Выбрать главу

— Tak?

— Chętnie ci to zademonstruję.

— Nie jestem chory.

— Wierz mi, w przeszłości nigdy nie stanowiło to problemu.

Zastanawiałem się, czy już pojął, że nie jestem teraz dla niego idealnym partnerem do rozmowy. Wepchnąłem wykorzystaną strzykawkę do serwitora. Lekarstwo już zaczynało przemieniać moje mdłości w mgiełkę słabego niesmaku. Z pewnością istniały bardziej skuteczne lekarstwa na chorobę kosmiczną — przeciwagonisty — ale nawet jeśli były dostępne, wątpiłem, czy posiadam dostateczne fundusze.

— Twardziel. — Mężczyzna kiwnął głową, choć ta część jego ciała nie bardzo nadawała się do takich gestów. — Podoba mi się. Ale jak twardy jesteś naprawdę?

— To raczej nie twoja sprawa, ale proszę cię, sprawdź.

Serwitor po chwili podleciał do następnej grupki. Kilkoro ludzi właśnie wdryfowało do jadalni i rozglądało się znękanym wzrokiem. To paradoksalne, że po pokonaniu wielu lat świetlnych między gwiazdami podróż maleńkim promem dostarczała nam pierwszych świadomych doświadczeń podróży kosmicznych.

Mężczyzna zerkał na mnie. Prawie słyszałem, jak trybiki w jego głowie pracowicie się obracają. Niewątpliwie ludzi, z którymi miał do czynienia, na ogół było łatwiej przestraszyć niż mnie.

— Jak mówiłem, jestem Vadim. Wszyscy mnie tak nazywają. Po prostu Vadim. Jestem tu dość znany, stanowię część lokalnego kolorytu. A ty?

— Tanner. Tanner Mirabel.

Kiwnął głową, powoli, ze zrozumieniem, jakby moje nazwisko coś mu mówiło.

— To prawdziwe nazwisko? — Tak.

To było moje prawdziwe nazwisko, jednak, wymieniając je, nic nie ryzykowałem. Reivich nie mógł jeszcze go znać, nawet jeśli nie miał wątpliwości, że ktoś go tropi. Cahuella bardzo szczelnie krył całą operację i chronił tożsamość swych pracowników. W najgorszym wypadku Reivich wycyganił od Żebraków listę wszystkich pasażerów „Orvieto”, ale i tak by nie wiedział, kto chce go zabić.

Vadim spróbował okrasić swój głos nutą zainteresowania.

— Skąd przybyłeś, Meera-Bell?

— Nie twój interes — odpowiedziałem. — I proszę cię, Vadimie, mówiłem serio. Nie mam ochoty z tobą rozmawiać, nawet jeśli stanowisz element lokalnego kolorytu.

— Ale chcę ci zaproponować biznes, Meera-Bell. Powinieneś mnie wysłuchać.

Nadal obserwował mnie jednym okiem. Drugie w nieokreślony sposób patrzyło gdzieś za moje ramię.

— Biznes mnie nie interesuje, Vadimie.

— A powinien. — Mówił teraz ściszonym głosem. — Miejsce, gdzie się udajemy, jest niebezpieczne, Meera-Bell. Zwłaszcza dla nowo przybyłych.

— Cóż jest tak niebezpiecznego w Migotliwej Wstędze? Uśmiechnął się, ale po chwili spoważniał.

— Migotliwa Wstęga… Tak. To naprawdę dość interesujące. Jestem przekonany, że spełni twoje… oczekiwania. — Przerwał i pogładził dłonią nieogoloną brodę. — A o Chasm City nawet nie wspomnieliśmy, niet?

— Niebezpieczeństwo to pojęcie względne. Nie wiem, co ono oznacza tutaj, ale tam, skąd pochodzę, to więcej niż stale obecne ryzyko popełnienia gafy towarzyskiej. Wierz mi, poradzę sobie z Migotliwą Wstęgą. I z Chasm City, jeśli już o tym mówimy.

— Sądzisz, że coś wiesz o niebezpieczeństwach? Według mnie nie masz zielonego pojęcia, w co się pakujesz, Meera-Bell. Jesteś wielkim ignorantem. — Przerwał i bawił się szorstkimi łatami swego pikowanego płaszcza. Pod naciskiem palców pojawiały się rozszczepione rozbłyski. — I właśnie dlatego z tobą rozmawiam, rozumiesz? Jestem dla ciebie dobrym Samarytaninem.

Wiedziałem, dokąd zmierza cała ta przemowa.

— Chcesz mi zaoferować ochronę, prawda? Vadim skrzywił się.

— Prymitywne określenie. Proszę, nie powtarzaj go więcej. O wiele bardziej odpowiada mi termin „porozumienie o bezpieczeństwie wzajemnym”, Meera-Bell.

Kiwnąłem głową.

