Выбрать главу

— To chyba bardzo nudne?

— Wcale nie. Wszystko się zmienia. — Wskazała zakrzywienie habitatu. — Ten wodospad nie zawsze tu istniał. Tam była mała wioska, a teraz jest jezioro. I tak cały czas. Zmieniamy stale tę ścieżkę, by powstrzymać erozję. Każdego roku muszę na nowo uczyć się tych miejsc. Zdarzają się lata, gdy plony nie są zbyt dobre, ale miewamy również pory obfitości, dzięki Bogu. I zawsze jest coś nowego, przewijają się tu coraz to nowi ludzie, niektórzy z nich wstępują do zakonu. — Ściszyła głos. — Na szczęście nie wszyscy są tacy jak brat Aleksiej.

— Wszędzie zdarzają się czarne owce.

— Wiem. Nie powinnam tak mówić… ale po treningach z tobą, niemal mam nadzieję, że Aleksiej spróbuje mnie podejść.

Rozumiałem, co czuje.

— Raczej w to wątpię, ale nie chciałbym być na jego miejscu, gdyby zaatakował.

— Potraktuję go łagodnie.

Zapadło niezręczne milczenie. Wchodziliśmy po ostatnim odcinku drogi, prowadzącym ku wierzchołkowi stożka. Mój ciężar stanowił teraz jedną dziesiątą tego, jaki miałem w chacie, ale mogłem nadal iść; tylko wydawało mi się, że przy każdym kroku grunt usuwa mi się spod nóg. Przed nami, dyskretnie zasłonięte przez niesforny zagajnik rosnący w niskiej grawitacji, znajdowały się opancerzone drzwi wychodzące z tego świata.

— Naprawdę chcesz wyjechać? — spytała Amelia.

— Im szybciej dotrę do Chasm City, tym lepiej.

— Nie zaspokoi ono wszystkich twoich oczekiwań. Wolałabym, żebyś jeszcze został z nami i doszedł do pełnej formy… — przerwała, świadoma, że nie zdoła mnie przekonać.

— Nie martw się o mnie. Dogonię swą przeszłość. — Uśmiechnąłem się, czując niesmak, że muszę ją okłamywać, choć wiedziałem, że nie mam innego wyjścia. — Dziękuję, że okazałaś mi tyle dobroci, Amelio.

— Nie ma za co.

— Właśnie… — Rozejrzałem się, sprawdzając, czy nikt nas nie obserwuje. — Chciałbym, żebyś coś ode mnie przyjęła. — Wyjąłem z kieszeni spodni kompletnie złożony nakręcany pistolet. — Lepiej nie pytaj, po co to nosiłem, ale teraz już mi się raczej nie przyda.

— Chyba nie powinnam ci tego zabierać. Wetknąłem jej pistolet w dłoń.

— Więc mi go skonfiskuj.

— To powinnam zrobić. Tak sądzę. Działa? Skinąłem głową. Nie potrzeba szczegółów.

— Na pewno ci się przyda, gdy kiedyś znajdziesz się w prawdziwych tarapatach.

Schowała pistolet.

— Konfiskuję go, i tyle.

— Rozumiem. Podała mi rękę.

— Niech Bóg będzie z tobą, Tanner. Życzę ci, żebyś odnalazł przyjaciela.

Odwróciłem się, by nie zobaczyła mojej twarzy.

DZIEWIĘĆ

Wszedłem przez opancerzone drzwi.

Znalazłem się w korytarzu o ścianach z polerowanej stali, co zupełnie likwidowało ewentualne podejrzenia, że Idlewild to naturalne miejsce, a nie wirująca w próżni sztuczna konstrukcja. Zamiast odległego szumu miniaturowych wodospadów usłyszałem brzęczenie wentylatorów i generatorów energii. Powietrze nabrało szpitalnego zapachu, jakiego nie miało chwilę wcześniej.

— Pan Mirabel? Słyszeliśmy, że pan wyjeżdża. Tędy, proszę.

Czekali na mnie dwaj Lodowi Żebracy. Jeden z nich wskazał gestem, bym szedł za nim. Skokami pokonaliśmy korytarz, potem wsiedliśmy do windy, która przewiozła nas niedaleko w pionie do prawdziwej osi obrotu Idlewild; następnie znacznie dalej w poziomie do prawdziwego punktu końcowego kadłuba, tworzącego tę połówkę konstrukcji. Jechaliśmy windą w milczeniu, z czego byłem zadowolony. Wyobrażałem sobie, że Lodowi Żebracy dawno wyczerpali wszelkie możliwe tematy rozmowy z osobami ożywionymi i na pewno nie mógłbym im udzielić odpowiedzi, której by przedtem nie słyszeli przynajmniej ze sto razy. Ale co, gdyby zapytali, czym się zajmuję, i gdybym powiedział im prawdę?

