Выбрать главу

Zaprowadzono nas do kapitana.

Siedział na wielkim królewskim tronie, zawieszonym na długim bomie, umożliwiającym trójwymiarowe ruchy po wielkim mostku. Inni oficerowie mieli podobne fotele, ale gdy weszliśmy, przezornie odjechali na nich w stronę ściennych displejów wypełnionych skomplikowanymi diagramami. Stałem z Cahuellą na niskim wysuwalnym podeście, dochodzącym mniej więcej do środka kopuły mostku.

— Pan… Cahuella — odezwał się mężczyzna na tronie. — Witam na pokładzie. Jestem kapitan Orcagna.

Kapitan robił takie samo wrażenie jak jego statek. Ubrany od stóp do głów w błyszczącą czarną skórę, na nogach miał wysokie do kolan, czarne spiczaste buty. Dłonie w czarnych rękawiczkach złożył w piramidkę pod brodą. Z czarnego kołnierza tuniki wystawała głowa jak jajo. W przeciwieństwie do reszty załogantów czaszkę miał zupełnie łysą. Charakterystyczna twarz pozbawiona zmarszczek mogłaby należeć do dziecka… albo do trupa.

— A pan? — spytał wysokim, niemal kobiecym głosem, skinąwszy ku mnie.

— Tanner Mirabel — odparł Cahuella, nim zdążyłem otworzyć usta. — Mój osobisty spec od bezpieczeństwa. Idzie tam, gdzie ja. To nie…

— …podlega negocjacji. Tak, słyszałem. — Nieobecnym wzrokiem Orcagna wpatrywał się w jakiś tylko jemu widoczny obiekt zawieszony w powietrzu. — Tak, rozumiem… Tanner Mirabel. Były żołnierz, potem zatrudniony u Cahuelli. Powiedz mi, Mirabeclass="underline" jesteś całkowicie pozbawiony moralności czy zupełnie nie wiesz, dla jakiego człowiek pracujesz?

Cahuella również teraz pośpieszył z odpowiedzią.

— Wyrzuty sumienia to nie jego sprawa.

— Ale czy miałby je, gdyby wiedział? — Orcagna znowu spojrzał na mnie, ale z jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Tak jakbyśmy rozmawiali o kukiełce poruszanej przez niecielesną inteligencję działającą w statkowej sieci komputerowej.

— Powiedz mi, Mirabel, czy zdajesz sobie sprawę, że twój pracodawca jest uznany gdzieniegdzie za przestępcę wojennego?

— Tylko przez hipokrytów, chętnie kupujących od niego broń, o ile nie sprzedaje jej innym.

— Płaskie pole bitwy jest o wiele lepsze od każdego innego — przytoczył Cahuella swe ulubione powiedzonko.

— Ale ty nie tylko handlujesz bronią — stwierdził Orcagna. Znów oglądał niewidoczny dla innych obiekt. — Kradniesz i zabijasz. Są dowody na twój udział przynajmniej w trzydziestu morderstwach związanych z czarnym rynkiem broni. W trzech przypadkach byłeś odpowiedzialny za redystrybucję broni, która powinna być wycofana na mocy układów pokojowych. Można udowodnić, że pośrednio przyczyniłeś się do przedłużenia, a nawet do ponownego wzniecenia czterech lub pięciu konfliktów terytorialnych, bliskich wówczas ugody. Twoje działanie spowodowało śmierć dziesiątków tysięcy ludzi. — Cahuella chciał zaprotestować, ale Orcagna nie zwracał na to uwagi. — Dla ciebie liczy się tylko zysk. Jesteś zupełnie pozbawiony moralności i poczucia dobra i zła. Fascynują cię gady, bo może widzisz w nich własną osobowość, a w istocie jesteś bezgranicznie próżny. — Kapitan podrapał się po brodzie. — Krótko mówiąc — kontynuował z lekkim uśmieszkiem — jesteś bardzo do mnie podobny. Z kimś takim mogę chyba robić interesy. — Spojrzał na mnie. — Ale powiedz mi, Mirabel, dlaczego dla niego pracujesz. W waszych życiorysach nie dostrzegam żadnych wspólnych elementów.

— Płaci mi.

— To wszystko?

