Выбрать главу

Martwiłoby mnie to, ale Demarchiści to wytrawni kupcy. Przez ponad dwa wieki Yellowstone stanowiło centrum pączkującego handlu międzygwiezdnego, dostarczało innowacji powstającym koloniom, a potem wysysało je jak wampir, kiedy kolonie osiągały poziom dojrzałości technicznej. Stonerzy radzili sobie z kilkunastoma obcymi językami, gdyż tego wymagała działalność handlowa.

Oczywiście, niebezpieczeństwa czyhają, Vadim miał rację. Nie takie jednak, do jakich czynił aluzje, lecz subtelne, wynikające z mej nieznajomości niuansów kultury, wyprzedzającej moją własną co najmniej o dwa wieki. Grozi mi nie tyle wypadek, co kompletne fiasko mojej misji. Musiałem zachowywać czujność. Ale nie potrzebowałem fałszywych gwarancji ochrony ze strony zbirów w rodzaju Vadima.

Moją uwagę znowu przyciągnął Vadim — tym razem wywołał znacznie większe zamieszanie.

Mocował się z mężczyzną, który właśnie wszedł do jadalni. Obaj byli sczepieni; reszta gości nie ruszała się ze swoich miejsc przy ścianie. Drugi mężczyzna dobrze sobie radził, ale w ruchach Vadima było coś ospałego, aż nudnego. Umyślnie pozwala przeciwnikowi wygrywać, pomyślałem. Pozostali pasażerowie ignorowali bójkę, zadowoleni, że zbir wybrał sobie kogoś innego.

Nagle taktyka Vadima się zmieniła.

W jednej chwili przyszpilił nowo przybyłego do ściany i czołem zgniatał jego przerażoną twarz. Mężczyzna zaczął coś mówić, ale Vadim zatkał mu dłonią usta — wydostał się z nich tylko bełkot, a potem wyleciał ostami posiłek mężczyzny, cieknąc obrzydliwie między palcami olbrzyma. Vadim cofnął się z niesmakiem. Przytrzymał się ściany czystą ręką, a drugą wyprowadził cios w żołądek przeciwnika, tuż poniżej żeber. Uderzony kaszlnął ochryple, oczy nabiegły mu krwią. Próbował złapać oddech przed następnym ciosem Vadima.

Ale Vadim już skończył. Wytarł dłoń o tkaninę na ścianie jadalni, odczepił się, gotów ruszyć do wyjścia.

Obliczyłem swój łuk i odepchnąłem się pierwszy. Chwilę rozkoszowałem się swobodnym lotem, a potem uderzyłem o ścianę metr od Vadima i jego ofiary. Przez moment Vadim patrzył na mnie zaskoczony.

— Meera-Bell… Myślałem, że zakończyliśmy już negocjacje? Uśmiechnąłem się.

— Właśnie otwieram je ponownie, Vadimie.

* * *

Zakotwiczyłem się mocno i z tą samą niedbałą łatwością, z jaką Vadim uderzył mężczyznę, ja uderzyłem Vadima — mniej więcej w to samo miejsce. Wydał cichy jęk i zgiął się w pół jak zmoczone origami.

Teraz goście nie byli już tak zajęci swoimi interesami.

Zwróciłem się do nich:

— Nie wiem, czy ktoś z państwa został już zaczepiony przez tego człowieka, ale nie jest on takim zawodowcem, za jakiego się podawał. Jeśli kupiliście od niego ochronę, z pewnością straciliście pieniądze.

Vadim zdołał wydusić z siebie:

— Już jesteś trupem, Meera-Bell.

— W takim razie niewielu rzeczy muszę się obawiać. — Spojrzałem na drugiego mężczyznę. Odzyskał nieco kolorów i wycierał rękawem usta.

— Wszystko w porządku? Nie widziałem, jak rozpoczęła się bójka.

Mężczyzna mówił norte, jednak z silnym akcentem, do które go przez chwilę musiałem się przyzwyczajać. Niewysoki, zwarta sylwetka buldoga. Same cechy fizyczne nie wyczerpywały jego buldogowatości. Miał zadziorny, wojowniczy wyraz twarzy, płaski nos i czaszkę najeżoną rzadkimi, bardzo krótkimi włosami.

Wygładził ubranie.

— Tak… czuję się całkiem dobrze, dzięki. Cham zaczął mi grozić, a zabrał się do bicia. W tym momencie miałem nadzieję, że ktoś coś zrobi, ale chyba nagle stałem się meblem.

— Tak, zauważyłem. — Obrzuciłem pozostałych pasażerów lekceważącym spojrzeniem. — A jednak pan walczył.

— Niewiele mi to dało.

— Ten Vadim nie wygląda na typa, który docenia mężne gesty. Na pewno dobrze się pan czuje?

— Tak. Trochę mnie mdli, to wszystko.

— Niech pan poczeka.

