Выбрать главу

— O co tu chodziło? — spytałem idiotycznie bełkotliwym głosem.

— Prezent na pożegnanie od brata Aleksego — powiedział pierwszy zakonnik. — To nic poważnego, panie Mirabel. Nauczka, by się pan więcej nie wtrącał do naszych spraw.

Wyplułem szkarłatną kulę krwi. Dryfując między ścianami windy, zachowywała swój owalny kształt.

— Nie otrzymacie ode mnie donacji — oznajmiłem.

* * *

Przez chwilę dyskutowali o tym, czy by mi jeszcze nie dołożyć, ale nie chcieli ryzykować uszkodzeń mózgu. Może trochę się bali siostry Duschy. Próbowałem im okazać nieco wdzięczności, ale jakoś mi to nie wyszło.

Z windy dobrze się przyjrzałem „Strelnikovowi”, ale wrażenie się nie poprawiło. Pojazd miał mniej więcej kształt cegły o długości dwustu metrów. Tworzyło go kilkanaście zestawionych modułów sterówki, mieszkalnych i napędu, wszystko upchane w trzewiach, z wijącymi się rurami zasilania i zbiornikami jak mielce. Gdzieniegdzie dostrzegłem ślady łatania kadłuba — płyty o poszarpanych brzegach, jak resztki skóry na ciele zżeranym przez robaki. Niektóre partie statku, pokryte połyskującą warstwą epoksydu, sprawiały wrażenie doklejonych; inne części nadal spawano od wnętrza powierzchni o niesprecyzowanym kształcie. Z sześciu czy siedmiu miejsc wydobywał się strumień gazów, ale chyba nikt się tym nie przejmował.

Powiedziałem sobie, że wygląd statku nie ma znaczenia. Transport na Migotliwą Wstęgę — zbiorowisko habitatów na niskiej orbicie wokół Yellowstone — to jak jazda wołami. Wokół Skraju Nieba działało kilkanaście podobnych firm przewozowych. Droga w żadnym momencie nie wymagała większego przyśpieszania, więc przy umiarkowanej konserwacji statek mógł kursować całe wieki wzdłuż studni grawitacyjnej, aż do poważniejszej awarii, która zamieni go w dryfujące kawałki makabrycznej kosmicznej rzeźby. Nie było to związane z istotnymi kosztami działalności i choć istniało paru przewoźników oferujących luksusowe promy na pożerających paliwo trajektoriach, zawsze więcej było gruchotów, których właściciele prześcigali się w cięciu kosztów. Na samym dole tej drabiny znajdowały się rakiety chemiczne lub barki z silnikami jonowymi, kursujące bardzo powoli między różnymi orbitami. Łajba, którą miałem lecieć, nie była aż tak podła, ale na pewno nie należała do luksusowych.

Dla mnie był to najszybszy sposób dostania się na Migotliwą Wstęgę. Promy o wysokim zużyciu paliwa podróżowały szybciej, ale żaden taki prom nie przelatywał w pobliżu Idlewild. Łatwo to wyjaśnić bez zaawansowanej ekonomii. Większość klientów Idlewild posiadała zasoby wystarczające najwyżej na pokrycie kosztów ożywienia, ale na pewno nie na opłacenie drogiego skrótu do Chasm City. Najpierw musiałbym się dostać do parkującej ławicy, potem zamówić sobie miejsce na szybkim promie bez gwarancji, że się coś dla mnie znajdzie — może na znacznie późniejszy lot. Amelia mi to odradzała, twierdziła, że teraz lata mniej szybkich promów niż przedtem — przed „czym”, nie zdążyła mi wyjaśnić — i mogę w ten sposób zaoszczędzić bardzo niewiele czasu w porównaniu z podróżą promem powolnym.

W końcu winda dotarła do pasażu łączącego ze „Strelnikovem” i moi przyjaciele żegnali się ze mną radośnie, jakby siniaki na mej twarzy były jeszcze jednym fizycznym objawem infekcji wirusem Haussmanna, a oni nie mieli z tym nic wspólnego.

— Powodzenia, panie Mirabel. — Zakonnik z pałką pomachał mi.

— Dziękuję. Wyślę pocztówkę. A może wrócę i dam wam znać, jak mi idzie.

— Będzie bardzo miło. Wyplułem ostatni skrzep krwi.

— Nie liczcie na to.

Obsługa wprowadziła przede mną na pokład paru innych imigrantów, bełkoczących coś sennie w nieznanym mi języku. W środku przepchano nas przez labirynt wąskich tuneli do pełzania; dotarliśmy do rdzenia gdzieś głęboko w trzewiach „Strelnikova”. Tam przydzielono nam kabinki mieszkalne na podróż do Migotliwej Wstęgi.