— Nigdy nie prosi mnie o coś, czego bym się nie zgodził zrobić. Jestem specjalistą od bezpieczeństwa. Ochraniam go wraz z jego otoczeniem. Własnym ciałem osłaniam przed kulami i uderzenia mi lasera. Czasami załatwiam sprawy i spotykam się z potencjalnymi dostawcami. Też niebezpieczna robota. A co się dzieje z karabinami, gdy zmienią właściciela, to mnie nie obchodzi.

— Hmm. — Orcagna dotknął małym palcem kącika ust. — Może powinno.

— Czy całe spotkanie ma jakiś konkretny cel? — spytałem Cahuellę.

— Jak zawsze — Orcagna. — Oczywiście idzie o handel, ty męczący człowieku. Po cóż bym ryzykował skażenie statku waszym planetarnym brudem?

A więc jednak interesy.

— Co sprzedajesz? — spytałem.

— Jak zwykle broń. Twój szef zawsze tego od nas chce. To normalna tutejsza postawa. Od czasu do czasu moi przedstawiciele proponują wam dostęp do technik długowieczności, powszechnych już na innych planetach, ale za każdym razem oferta jest odrzucana na korzyść brudnych militariów.

— Bo każecie sobie za to płacić tyle, że pół Półwyspu poszłoby z torbami — rzekł Cahuella. — A w moich zasobach też zrobiłoby to poważny uszczerbek.

— Nie taki jak śmierć — stwierdził filozoficznie Orcagna. — No cóż, w końcu to twój pogrzeb. Muszę ci coś powiedzieć: strzeż tego, co od nas dostaniesz. Byłoby to wielce niefortunne, gdyby to ponownie wpadło w niepowołane ręce.

Cahuella westchnął.

— Nie moja wina, że terroryści rabują moich klientów.

Aluzja do tego, co wydarzyło się przed miesiącem. Jeszcze teraz mówili o tym ci, co znali czarnorynkowe powiązania na Skraju Nieba. Zorganizowałem transakcję z legalną, przestrzegającą układów frakcją wojskową. Wymiany dokonano w łańcuszku podstawionych osób; Cahuella — dyskretnie ukryty — był na jego końcu. Dokonałem również samej wymiany broni — odbyło się to na polanie podobnej do tej, na której spotkaliśmy się z Ultrasami. Tam skończyła się moja rola. Ktoś jednak doniósł o wszystkim jakiejś mniej legalnej frakcji — ta zorganizowała zasadzkę i przechwyciła dostawę.

Cahuella nazwał ich terrorystami, ale nie było zbyt wielkiej różnicy między nimi a tamtą legalną grupą. Podczas wojny, w której co tydzień zmieniała się definicja przestępstwa, legalne od nielegalnego różniło się jedynie jakością fachowej porady prawnej. Koalicje się zmieniały, minione wydarzenia na nowo interpretowano, przedstawiając uczestników w nowym świetle. Istotnie, obecnie wielu obserwatorów uważało Cahuellę za przestępcę wojennego. Za sto lat mogą go czcić jako bohatera… a mnie uznać za jego prawą rękę.

Zdarzały się dziwniejsze rzeczy.

Jednak to, co wydarzyło się po odbiciu dostawy, trudno byłoby przedstawić pozytywnie: tydzień po zasadzce terroryści za pomocą kradzionej broni wymordowali większość członków pewnej arystokratycznej rodziny w Nueva Santiago.

— Nie pamiętam nazwiska.

— Reivich czy coś takiego — odparł Cahuella. — Zrozum, ci terroryści to zwierzęta, przyznaję. Gdybym mógł, wytapetowałbym ściany ich skórą, a z kości zrobił meble. Ale to nie znaczy, że pałam sympatią do klanu Reivicha. Byli na tyle bogaci, że mogli się wynieść. Ta planeta to kloaka. Jeśli chcą bezpiecznego miejsca, mają do dyspozycji całą galaktykę.

— Mamy pewne dane wywiadowcze, które mogą was zainteresować — powiedział Orcagna. — Argent Reivich, najmłodszy z synów, który przeżył, przysiągł zemstę na tobie.

— Przysiągł zemstę. Co to, sztuka umoralniająca? — Cahuella wyciągnął przed nim dłoń. — Zobacz, drżę ze strachu!

— To nic nie znaczy — stwierdziłem. — Gdybym uznał, że warto ci zawracać głowę, już byś o tym wiedział. Między innymi za to mi płacisz. Więc nie musisz się przejmować każdym świrem, który żywi do nas urazę.