Nie sposób teraz odpowiedzieć na te pytania. Wydawało się jednak, że będę zmuszony prześnić następne epizody życia Haussmanna, czy mi się to podoba, czy nie. Chociaż niezbyt lubiłem te sny — gdyż najwidoczniej tłumiły one moje sny naturalne — odczuwałem obecnie lekką ciekawość, w jaki sposób rozegra się akcja.
Pełzłem naprzód, starając się myśleć o miejscu, do którego zmierzał „Strelnikov”.
Migotliwa Wstęga.
Słyszałem o niej nawet na Skraju Nieba. Któż nie słyszał? To jedno z kilkudziesięciu miejsc tak słynnych, że wiedziano o nich w innych układach słonecznych, miejsc, które wydają się atrakcyjne nawet z odległości lat świetlnych. Na kilkudziesięciu zasiedlonych światach Migotliwa Wstęga była synonimem nieograniczonej obfitości, luksusu i wolności osobistej; wszystkim, co reprezentowało Chasm City, ale bez nieuniknionej, zgniatającej siły ciążenia. Jeśli ludzie żartowali, że zbiją fortunę lub wżenią się w ustosunkowaną rodzinę, zawsze dodawali, że udadzą się właśnie tam. W naszym układzie nie było nic aż tak wspaniałego. Wielu ludzi traktowało to miejsce jako mit — prawdopodobieństwo, że je kiedykolwiek odwiedzą, było praktycznie zerowe.
Jednak Migotliwa Wstęga istniała naprawdę.
Tworzył ją sznur dziesięciu tysięcy eleganckich, bogatych habitatów, które krążyły wokół Yellowstone — przepiękny zestaw arkologii, karuzel i cylindrycznych miast, rozrzuconych wokół świata niczym aureola gwiezdnego pyłu. Choć całe bogactwo układu gromadziło się ostatecznie w Chasm City, miasto — zakorzenione w swej trzechsetletniej historii, z ogromnym poczuciem własnej wartości — słynęło z konserwatyzmu. Migotliwą Wstęgę natomiast stale na nowo modelowano, montowano i budowano. Habitaty tworzyły formacje i burzyły je. Podkultury rozkwitały tysiącem kwiatów, po czym ich protagoniści próbowali czegoś nowego. Sztuka z Chasm City statecznie hołdowała tradycji, natomiast w Migotliwej Wstędze popierano niemal wszystkie jej formy. Arcydzieła jednego z artystów istniały tylko w ulotnych momentach, kiedy rzeźbił je z plazmy kwarkowo-gluonowej i mógł utrzymać w stabilności — o ich istnieniu świadczył jedynie łańcuch subtelnych wnioskowań. Inny twórca wykorzystywał kształtowane ładunki rozpadu jądrowego, by rzeźbić — na krótką chwilę — podobizny znanych osobistości. Przeprowadzano dziwaczne eksperymenty społeczne: dobrowolne tyranie, gdzie tysiące ludzi poddawało się ochotniczo władzy państw dyktatorskich, by uwolnić swe życie od wyborów moralnych. W całych habitatach ludzie kazali sobie wyłączyć wyższe funkcje mózgowe, tak że mogli pędzić życie owiec pod opieką maszyn. Albo też ludzie implantowali swe mózgi małpom lub delfinom, po czym zatracali się w kunsztownych drzewnych walkach o władzę lub w smutnych dźwiękowych fantazjach. Gdzieś indziej grupy uczonych o umysłach przekształconych przez Żonglerów Wzorców zgłębiały strukturę czasoprzestrzeni, projektując skomplikowane doświadczenia, majstrując w samych podstawach egzystencji. Mówiono, że pewnego dnia grupy te odkryją napęd nadświetlny i przekażą sekret sprzymierzeńcom, którzy z kolei zainstalują niezbędną maszynerię w ich habitatach. Niewtajemniczeni dowiedzą się o tym dopiero wtedy, gdy połowa Migotliwej Wstęgi ni stąd, ni zowąd, w mgnieniu oka zniknie.
Jednym słowem, Migotliwa Wstęga to miejsce, gdzie ciekawa istota ludzka mogła roztrwonić pół życia. Nie wydawało mi się jednak, by Reivich zatrzymał się tam na dłużej przed podróżą na dół, na powierzchnię Yellowstone. Zechce prawdopodobnie jak najszybciej zgubić się w Chasm City.
