącony z równowagi, gdyż kobieta przez warstwę ubrań dostrzegła u mnie pistolet. — A wy nie macie?

— Mamy swoje środki. Proszę na pokład.

— A pistolet?

Kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie, po raz pierwszy okazując jakieś emocje.

— To drobiazg.

Gdy weszliśmy na pokład, wciągnęli rampę i zamknęli drzwi. Wnętrze statku przypominało ambulatorium — pastelowe barwy i błyszczące urządzenia. Dwaj inni Ultrasi na wpół leżeli w wielkich sterowniczych fotelach, niemal całkowicie schowani pod displejami i delikatnymi dźwigniami. Pilot i kopilot, obaj nadzy, mieli fioletową skórę i niezwykle sprawne palce oraz — jak tamta para — sztywne dredy, choć nieco gęstsze.

Kobieta z dziurą w brzuchu powiedziała:

— Pellegrino, wystartuj gładko i spokojnie. Niech nam goście nie zemdleją.

— Lecimy? — spytałem Cahuellę bezgłośnie. Skinął głową.

— Baw się dobrze, Tanner. Tak jak ja. Dotarły do mnie słuchy, że niedługo nie będę już mógł opuszczać powierzchni planety, nawet Ultrasi nie zechcą mieć ze mną do czynienia.

Wskazano nam dwie wolne kanapy. Gdy tylko zapięliśmy pasy, statek wzniósł się pionowo. Przez przezroczyste łaty rozmieszczone w ścianach widziałem, jak polana w dżungli maleje, staje się plamą wielkości stopy, skąpaną w smudze światła. Daleko na horyzoncie pojedyncza świetlna plama znaczyła Gadziarnię. Reszta dżungli tonęła w oceanie czerni.

— Dlaczego wybrałeś tę polanę na nasze spotkanie? — spytała kobieta.

— Statek zaparkowany na szczycie drzewa przedstawiałby dość głupi widok.

— Nie o to mi chodzi. Bez wysiłku moglibyśmy sporządzić własne lądowisko. Ale dla ciebie ważna była ta polana. — Kobieta mówiła takim tonem, jakby wyjaśnienie tej kwestii miało dla niej marginalne znaczenie. — Przeprowadziliśmy skanowanie. Odkryliśmy podziemną komorę o regularnych kształtach, pełną maszyn.

— Wszyscy mamy swoje drobne sekrety — odparł Cahuella.

Kobieta uważnie na niego spojrzała. Machnęła dłonią i zakończyła sprawę.

Statek wznosił się coraz wyżej, przyśpieszenie wdusiło mnie w fotel. Wrażenie było nieprzyjemne, ale stoicko nie okazywałem, że jest mi niewygodnie. Ultrasi, chłodni jak lód, cicho rozmawiali w technicznym żargonie: prędkość wzlotu, wektor wzlotu. Tych dwoje, którzy powitali nas przed statkiem, siedziało zatopionych w fotelach z grubymi srebrnymi pępowinami, które prawdopodobnie wspomagały oddychanie i krążenie. Opuściwszy atmosferę planety, nadal się wznosiliśmy. Byliśmy po stronie dziennej planety. Niebieskozielony Skraj Nieba wyglądał z pozoru tak spokojnie, jak musiał wyglądać wówczas, gdy „Santiago” dotarł tu na orbitę. Z góry nie widziało się żadnych śladów wojny i dopiero daleko na horyzoncie dostrzegłem smugi czarnego dymu — to płonęły pola naftowe.

Pierwszy raz w życiu oglądałem taki widok. Nigdy przedtem nie byłem w kosmosie.

— Podejście do lądowania na „Orvieto” — zameldował pilot Pellegrino.

Szybko zbliżał się ich główny statek: ciemny, wielki jak uśpiony wulkan. Wymodelowany stożek, długi na cztery kilometry. Światłowiec — tak Ultrasi nazywali swoje statki. Smukłe nocne lokomotywy, zdolne pruć przez kosmiczną pustkę z prędkością niewiele mniejszą od prędkości światła. To robiło wrażenie. Żadne urządzenie na Skraju Nieba nie było tak zaawansowane technicznie jak mechanizmy utrzymujące ten statek w ruchu. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić czegoś równie wyrafinowanego.

Ultrasom planeta musiała się wydawać eksperymentem inżynierii społecznej, kapsułą czasu przechowującą przestarzałe techniki i ideologie sprzed trzystu, czterystu lat. Oczywiście nie wszystko było naszą winą. Gdy pod koniec dwudziestego pierwszego wieku statki Flotylli opuściły Merkurego, miały na pokładzie najnowsze rozwiązania techniczne. Dotarcie do układu Łabędzia zajęło im półtora wieku. W tym czasie w Układzie Słonecznym technika gwałtownie przyśpieszyła, a we Flotylli pozostawała w zawieszeniu.

Nim wylądowaliśmy, inne planety zdołały rozwinąć technikę podróży podświetlnych i cała nasza wyprawa nabrała cech żałosnego purytańskiego gestu samobiczowania.

W końcu na Skraj Nieba dotarły szybkie statki, przywiozły pamięci danych, pełne wzorców technicznych, dzięki którym moglibyśmy dokonać skoku cywilizacyjnego. Gdybyśmy chcieli.

Ale wtedy już toczyliśmy wojnę.

Wiedzieliśmy, co dałoby się osiągnąć, ale nie mieliśmy czasu ani środków, by powielić tamte zdobycze, ani też zasobów finansowych, by nabyć gotowe wyroby od odwiedzających nas handlarzy. Nowe technologie kupowaliśmy jedynie wówczas, gdy miały bezpośrednie zastosowanie militarne, a i to doprowadzało nas na skraj bankructwa. Przez całe wieki prowadzono więc wojny, wykorzystując piechotę, czołgi, myśliwce, bomby chemiczne, prymitywne bomby atomowe i tylko z rzadka stosowano fantastyczne środki, takie jak bronie cząsteczkowe czy cudeńka nanotechniki.

Nie dziwota, że Ultrasi traktowali nas ze źle skrywaną pogardą. W porównaniu z nimi byliśmy dzikusami i co gorsza, wiedzieliśmy, że to prawda.

Statek zadokował w „Orvieto”.

W środku wszystko przypominało większą wersję promu — skręcające pastelowe korytarze, cuchnące antyseptyczną higieną. Tutejsza grawitacja, wywołana rotacją wewnętrznych części statku w zewnętrznym kadłubie, była nieco większa niż na Skraju Nieba, ale wysiłek przy poruszaniu się nie był bardziej przykry niż chodzenie z ciężkim plecakiem. Światłowiec pełnił również rolę ramlinera: statku transportującego ludzi z tysiącami koi zimnego snu w ładowniach. Część ludzi przeniesiono już na pokład — nieuśpieni jeszcze arystokraci uskarżali się, że ich źle traktowano. Ultrasi się tym nie przejmowali. Arystokraci musieli słono zapłacić za przejażdżkę na „Orvieto”, ale dla Ultrasów i tak pozostawali dzikusami, tylko nieco bogatszymi i bardziej czystymi.