Выбрать главу

— Według nas ten facet nie jest świrem. — Orcagna obejrzał swoje palce w czarnych rękawiczkach, zdejmując jedną po drugiej. — Z naszych danych wywiadowczych wynika, że ten dżentelmen zdobył broń u tych samych oddziałów, które wymordowały mu rodzinę. Broń ciężkocząsteczkowa, nadaje się do totalnego ataku na fortece. Przechwyciliśmy sygnatury tych urządzeń. Są w pełni sprawne. — Ultras zamilkł na chwilę. — Może cię zainteresuje wiadomość — kontynuował — że sygnatury przesuwają się na południe Półwyspu, w kierunku Gadziarni.

— Podaj mi pozycję — powiedziałem. — Wyjdę dzieciakowi na spotkanie i dowiem się, o co mu chodzi. Może chce wynegocjować więcej broni…? Mógł się nie zorientować, że jesteś dostawcą.

— Taaak, a ja jestem producentem wykwintnego szampana — powiedział Cahuella. — Daj spokój, Tanner. Myślisz, że potrzebny mi ktoś taki jak ty, żeby załatwić taką gnidę jak Reivich? Nie wysyła się zawodowca przeciwko amatorom. — Zwrócił się do kapitana: — Mówisz, że jak daleko zaszedł? Na jakim typie terenu?

— Oczywiście możemy dostarczyć te informacje.

— Cholerny krwiopijca. — Po chwili na obojętnej dotąd twarzy Cahuelli pojawił się uśmiech. — Ja cię naprawdę lubię. Jesteś pieprzoną pijawką. — Wskazał Orcagnę. — Podaj cenę. Nie muszę precyzyjnie wiedzieć, gdzie jest. Podaj mi pozycje z dokładnością do… paru kilometrów, bo inaczej nie będzie zabawy.

— Co sobie myślisz, do cholery? — spytałem, nim zdążyłem sam się ocenzurować. — Nawet jeśli Reivich jest niedoświadczony, to może być niebezpieczny. Zwłaszcza jeśli dysponuje taką bronią, jaką milicja zlikwidowała mu rodzinę.

— Więc będzie sport. Prawdziwe safari. Może przy okazji złowimy hamadriadę.

— Lubisz sporty — stwierdził Orcagna.

Wtedy zrozumiałem: Cahuella robił to tylko dlatego, że miał audytorium. W Gadziarni postąpiłby logicznie: kazałby mi lub któremuś z moich ludzi zabić Reivicha, bez ceregieli, jak spłukuje się toaletę. Tracić czas na takiego Reivicha to poniżej jego poziomu. Jednak przed Ultrasami musiał grać myśliwego.

Potem, gdy było po wszystkim, gdy nie udała się nasza zasadzka na Reivicha, Gitta i Cahuella zostali zamordowani, a ja i Dieterling odnieśliśmy rany, jedno stało się dla mnie jasne.

To była moja wina.

Przez głupotę dopuściłem do śmierci Gitty. Pozwoliłem, by równocześnie zginął Cahuella. Przerażające śmiertelne zaślubiny. A Reivich, z rękami umazanymi krwią żony człowieka, któremu poprzysiągł zemstę, odszedł cało i mężnie. Sądził chyba, że Cahuella przeżył, a jego rany wydawały się mniej niebezpieczne od moich. Gdyby Cahuella przeżył, długo by cierpiał, i dla Reivicha byłoby to niebanalne zwycięstwo. Zgodnie z jego planem Cahuella miał do końca życia boleśnie tęsknić za Gittą — jedyną istotą, którą był zdolny kochać.

Ale zamiast tego Reivich odebrał Gittę mnie.

Przypomniałem sobie, jak Cahuella śmiał się z zemsty Reivicha.

Między absurdem a rycerskością istnieje cienka granica. A co ja zrobiłem? Przysiągłem, że pomszczę Gittę i zabiję Reivicha. Gdyby ktoś mi powiedział, że pierwej umrę, uznałbym to za część targu.

W Nueva Valparaiso wymknął mi się. Wtedy musiałem podjąć najważniejszą decyzję: zrezygnować albo nadal gonić go poza układ. Patrząc z perspektywy, decyzja nie była trudna.

* * *

— Nie przypominam sobie specjalnych problemów z panem Reivichem — powiedziała Amelia. — Miał amnezję, ale nie tak ciężką jak ty. Trwała zaledwie parę godzin, potem się pozbierał. Duscha proponowała, by został, byśmy się zajęli jego implantami, ale się śpieszył.

— Naprawdę? — spytałem.

— Tak. Bóg jeden wie, czym go obraziliśmy.