— Pozwól mi trochę poteoretyzować na ten temat. Ty jesteś miejscowy, prawda? W ogóle nie zszedłeś ze statku. Domyślam się, że można by cię nazwać stałym wyposażeniem tego promu. Nie mylę się?

Uśmiechnął się szybko i nerwowo.

— Powiedzmy, że orientuję się na statku lepiej niż przeciętny, nowo odmrożony sorbetowy chłystek. I powiedzmy, że w sąsiedztwie Yellowstone mam wpływowych wspólników, mięśniaków, ludzi, którzy mogą zaopiekować się przybyszem i zagwarantować mu, że nie wpakuje się w kłopoty.

— A jeśli ten przybysz odmawia przyjęcia twoich usług, co się dzieje? Czy możliwe, że owi wspólnicy stają się źródłem wspomnianych kłopotów?

— Teraz mówisz jak człowiek bardzo cyniczny. Z kolei ja się uśmiechnąłem.

— Wiesz co, myślę, że jesteś po prostu małym, oślizłym wciskaczem kitu. Grupa twoich wspólników nie istnieje naprawdę, co? Twoje wpływy nie sięgają poza kadłub tego statku — a i tu są wątpliwe.

Rozłożył kolosalne ramiona i ponownie je skrzyżował.

Uważaj Meera-Bell. Ostrzegam cię.

— Nie, Vadimie, to ja cię ostrzegam. Już byłbyś martwy, gdybym uznał, że jesteś czymś więcej niż źródłem drobnej irytacji. Odejdź i wypróbuj swój repertuar na kimś innym. — Wskazałem głową jadalnię. — Jest mnóstwo kandydatów. A jeszcze lepiej, wpełzłnij z powrotem do swej smrodliwej kabinki i popracuj trochę nad techniką. Wiesz, powinieneś proponować coś bardziej przekonującego. Może jakieś doradztwo w sprawach mody?

— Naprawdę nie wiesz, Meera-Bell.

— O czym?

Spojrzał na mnie ze współczuciem i przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie popełniłem błędu w ocenie sytuacji. Ale w tym momencie Vadim pokręcił głową, odczepił się od ściany jadalni i ruszył przez sferę. Jego płaszcz łopotał niczym miraż. Prom znowu włączył napęd, więc Vadim leciał niespiesznie po łuku, zbliżając się z wprawą eksperta do następnego samotnego nowo przybyłego podróżnika: niskiego, otyłego łysiejącego mężczyzny, bladego i przygnębionego.

Widziałem, jak Vadim wymienia z mężczyzną uścisk dłoni i zaczyna z nim tę samą grę, co ze mną.

Prawie życzyłem mu powodzenia.

Pozostali pasażerowie stanowili mieszankę mężczyzn i kobiet, egalitarną pod względem typów genetycznych. Byłem pewien, że dwoje czy troje — arystokratów, sądząc z wyglądu — pochodzi ze Skraju Nieba. Nikogo to jednak nie interesowało. Znudzony, próbowałem wsłuchać się w rozmowy, ale akustyka jadalni stapiała je w niewyraźną bryję, z której wyłaniały się tylko pojedyncze słowa, gdy ktoś z towarzystwa podnosił głos. Rozpoznawałem norte. Na Skraju Nieba niewiele osób mówiło płynnym norte, ale prawie wszyscy lepiej lub gorzej znali ten język — jedyny rozumiany przez wszystkie stronnictwa i wobec tego używany w dyplomatycznych negocjacjach i handlu z partnerami zewnętrznymi. Na południu mówiliśmy w castellano, podstawowym języku „Santiago”, z pewnymi domieszkami innych języków Flotylli, a północy mówili różnorodnymi odmianami skreolizowanej mieszaniny hebrajskiego, perskiego, urdu, pendżabi i starego przodka norte zwanego angielskim, głównie jednak używano portugalskiego i arabskiego. Arystokraci na ogół lepiej władali norte od przeciętnych obywateli — płynność w tym języku uważano za oznakę kultury osobistej. Ja akurat znałem go dobrze z przyczyn zawodowych. Z tego samego powodu mówiłem większością północnych języków, a także mogłem znośnie porozumieć się po rosyjsku i kanazjańsku.

To niemal pewne, że po rosyjsku i w norte można się porozumieć w Migotliwej Wstędze i Chasm City — ewentualnie stosując maszyny tłumaczące — jednak językiem roboczym Demarchistów, którzy odbudowali Yellowstone, był kanazjański, nieokreślony stop quebeckiej francuszczyzny i kantońskiego. Mówiono, że nikt nie osiągał prawdziwej płynności w kanazjańskim — chyba że miał łeb pełen procesorów lingwistycznych; język był po prostu fundamentalnie dziwaczny i niezgodny z elementarnym, instynktownym wyczuciem ludzkiej gramatyki.