Bez względu na to, co zrobi, nie będę daleko za nim.
Walcząc z mdłościami, wpełzłem do jadalni i obrzuciłem wzrokiem kilkunastu współpasażerów. Choć każdy mógł się unosić pod wybranym kątem (w tej chwili silniki promu nie pracowały), wszyscy zakotwiczyli się, przyjmując ten sam kierunek. Znalazłem wolny pas ścienny, przepchnąłem przez niego łokieć i obserwowałem swoich bliźnich — sorbetowe chłystki — z wystudiowaną obojętnością. Rozmawiali cicho w grupkach dwu- i trzyosobowych. W powietrzu unosił się kulisty serwitor napędzany śmigiełkiem. Serwitor podlatywał od grupy do grupy, proponując usługi i przedmioty, które wydawał z luków na swoim ciele. Przypominał mi myśliwskiego dronę tropiącego, bezgłośnie wybierającego kolejny cel.
— Nie musisz robić takiej przestraszonej miny — odezwał się ktoś bełkotliwą ruszczyzną. — To tylko robot.
Straciłem czujność. Zupełnie nie zauważyłem, że ktoś się do mnie zbliżył. Powoli obróciłem się i spojrzałem na mówiącego: góra mięsa, zasłaniająca połowę jadalni; trójkątna twarz, różowa i brutalna, była połączona z torsem szyją grubszą od mego uda; czarne długie włosy zaczynały się zaledwie centymetr nad brwiami, były sczesane do tyłu i polakierowane na czaszce przypominającej głaz; nad szerokimi, wykrzywionymi w dół ustami czerniły się grube wąsy, a pod dolną wargą, wzdłuż niezwykle szerokiej szczęki ciągnęła się cienka linia bródki. Skrzyżował ramiona na piersiach jakby tańczył kozaka, a nadmiernie rozrośnięte muskuły wypychały długi watowany płaszcz, pokryty nieregularnymi łatami sztywnej połyskującej materii, która chwytała światło i je odbijała, rozszczepione na milion błysków widma. Patrzył raczej przeze mnie niż na mnie, jedno oko zdawało się skupiać na czymś innym niż drugie, jakby je wykonano ze szkła.
Kłopoty, pomyślałem.
— Nikt tu nie robi przestraszonej miny — oznajmiłem.
— Hej, rozmowny chłoptasiu. — Mężczyzna zakotwiczył się obok mnie przy ścianie. — Nawiązywałem tylko rozmowę, da?
— To dobrze. Teraz niech pan odejdzie i nawiąże ją gdzieś indziej.
— Coś taki nieprzyjemny? Nie lubisz Vadima, przyjacielu? — Nie chciałem mówić tego wprost — odpowiedziałem mu w norte, mimo że radzę sobie z rosyjskim. — Ale, jak się zastanowić… nie, nie sądzę, bym lubił. I póki lepiej się nie poznamy, nie jestem twoim przyjacielem. Teraz odejdź i daj mi pomyśleć.
— Pomyślę o tym.
Serwitor zawisł obok nas. Jego tępy procesor nie rozpoznał, że między nami narasta napięcie, i kontynuował rutynowe działania.
Zwrócił się do nas jak do pary towarzyszy podróży, spytał, czego sobie życzymy. Zanim olbrzym wyrzekł słowo, nim się poruszył, kazałem serwitorowi, by mi dostarczył zastrzyk ze skopolaminy z dekstrozą. Było to znane lekarstwo na mdłości, najstarsze i najtańsze. Jak wszyscy pasażerowie, założyłem na czas podróży pokładowe konto kredytowe, jednak nie miałem pewności, czy posiadam środki na ten zakup. Serwitor jednak posłuchał. Luk otworzył się nagle, odsłaniając jednorazową strzykawkę.
Wziąłem ją, podwinąłem rękaw i wbiłem igłę w żyłę, zupełnie jakbym gotował się do prawdopodobnego ataku biologicznego.
— Hej, robisz to jak spec. Żadnego wahania. — W słowach mężczyzny — teraz w powolnym, bełkotliwym norte — dźwięczał chyba szczery podziw. — Jesteś lekarzem?
Naciągnąłem rękaw na nabrzmiały ślad po igle.
— Niezupełnie. Ale pracuję z chorymi.