Выбрать главу

— Co ci powiedziałem? — Ojciec patrzył na Skya. — To nie żarty.

Norquinco i Gomez wrócili do pociągu, by pomóc technikom. Otworzyli kontenery i zaczęli je opróżniać. Przekazywali sobie z rąk do rąk pudła, które potem miały być opuszczone niżej, do komór z kojami śpiących.

— Tato, o co chodzi? — spytał Sky.

— Oczekiwał bury od ojca, ale ten tylko pokręcił głową.

— Jeszcze nie wiem, ale coś jest nie w porządku z jednym pasażerem. To mnie trochę niepokoi.

— Co masz na myśli?

— Cholerny momio budzi się. — Ojciec wytarł czoło. — Do tego nie powinno dojść. Byłem tam na dole przy jego koi i niczego nie rozumiem. Niepokoję się. Dlatego kazałem ewakuować cały rejon.

To rzeczywiście niepojęte, pomyślał Sky. Dotychczas żaden z pasażerów się nie obudził, choć kilku zmarło. Ojciec był mocno zatroskany.

— Dlaczego to taki problem, tato?

— Bo nie przewidziano, żeby się budzili. Jeśli do tego doszło, to znaczy, że zaplanowano to od samego początku, nim wylecieliśmy z Układu Słonecznego.

— Ale dlaczego mamy opuścić ten rejon?

— Bo wiem coś, o czym kiedyś powiedział mi mój ojciec. Te raz zrób, co ci kazałem. Skończ rozładunek i zmykaj.

W tym momencie do hangaru wjechał drugi pociąg z przeciwnej strony i ustawił się nosem tuż przy pociągu Skya. Wyskoczyli z niego trzej mężczyźni i kobieta — ratownicy z grupy Tytusa — i zaczęli wkładać nieporęczne plastikowe zbroje. Ta czwórka tworzyła jedyny na statku oddział zbrojny — równocześnie siły policyjne i armię — choć poza tym miała inne zajęcia. Przeszli na przód składu i pobrali ze stojaka błyszczące pistolety, które trzymali z nerwową ostrożnością. Ojciec zapewniał kiedyś Skya, że na statku nie ma broni, choć mówił to bez przekonania.

Sky chciałby lepiej poznać system bezpieczeństwa statku. Był zafascynowany działaniem małej, zwartej, bardzo skutecznej grupy pod dowództwem Tytusa, ale nigdy nie pozwolono mu bliżej z nią współpracować. Ojciec podał przekonujące wyjaśnienie: nie mógłby twierdzić, że zachowuje bezstronność w stosunku do własnego syna, nawet gdyby ten okazał się nadzwyczaj zdolny. Sky przełknął odmowę jak gorzką pigułkę. Dostawał prace jak najdalsze od spraw bezpieczeństwa. Dopóki Tytus dowodził oddziałem, nic nie mogło się zmienić i obaj to rozumieli.

Sky i jego koledzy sprawnie uporali się z rozładunkiem, bez tradycyjnej celowej gry na zwłokę. Wyczuwali, że dzieje się tu coś niezwykłego, a Tytus Haussmann nie należał do osób, które udawały, że jest kryzys, gdy kryzysu nie było.

Sky zerkał na oddział bezpieczeństwa.

Ludzie do niego należący umieścili na wygolonych czaszkach miękkie nagłowniki komunikacyjne, przyczepili mikrofony i sprawdzali częstotliwości. Wyjęli z pociągu opancerzone hełmy i wepchnęli w nie głowy, poprawili opuszczane monokle. Od każdego hełmu biegła cienka czarna linka do celownika pistoletu, więc ratownik mógł wystrzelić, nie patrząc w stronę namierzonego obiektu. Prawdopodobnie mieli również nakładki podczerwienne i ultradźwiękowe, przydatne w mroku dolnych poziomów.

Podeszli do Tytusa, który szybko i spokojnie przekazał im niezbędne instrukcje. Sky widział twarz ojca, teraz całkowicie spokojną. Od czasu do czasu Tytus wykonywał precyzyjny gest ręką lub kręcił głową. Wyglądałby podobnie, gdyby recytował im dziecięce wierszyki. Nawet pot na jego czole zniknął.

Potem Tytus wrócił do pociągu i wziął swój pistolet, jak tamte biały i błyszczący. Nie włożył ani zbroi, ani hełmu. Pistolet miał sierpowaty magazynek i szkieletalną kolbę. Ojciec trzymał broń z szacunkiem, bez swobodnej zażyłości. Ktoś mógłby w ten sposób trzymać jadowitego węża, od którego właśnie pobrano jad.

