Выбрать главу

— Daj mi hełm — powiedział Sky.

— Dostaniesz za to porządnie w dupę.

— Co? Za to, że idę do ojca, gdy jest w niebezpieczeństwie? Nie sądzę. Najwyżej łagodną naganę. — Skinął ku niej głową. — Hełm, Constanzo!

Skrzywiła się i zdjęła hełm z głowy. Sky go włożył, zapomniawszy o miękkiej podkładce. Hełm był na niego trochę za mały, ale Sky nie miał czasu na poprawki. Opuścił monokl — teraz widział to, na co patrzył celownik pistoletu. Na obraz w odcieniach szarozielonych nakładała się siatka celownicza, numeryka szukacza celu i dane o statusie broni. Sky nie rozumiał tych wskaźników, ale gdy spojrzał na Constanzę, zobaczył jej nos jako białą plamę. To mu wystarczyło — zorientował się, że odbiera obraz w podczerwieni.

Zaczął schodzić szybem, wiedząc, że Constanza postępuje za nim w pewnej odległości.

Krzyki ustały, ale nadal dobiegały głosy — ciche, choć wcale nie spokojne. Sky słyszał teraz wyraźnie ojca, ale niepokoiło go coś w jego sposobie mówienia.

Dotarł do centrum łączącego koje w tym węźle — dziesięcioro drzwi na obwodzie, ale tylko jedne otwarte. Stamtąd dochodziły głosy. Sky wysunął pistolet przed siebie i ciemnym korytarzykiem ruszył w stronę koi. Teraz korytarz świecił trupim odcieniem szarawej zieleni. Sky zdał sobie sprawę, że się boi. Lęk zawsze mu towarzyszył, ale dopiero teraz, gdy Sky schodził z bronią, miał czas, by o nim pomyśleć. Poznał już to uczucie: pamiętał jego pierwszy smak, gdy w przedszkolu został samotny, oszukany. Obserwował swój własny cień, zostawiający fantomalne ślady na ścianie. Przez chwilę pragnął, by Klaun wsparł go teraz przyjazną radą. Tak bardzo chciał wrócić do przedszkola, gdzie nie mówiło się o statkach-widmach, sabotażach i prawdziwych trudnościach.

Korytarz ostro skręcał. Sky znalazł się tuż przed koją: wielką komorą z mnóstwem maszyn podtrzymywania życia śpiącego, kojarzącą się z kościelnym grobowcem, w którym wyczuwało się powiew starożytności i czci. Jeszcze przed chwilą pomieszczenie było zimne i w wizjerze Skya jawiło się jako oliwkowo-zielone lub czarne.

Z tyłu usłyszał Constanzę.

— Sky, oddaj mi broń, a nikt się nie dowie, że ją odebrałeś.

— Oddam ci, gdy minie niebezpieczeństwo.

— Nawet nie wiemy, na czym ono polega. Może czyjś pistolet wystrzelił przez przypadek.

— I równocześnie nastąpiła awaria koi? Wątpię. Gdy wszedł do komory, ujrzał następującą scenę: trzej ratownicy i ojciec — plamy w odcieniu jasnozielonym do białego.

— Constanza, miałaś osłaniać… — powiedział jeden z nich. — Cholera, to nie ty?

— Nie, to ja, Sky Haussmann. — Podniósł monokl. Zobaczył pomieszczenie ciemniejsze, niż widział je przed chwilą.

— A gdzie Constanza?

— Odebrałem jej hełm i pistolet, wbrew jej woli. — Obejrzał się za siebie. Miał nadzieję, że dziewczyna słyszy, jak próbuje uwolnić ją od winy. — Broniła się, naprawdę.

Koja była jedną z dziesięciu w pierścieniu, do każdej z nich dochodził indywidualny korytarz z węzła. Do tej komory wchodzono nie więcej niż dwa razy od startu statku. Systemy podtrzymania życia śpiących były urządzeniami równie delikatnymi i skomplikowanymi, jak silniki antymaterii, i równie łatwo mogły ulec awarii, jeśli majstrował przy nich dyletant. Spokoju śpiących — tak jak w przypadku faraonów — nic nie powinno zakłócić, dopóki nie osiągną pewnego rodzaju życia pozagrobowego — w tym wypadku chodziło o dotarcie w pobliże 61 Łabędzia A. Wchodząc tutaj, Sky czuł się nie w porządku.

Ale to nawet w połowie nie było tak straszne jak widok ojca.