— Jestem pewien, że niczym. — Zastanawiałem się, co takiego w jego implantach wymagało naprawy, ale to pytanie mogło poczekać. — Przypuszczam, że jest już na Yellowstone albo prawie tam dotarł. Nie chciałbym się spóźnić. Przecież nie może mieć całej zabawy tylko dla siebie.

Spojrzała na mnie przenikliwie.

— Jesteście przyjaciółmi?

— Tak to można określić.

— Razem podróżujecie?

— Do tego się to sprowadza.

— Rozumiem. — Nic po sobie nie pokazała, ale wyobrażałem sobie, co myśli: że Reivich nie wspominał o żadnym towarzyszu podróży i nasza przyjaźń musiała być bardzo jednostronna, o ile w ogóle istniała.

— W zasadzie miałem nadzieję, że na mnie poczeka.

— Chyba nie chciał obarczać kliniki swoją osobą, skoro nie wymagał dalszej opieki. Albo mimo wszystko miał amnezję. Oczywiście możemy się z nim skontaktować. To nie jest łatwe, ale zawsze się staramy mieć namiary osób, które ożywiamy. Na wypadek jakichś komplikacji.

A poza tym, pomyślałem, niektórzy mogą odwdzięczyć się za gościnę, gdy na Yellowstone będą bogaci i bezpieczni, i przy pomocy Lodowych Żebraków zechcą uzyskać wpływ na nowych przybyszy.

Powiedziałem tylko:

— To bardzo uprzejme z waszej strony, ale najlepiej, żebym spotkał się z nim osobiście. Patrzyła na mnie uważnie.

— Potrzebny ci więc jego adres na planecie.

— Sądzę, że trzeba wziąć pod uwagę kwestię poufności, ale…

— Będzie w Chasm City — powiedziała Amelia takim tonem, jakby sama nazwa miasta była herezją, jakby to miejsce było najbardziej obrzydliwą dziuplą degeneracji. — To nasze największe miasto. Najstarsze.

— Tak, słyszałem o Chasm City. Możesz mi nieco zawęzić obszar? Podać dzielnicę?

Nie bardzo ci mogę pomóc — odparła. — Nie powiedział nam, gdzie dokładnie zmierza. Najlepiej chyba zacznij od Baldachimu.

— Baldachimu?

— Nigdy tam nie byłam. Ale mówią, że tego nie da się przeoczyć.

* * *

Następnego dnia odmeldowałem się.

Wiedziałem, że nie jestem całkiem zdrów, ale bałem się, że w razie dalszej zwłoki nie uda mi się ponownie wpaść na trop Reivicha. Moja pamięć nie była jeszcze ostra, choć dało się z nią funkcjonować. Wystarczyła do wykonania zadania.

Poszedłem do chaty po swoje rzeczy: dokumenty, ubrania, które mi tu dali, oraz części diamentowej broni. Znowu moją uwagę zwróciła wnęka w ścianie, ta która tak mnie niepokoiła tuż po obudzeniu. W nocy miewałem w tej chacie niezbyt spokojne sny, nawiedzały mnie obrazy i myśli dotyczące Skya Haussmanna. Krew na prześcieradle dawała świadectwo. Gdy się budziłem, nadal coś mnie nieracjonalnie przerażało w widoku tej alkowy. Duscha wspominała o wirusie indoktrynacji. Czyżby infekcja powodowała bezpodstawne fobie? Może struktury wirusowe łączyły się z nieodpowiednimi ośrodkami mózgu? Z drugiej strony może te dwie sprawy w ogóle nie miały ze sobą związku.

Amelia odprowadziła mnie długim, meandrującym szlakiem do nieba. Wspinaliśmy się coraz wyżej ku wierzchołkowi stożka. Nachylenie było tak łagodne, że drogą szło się prawie bez wysiłku i odnosiło wrażenie euforycznej ulgi, gdy ciężar malał, a każdy krok pchał nas wyżej i dalej. Kilkanaście minut szliśmy w milczeniu.

— Czy to prawda, Amelio, że kiedyś byłaś jedną z nas? — spytałem wreszcie.

— Pasażerką? Tak, ale jeszcze jako dziecko. Prawie nie umiałam mówić. Statek, który nas tu przywiózł, został uszkodzony, utracono większość zapisów tożsamości śpiących ludzi. Zabierano podróżnych z kilku układów, więc nie dało się nawet określić, skąd pochodzę.

— Czyli nie wiesz, gdzie się urodziłaś?

— Mogę się domyślać, choć teraz mnie to nie interesuje. — Ścieżka stała się teraz stroma i Amelia nagle odepchnęła się ode mnie, by sforsować podejście. — To mój świat, Tanner. Strasznie mały, ale według mnie nie jest zły. Gdzie indziej zobaczyłabym wszystko, co ma do zaoferowania świat, w którym żyję?