I to wszystko z powodu jednego bezsennego pasażera?

— Tato… — Sky znów przerwał wyznaczoną pracę — o co tu naprawdę chodzi?

— Nic takiego, nie martw się — odparł ojciec.

Zabrał ze sobą trzy osoby, czwartej kazał czekać na warcie w hangarze. Reszta oddaliła się szybem technicznym wiodącym do komory z kojami. Cały czas dochodziły stamtąd odgłosy schodzącej grupy. Gdy Sky był pewien, że ojciec nie może go usłyszeć, podszedł do wartownika.

— Co się wydarzyło, Constanzo? Uniosła monokl.

— Sądzisz, że ode mnie się dowiesz, choć ojciec nie chciał ci powiedzieć?

— Liczyłem na szczęście. Może powiesz ze względu na dawną przyjaźń?

Gdy tylko pociąg przyjechał, Sky wiedział, że w grupie musi być Constanza.

— Wybacz, wszyscy jesteśmy trochę zdenerwowani — usprawiedliwiała się.

— Zrozumiałe. — Uważnie patrzył jej w twarz, piękną i srogą jak zawsze. Zastanawiał się, jakby to było, gdyby przesunął dłonią po jej brodzie. — Słyszałem, że jeden z pasażerów za wcześnie się zbudził. To prawda?

— Mniej więcej — wycedziła.

— I dlatego potrzebujecie takiej siły ognia? Nawet nie przypuszczałem, że na statku jest tyle broni.

— Twój ojciec decyduje, jak postąpić w konkretnych przypadkach.

— Ale musiał wam coś powiedzieć. O co chodzi z tym pasażerem?

— Nie wiem i tyle. Ale to nie powinno się zdarzyć. Momios nie powinni się budzić przed czasem. To niemożliwe, chyba że ktoś tak zaprogramował ich koje. A nikt by tego nie zrobił bez powodu.

— Nadal nie rozumiem, po co komu wczesne wstawanie.

— Oczywiście chodzi o sabotaż misji. — Mówiła cicho, nerwowo pstrykając paznokciami w pistolet. Pojedynczy śpiący umieszczony na pokładzie nie jako pasażer, lecz bomba zegarowa. Ochotnik-samobójca, na przykład przestępca lub ktoś, kto nie ma nic do stracenia. Tak wściekły, że chce nas wszystkich zabić. Zwróć uwagę, że niełatwo było zdobyć miejsce na statku, gdy Flotylla opuszczała Układ Słoneczny. Gdy Konfederacja budowała flotę, miała tyluż przyjaciół co wrogów. Znalazłaby się osoba gotowa umrzeć, gdyby jej pozwolono wymierzyć nam karę.

— To jednak byłoby trudne.

— Zapominasz o łapówkach.

— Słusznie. Mówiąc „bomba zegarowa”, nie traktujesz tego dosłownie?

— Nie… ale to nie jest tak absurdalny pomysł. A jeśli udało im się umieścić sabotażystę na każdym statku? Może ten na „Islamabadzie” obudził się pierwszy, bez uprzedzenia.

— Może w takich wypadkach uprzedzenie niewiele daje. Zacisnęła zęby.

— Wkrótce się dowiemy. A nuż to tylko awaria koi.

Wtem usłyszeli pierwsze strzały i przeraźliwe krzyki, dobiegające kilkadziesiąt metrów poniżej hangaru. Skyowi wydawało się, że słyszy głos ojca, jednak dźwięki miały metaliczny pogłos, a słowa się rozmywały.

— Cholera. — Constanza zamarła na chwilę, po czym ruszyła do szybu. Odwróciła się do Skya, błysnąwszy oczami. — Ty tu zostajesz.

— Idę z tobą. Na dole jest mój ojciec.

Strzały umilkły, ale nadal dochodziły odgłosy ciskanych przedmiotów i histeryczne wrzaski. Constanza sprawdziła swój pistolet i przewiesiła go przez ramię. Przygotowała się do zejścia po drabinie w głębinę szybu.

— Constanza…

Złapał za pistolet na plecach dziewczyny i nim zdążyła zareagować, miał go w dłoni. Odwróciła się wściekła, ale już się od niej odsunął i kierował broń nie dokładnie na nią, ale też niezbyt daleko od niej. Nie miał pojęcia, jak się posługiwać bronią, ale musiał wyglądać dość przekonująco. Constanza cofnęła się, zerkając na pistolet. Nadal był połączony z hełmem giętką czarną linką, teraz maksymalnie napiętą.