Tytus Haussmann leżał na podłodze, podtrzymywał go jeden z ochroniarzy. Tors ojca pokrywał ciemny, wstrętny płyn — Sky wiedział, że to krew. Mundur był głęboko przecięty w kilku miejscach — w dziurach zbierała się krew, nieprzyjemnie gulgocząc przy każdym ciężkim oddechu.

— Tato…

— Wszystko w porządku — powiedział jeden z ratowników. — Zespół lekarski jest już w drodze.

Sky pomyślał, że zważywszy na poziom umiejętności medycznych na „Santiago”, równie dobrze mógłby powiedzieć, że przybywa ksiądz. Albo przedsiębiorcy pogrzebowi.

Spojrzał na kasetę spacza — długa kriotrumna z powtykanymi maszynami zajmowała większość pomieszczenia. Górna połowa ze śladami wielkich pęknięć, jakby rozbita od środka, była odsunięta. Na podłodze leżały rozrzucone kawałki szklanej mozaiki. Wyglądało to tak, jakby coś z trumny na siłę wydostało się na zewnątrz.

Sky dostrzegł coś w środku.

Pasażer nie żył lub prawie nie żył. Na pierwszy rzut oka wyglądał normalnie, gdyby nie rany postrzałowe. Naga istota ludzka zaatakowana przez przewody monitorujące, przetaczacze krwi i cewniki. Jest młodszy od większości członków załogi, pomyślał Sky, idealne mięso armatnie fanatyzmu. Śpiący miał łysą czaszkę i twarz jak maskę, bez wyrazu; nie różnił się od tysiąca pozostałych spaczy.

Ale odpadła mu ręka.

Leżała na podłodze jak rękawiczka o postrzępionych brzegach, jednak z końca nie wystawały ani kości, ani mięso, i ciekło bardzo mało krwi. Z kikutem też coś było nie w porządku. Skóra i kości zatrzymywały się kilka centymetrów poniżej łokcia, dalej zamontowano zwężającą się protezę — skomplikowaną, krwisto-pienistą, świecącą ohydę zakończoną nie stalowymi palcami lecz zestawem zabójczych ostrzy.

Sky wyobraził sobie, jak musiały przebiegać wydarzenia.

Mężczyzna obudził się w sarkofagu. Ustalony wcześniej plan — jeszcze przed startem Flotylli z orbity Merkurego — zakładał prawdopodobnie, że człowiek ma oprzytomnieć niezauważony, rozbić sarkofag, uwolnić się i skrycie dokonać zniszczeń na statku. Coś podobnego mogło zajść na „Islamabadzie”, jeśli hipoteza Constanzy była prawdziwa. Pojedynczy mężczyzna z pewnością mógł wyrządzić wiele szkód, o ile nie musiał się troszczyć o własne życie.

Jednak zauważono, że człowiek ożył — musiał się właśnie budzić, gdy milicja weszła do koi. Może Tytus pochylał się nad sarkofagiem, chcąc sprawdzić jego stan, gdy wtem śpiący rozwalił pokrywę i dźgnął Tytusa uzbrojoną ręką, choć równocześnie pozostali członkowie oddziału pakowali w pasażera swoje ładunki. Nafaszerowany środkami przeciwbólowymi, stosowanymi przy ożywianiu, prawie nie zauważał, że kąsają go kule.

Powstrzymali go, może nawet zabili, ale zdążył poważnie ranić Tytusa. Sky uklęknął przy ojcu, który nie potrafił skupić na nim wzroku.

— Tato, to ja, Sky. Wytrzymaj jeszcze. Zaraz tu będą medycy. Wyjdziesz z tego.

Jeden z ratowników dotknął ramienia Skya.

— Jest silny. Musiał iść pierwszy, już taki był.

— To znaczy… taki jest.

— Oczywiście. Wyliże się.

Sky formułował odpowiedź, ale nagle pasażer poruszył się, początkowo z senną gnuśnością, potem przerażająco szybko. Sky nie wierzył własnym oczom: przecież mężczyzna był poważnie ranny; jakże mógł się poruszać, do tego tak energicznie?

Pasażer, wykorzystując zwierzęce ruchy, wydostał się z sarkofagu. Teraz stał. Płynnym zamachem ręki przeciął gardło jednemu z ratowników — ten padł na kolana, chluszcząc krwią. Napastnik zatrzymał się na chwilę, trzymając przed Skyem rękę z zestawem noży, które obracały się, klikały i wysuwały po kolei, połyskując chirurgicznym błękitem. Pasażer przyglądał się temu z cichą fascynacją.

Zrobił krok w stronę Skya.