Gdy dotarłem do swojej kabiny, czułem się zmęczony i obolały jak zwierzę, które zajęło w walce drugie miejsce i doczołgało się do nory, by wylizać rany. Cieszyłem się, że jestem sam. W kabinie ani nie panowała sterylna czystość, ani też nie było brudu — po prostu żółtawe połączenie obu tych możliwości. „Strelnikov” nie wytwarzał sztucznej grawitacji. Przyjąłem to z wdzięcznością — niebezpieczna byłaby dla tego statku zbyt silna rotacja czy przyśpieszanie. Kabinę wyposażono w przystosowane do bezgrawitacji urządzenia do spożywania posiłków, sanitariaty i koję. Zamontowano tam konsolę sieciową, rodem z muzeum cybernetyki. Wszędzie znalazłem przyczepione wypłowiałe pouczenia, co można, a czego nie można robić na statku, i jak się z niego szybko wydostać w razie awarii. Regularnie, za pośrednictwem systemu Tannoy, ciężkawy głos podawał ogłoszenia o opóźnieniu startu, w końcu jednak oznajmił, że opuściliśmy Idlewild i zaczęliśmy podróż. Odjazd był tak łagodny, że nawet go nie zauważyłem.

Wydłubałem z ust kawałki zębów, obmacałem siniaki i guzy na twarzy i powoli zasnąłem.

DZIESIĘĆ

Gdy pasażer się obudził — od tego dnia wszystko się zmieniło — Sky i jego dwaj najbliżsi koledzy jechali pociągiem serwisowym wzdłuż kręgosłupa „Santiago”. Telepali się wąskimi tunelami technicznymi, biegnącymi przez cały statek od dziobu do rufy. Ślamazarny pociąg, sunący z prędkością kilku kilometrów na godzinę, zatrzymywał się od czasu do czasu, by załoganci wyładowali zaopatrzenie, lub czekał, aż inny pociąg zwolni tunel przed nimi. Koledzy Skya opowiadali różne historyjki i przechwalali się, a Sky grał rolę adwokata diabła — nieskory do żartów, chętnie psuł zabawę.

— Wczoraj usłyszałem coś od Vigliettiego. — Norquinco przekrzykiwał hałas wagonika. — On sam w to nie wierzy, ale jakoby inni ludzie wierzą. Chodzi o Flotyllę.

— A cóż takiego ciekawego? — spytał Sky.

— Proste pytanie: ile statków wystartowało?

— Oczywiście pięć — odparł Gomez.

— A jeśli nie? Jeśli początkowo było sześć? „Islamabad” wybuchł, wiemy o tym. A gdyby był jeszcze jeden?

— Przecież byśmy go widzieli.

— Nie, jeśli to martwy kadłub, który sunie za nami.

— Łatwe wyjaśnienie — stwierdził Sky. — A może przypadkiem ma jakąś nazwę?

— Właśnie…

— Wiedziałem!

— Mówią, że nazywa się „Caleuche”.

Sky westchnął: zapowiadała się jedna z „tych” podróży. Wiele lat temu statkowa kolejka dostarczała im rozrywki z elementami kontrolowanego ryzyka. Tu prowadzili niebezpieczne zabawy, fantazjowali, snuli bajdy o duchach; powtarzali opowieści o nieużywanych odgałęzieniach tunelu, prowadzących do ukrytych ładowni i tajemnych schowków z uśpionymi gapowiczami, których przemycił na pokład ktoś z rywalizującego państwa. Czasami wozili się na zewnątrz kolejki, szorując plecami po mknących ścianach tunelu. Teraz — starszy — wspominał tamte zabawy z ironicznym zdziwieniem, dumny ze swej brawury, choć również przerażony — przecież ocierali się o straszną śmierć.

Od tamtego czasu minęły całe wieki. Spoważnieli. Obecnie wykonywali przydzieloną im pracę. W nowych ciężkich czasach wszyscy musieli wziąć na siebie część ciężarów. Skya i jego kolegów często proszono o dostarczanie zaopatrzenia pracownikom w osi statku i w sekcji silnikowej. Wyładowywali towar i ręcznie pchali go na miejsce przeznaczenia tunelami do pełzania i szybami technicznymi. Sky zdobywał nowe otarcia i siniaki i rosły mu nowe mięśnie — nie spodziewał się, że je sobie kiedykolwiek wyrobi.