Tworzyli niesamowitą trójkę. Gomez próbował dostać się do pracy w sekcji silnikowej, do czczonego zakonu speców od układu napędowego. Od czasu do czasu jeździł pociągiem do końca trasy i rozmawiał z cichymi technikami, usiłując zrobić na nich wrażenie swą wiedzą na temat fizyki zabezpieczeń i teorii napędu antymaterią. Sky był niekiedy świadkiem tych rozmów i przekonał się, że spece poważnie traktują pytania Gomeza, a jego uwagi robią na nich niejakie wrażenie. Dawali do zrozumienia, że pewnego dnia Gomez zdoła otrzymać awans do ich cichego zakonu.
Norquinco był zupełnie inny. Potrafił całkowicie, obsesyjnie pogrążyć się w jakimś zagadnieniu, jeśli okazało się dostatecznie skomplikowane. Wytrwale przechowywał zestawienia, zakochany w numerach seryjnych i klasyfikacjach. Jego ulubioną dziedziną był bardzo skomplikowany układ nerwowy „Santiago” — sieci komputerowe oplatające cały statek, których konfigurację wielokrotnie zmieniano, a oprogramowanie wycierano i nadpisywano jak w palimpsecie. Ostatnio grzebano w nich po zaciemnieniu. Dorośli truchleli, usiłując choćby częściowo zrozumieć system, Norquinco natomiast perwersyjnie fascynowało to, co większość uznawała niemal za patologię.
Przerażał ludzi. Sieciowi spece łatali dziury, krocząc wydeptanymi ścieżkami, i nie potrzebowali, żeby ktoś im wskazywał inne sposoby, choćby nieco efektywniejsze. Żartowali, że Norquinco pozbawi ich pracy — w taki sposób chcieli go uprzejmie spławić. Teraz więc jeździł ze Skyem i Gomezem unieszkodliwiony.
— „Caleuche”… ta nazwa coś znaczy? — spytał Sky agresywnie.
— Właśnie — odparł Norquinco. Widział na twarzy przyjaciela wyraz głębokiej pogardy. — Na wyspie, z której pochodzą moi przodkowie, znano wiele opowieści o duchach. Jednym z nich był Caleuche — wyjaśniał Norquinco poważnie, bez zwykłej nerwowości.
— Mam nadzieję, że nas oświecisz.
— To był statek-widmo.
— Dziwne, nigdy bym się nie domyślił — ironizował Sky. Gomez dał mu kuksańca.
— Zamknij się, dobrze? Niech mówi.
— Ludzie nasłuchiwali; nocami po morzu niosła się muzyka akordeonu. Czasami statek zawijał do portu lub zabierał żeglarzy z innych statków. Trupy na pokładzie cały czas balowały. Załogę stanowili czarodzieje — brujos. Ukrywali statek w chmurze, która cały czas z nim płynęła. Nieraz ludzie go widzieli, ale nigdy nie udało im się do niego zbliżyć, bo statek krył się pod wodą lub zamieniał w skałę.
— Ach, więc ten statek, którego ludzie nigdy nie mogli dojrzeć wyraźnie, gdyż stale przykrywał go obłok, potrafił również zamieniać się w wiekową skałę — ironizował Sky. — Najlepszy dowód na istnienie magii, z jakim się zetknąłem.
— Nie twierdzę, że naprawdę istniał statek-widmo — odparł Norquinco z irytacją. — Wtedy nie, ale teraz… kto wie? Może legenda dotyczyła tego, co ma nadejść.
— To lepsza hipoteza, o wiele lepsza.
— Dajmy spokój „Caleuche” i temu pieprzonemu statkowi-widmu — rzekł Gomez. — Mógł przecież istnieć szósty statek, ale z czasem wiedza o nim się zatarła i zagubiła.
— Skoro tak twierdzisz. Ale równie dobrze może to być zlepek bujd stworzony przez śmiertelnie znudzoną załogę statku wielopokoleniowego, by nieco wzbogacić legendy swego świata. — Sky zamilkł na chwilę. Wagonik skręcił w odnogę tunelu, grzechocząc na indukcyjnych prowadnicach. Oddalili się od osi statku, więc grawitacja wzrosła.
— Wiem, co cię gryzie — rzekł Norquinco z lekkim uśmiechem. — Chodzi o twojego starego? Wątpisz w statek, bo nie chcesz dopuścić myśli, że on nie wie o czymś tak ważnym.
— A czy nie przyszło ci do głowy, że on wie?
— Więc przyznajesz, że statek może być rzeczywisty?