„Moje zajęcie? Właśnie planuję zabójstwo”.

Ciekawe, jakie mieliby miny?

Prawdopodobnie uznaliby mnie za paranoika, który za wcześnie się wypisuje ze szpitala.

Winda sunęła w środku wyłożonej szkłem rury, biegnącej na zewnątrz Idlewild. Prawie nie było tu grawitacji, więc musieliśmy wpasować kończyny w miękko wyściełane zaczepy w ścianach windy. Żebrakom poszło to łatwo i z lekkim rozbawieniem obserwowali, jak się niezgrabnie usiłuję zakotwiczyć.

Natomiast widok ukazał się wspaniały.

Teraz wyraźnie widziałem parkującą gromadę, którą Amelia pokazała mi dwa dni temu — wielką ławicę statków. Każdy element stada, choć wyglądał jak maleńka kolczasta drzazga, był wielki jak Idlewild. Od czasu do czasu całą ławicę omiatało fioletowe światło, gdy jeden ze statków włączył silniki sterujące, by skorygować swą powolną orbitę wokół innego statku — kwestia etykiety, chytry manewr pozycjonujący albo nie cierpiący zwłoki ruch dla uniknięcia kolizji. Widok świateł tych odległych statków jest wzruszająco piękny, pomyślałem. Wspaniałe dokonania człowieka i ogrom kosmosu, na tle którego te osiągnięcia wydają się tak nikłe. Światła karaweli walczącej z falami na burzliwym morzu i pokryty diamentem statek, pokonujący przestrzeń międzygwiezdną, nasuwają bardzo podobne myśli.

Między ławicą a Idlewild dostrzegłem dwie jaśniejsze smugi — prawdopodobnie płomienie wydechowe kursujących promów, a może przybijał nowy statek. Bliżej widziałem kadłub Idlewild tępy koniec stożka — na nim plątaninę przypadkowo rozmieszczonych przystani, zatok serwisowych, obszarów medycznych i rejonów kwarantanny. Było to kilkanaście statków połączonych przeważnie pępowiną z Hospicjum, ale większość przypominała raczej małe łajby techniczne, jakich Żebracy używają do robót naprawczych na zewnątrz swego świata. Zobaczyłem tu tylko dwa większe statki, ale to płotki w porównaniu ze światłowcami w ławicy parkującej.

Pierwszy z nich był smukłym, rekinokształtnym statkiem, przeznaczonym do lotów atmosferycznych. Czarny, pochłaniający światło kadłub ze srebrnymi znakami Harpii i Nereid; natychmiast rozpoznałem w nim prom, który zabrał mnie z góry mostu w Nueva Valparaiso na „Orvieto”, gdy nas uratowano. Prom łączyła z Idlewild przezroczysta pępowina; perystaltycznymi ruchami przepuszczała teraz strumień kaset ze śpiącymi. Widok nieprzyjemny, jakby prom składał jaja.

— Nadal rozładowują? — spytałem.

— Opróżnimy jeszcze parę komór i koniec — poinformował pierwszy Żebrak.

— Mogę się założyć, że przygnębia was widok tylu szczeniaków w sorbecie.

— Wcale nie — odparł drugi obojętnym tonem. — Bóg decyduje o wszystkim, co się dzieje.

Drugi wielki statek, do którego zmierzała nasza winda, znacznie się różnił od promu. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak nieuporządkowany zwał dryfujących teraz razem rzecznych śmieci. Sprawiał wrażenie, że rozleciałby się, nawet gdyby pozostawał w bezruchu.

— Polecę na dół tym statkiem?

— Stary dobry „Strelnikov” — odparł pierwszy zakonnik. — Spokojnie, jest znacznie bezpieczniejszy, niż się wydaje.

— A może znacznie mniej bezpieczny, niż się wydaje? — spytał drugi brat. — Zawsze zapominam.

— Ja też. Muszę to sprawdzić.

Sięgnął do swej tuniki. Nie spodziewałem się, że wyciągnie drewnianą pałkę. Zrobiona z trzonka motyki, na wąskim końcu miała skórzany pasek, na drugim, grubszym, intrygujące zadrapania i plamy. Jeden z Żebraków przytrzymywał mnie od tyłu, a drugi zadał mi kilka ciosów, głównie w twarz. Nic nie mogłem zrobić: mieli nade mną przewagę w zerowej grawitacji, a zbudowani byli jak zapaśnicy, a nie mnisi. Pałka chyba nic mi nie złamała, ale moja twarz przypominała przejrzały owoc. Ledwo widziałem na jedno oko, usta miałem pełne krwi z drobinami potrzaskanej emalii.