Pstryknąłem palcami na serwitora, wiszącego w cybernetycznym niezdecydowaniu kilka metrów dalej. Kiedy się przysunął, spróbowałem kupić następny zastrzyk skopdeksu, ale już wyczerpałem swój fundusz pokładowy.

— Dzięki — powiedział mężczyzna, nastawiając sobie szczękę. — Wystarczą mi środki na własnym rachunku.

Powiedział coś do maszyny po kanazjańsku, zbyt szybko i cicho, bym zrozumiał. Z serwitora wyłoniła się nowa, gotowa do użycia strzykawka. Kiedy mężczyzna niezręcznie robił sobie zastrzyk, ja powiedziałem do Vadima:

— Vadimie, okazuję wielkoduszność i pozwalam ci odejść. Ale nie chcę cię już widzieć w tym pomieszczeniu.

Spoglądał na mnie, wykrzywiając usta. Plamki wymiocin przylgnęły mu do twarzy niczym płatki śniegu.

— Jeszcze ze sobą nie skończyliśmy, Meera-Bell. Odhaczył się, spojrzał po innych pasażerach, najwidoczniej próbując przed odejściem odzyskać nieco respektu. Próżny wysiłek, ponieważ zaplanowałem dla niego coś jeszcze. Naprężył się, przygotował do startu.

— Poczekaj — powiedziałem. — Nie sądzisz chyba, że pozwolę ci wyjść, dopóki nie zwrócisz tego, co skradłeś? Popatrzył na mnie i się zawahał.

— Niczego panu nie skradłem. Ani panu, panie Quirrenbach — zwrócił się do drugiego mężczyzny.

Quirrenbach też się zawahał, spojrzał na Vadima i odpowiedział: — Tak… tak. Nic mi nie ukradł. Nie rozmawiałem z nim przedtem. Podniosłem głos.

— A państwu? Czy ten sukinsyn coś od państwa wyłudził? Cisza. Tego oczekiwałem. Nikt pierwszy się nie przyzna, że został oszukany przez drobnego szczura w rodzaju Vadima, zwłaszcza teraz, gdy był taki żałosny.

— Widzisz, Meera-Bell, nikt się nie zgłosił.

— Tutaj może nie. — Wolną ręką chwyciłem jego pikowany płaszcz. Szorstkie łaty były chłodne i suche, jak skóra węża. — Ale inni pasażerowie promu? Prawdopodobnie obrobiłeś już kilku od startu z Idlewild.

— Więc cóż z tego? — odpowiedział niemal szeptem. — To przecież nie twoja sprawa. — Jego ton zmieniał się z sekundy na sekundę. Mężczyzna wił się przede mną, teraz nieskończenie bardziej giętki niż wtedy, gdy wszedł do jadalni. — Co chcesz za to, by się nie wtrącać? Ile chciałbyś za zostawienie mnie w spokoju?

Musiałem się roześmiać.

— Naprawdę chcesz mnie przekupić?

— Warto spróbować.

Coś we mnie pękło. Powlokłem Vadima w tył, uderzyłem nim o ścianę tak mocno, że znów wybiłem mu dech i zacząłem go grzmocić. Obłok czerwonego gniewu zalał mnie ciepłą mgłą. Czułem, jak pod moimi pięściami pękają żebra. Vadim próbował się bronić, ale byłem szybszy, silniejszy, a moja wściekłość dotyczyła słusznej sprawy.

— Stop! — Głos dochodził jakby z połowy drogi do nieskończoności. — Niech pan przestanie, on ma już dosyć.

To Quirrenbach odciągał mnie od Vadima. Paru innych pasażerów przybyło łukiem na miejsce bójki i oglądało rezultat z przestrachem i fascynacją. Twarz Vadima to był jeden brzydki siniak; usta łkały błyszczącymi szkarłatnymi łzami krwi. Musiałem wyglądać tak samo, kiedy skończyli ze mną Żebracy.

— Chce pan, żebym mu pobłażał? — zapytałem. — Pobłażanie już jest poza pańskim zasięgiem — stwierdził Quirrenbach. — Nie musi go pan zabijać. A jeśli mówi prawdę i rzeczywiście ma przyjaciół?

— Jest niczym — powiedziałem. — Ma tyle wpływów co pan czy ja. A nawet gdyby miał… lecimy przecież na Migotliwą Wstęgę, a nie do jakiegoś pogranicznego osiedla, gdzie rządzi bezprawie.

Quirrenbach spojrzał na mnie z bardzo dziwnym wyrazem twarzy.

— Mówi pan serio? Myśli pan, że lecimy na Migotliwą Wstęgę? — A nie?

— Migotliwa Wstęga nie istnieje. Nie istnieje od lat. Lecimy w zupełnie inne miejsce.

Z siniaka, który był twarzą Vadima, nieoczekiwanie wydobył się charkot. Może Vadim odchrząkiwał krew. A może był to chichot satysfakcji.