— No, nie…
Gomez, zagrzany do dyskusji, przerwał mu:
— Łatwo przyjąć, że kiedyś istniał szósty statek. Wystrzelili sześć statków zamiast pięciu. Nie wymagało to dodatkowego wysiłku. A gdy statki uzyskały prędkość podróżną, wydarzyła się tragiczna katastrofa, przypadkowa albo i nie, i szósty statek stał się martwy. Rozpędzony trup, cała załoga zabita, prawdopodobnie razem z momios. Zostało nieco resztkowej mocy do trzymania antymaterii w zaniknięciu, ale na to nie trzeba tej mocy tak wiele.
— I co, po prostu zapomnieliśmy o nim? — spytał Sky.
— Jeśli pozostałe statki uczestniczyły w zniszczeniu szóstego, to co za problem zmienić dane w całej Flotylli i usunąć wszelkie odniesienia do zbrodni. Nawet informacje, że statek w ogóle istniał. Tamto pokolenie przysięgło, że nie zdradzi tego następnemu pokoleniu — naszym rodzicom.
Gomez energicznie kiwał głową.
— Na razie mamy same pogłoski, częściowa prawda zmieszana z mitem.
— Właśnie — potwierdził Norquinco.
Sky pokręcił głową — dalsza dyskusja nie miała sensu.
Pociąg zatrzymał się w hangarze załadunkowym, który obsługiwał tę część osi. Wysiedli ostrożnie, czepne podeszwy butów chrzęściły na wykładzinie. Znajdowali się blisko osi obrotu, więc prawie nie czuli grawitacji. Przedmioty spadały wprawdzie na podłogę, ale jakoś opieszale; jednak jeśli ktoś kroczył zbyt energicznie, mógł sobie nabić guza o sufit.
Statek miał wiele takich hangarów, każdy służył innemu klastrowi momios. Tutaj wokół osi umieszczono sześć modułów spalni, w każdym dziesięć indywidualnych koi kriogenicznych. Pociąg nie podjeżdżał bliżej, dlatego całe wyposażenie należało transportować ręcznie po drabinach i pełzając w krętych wąskich tunelach. Wind towarowych i robotów przeważnie nie używano: roboty wymagały starannego oprogramowania i konserwacji i nawet najprostsze polecenia trzeba im było mozolnie wyjaśniać jak niedorozwiniętemu dziecku. Człowiek potrafił zrobić to szybciej. Dlatego pracowało tu tylu techników. Znudzeni, pochyleni nad paletami, palili skręty lub stukali pisakami w notatniki. Przybierali pozę ludzi zajętych, choć niewiele mieli do roboty. Ich niebieskie kombinezony z odblaskowymi znakami danej sekcji, przerobione lub rozdarte, odsłaniały prymitywne tatuaże. Sky znał tych ludzi z widzenia — na statku było przecież tylko stu pięćdziesięciu ciepłych — ale nie pamiętał ich imion i nic nie wiedział o ich życiu prywatnym. Po pracy technicy przebywali w osobnej części „Santiago” we własnym gronie. Nawet potomstwo płodzili w swej grupie zawodowej. Rozmawiali dialektem przesyconym tajemnym żargonem.
Teraz jednak w pomieszczeniu było tylko paru techników, wszyscy zdenerwowani, jakby czekali na sygnał alarmowy.
— Co się stało? — spytał Sky.
Zza stosu palet wyszedł ostrożnie mężczyzna — nie był technikiem — i przesunął dłonią po plecach pochylonego robota, jakby szukał oparcia. Na czoło wystąpiły mu krople potu.
— Tato? Co tu robisz? — spytał Sky.
— Mógłbym ci zadać to samo pytanie. Chyba że masz tutaj wyznaczoną pracę.
— Oczywiście. Przecież ci mówiłem, że od czasu do czasu rozwozimy zaopatrzenie.
— Tak, tak… zapomniałem — odparł Tytus zdezorientowany. — Sky, pomóż rozładować tamte palety, a potem się stąd zabierajcie.
Sky patrzył na ojca.
— Nie rozumiem…
— Zastosuj się i tyle. — Potem Tytus zwrócił się do brodatego technika, który stał obok, skrzyżowawszy na piersiach przesadnie muskularne ramiona. — Xavier, to samo dotyczy ciebie i twoich ludzi. Ci, którzy nie są tu potrzebni, niech pojadą aż na koniec osi. Nikogo ma nie być w oddziale silnikowym, gdy będziemy tam pracowali. — Odsunął rękaw i cicho wydał rozkazy do bransolety. To raczej zalecenia, pomyślał Sky, ale Stary Balcazar zawsze się stosuje do rad Tytusa Haussmanna.