— Ale pewne rzeczy mógł ukraść niedawno. Powinniśmy zrobić wszystko, by je zwrócić prawowitym właścicielom. Zgadzasz się?
— Owszem, na jakimś odległym poziomie teoretycznym. — Nie przerywałem poszukiwań. — Ale jak się dowiemy, kim są właściciele? Nie zauważyłem, by w jadalni ktoś się zgłaszał. A w ogóle, czemu się tym przejmujesz?
— Nazywają to zachowaniem śladowych resztek sumienia, Tanner.
— Przecież ten zbir omal cię nie zabił?
— Zasada nadal obowiązuje.
— Cóż… jeśli zapewni ci to spokojny sen, nie mam nic przeciwko temu, byś pozostawił mnie samego, gdy będę przeszukiwał jego rzeczy. A kiedy już o tym mówimy, czy rzeczywiście cię tu zapraszałem?
— Nie bezpośrednio, nie… — Twarz wykrzywiła mu rozterka, kiedy przeglądał zawartość jednej z szuflad. Wyciągnął skarpetkę, smętnie ją studiował przez kilka chwil. — Niech cię diabli, Tanner. Mam nadzieję, że miałeś rację, kiedy mówiłeś, że jego wpływy to fikcja.
— Och, nie sadzę, byśmy musieli się tym przejmować.
— Jesteś całkowicie pewny?
— Wierz mi, znam się nieźle na hołocie.
— Tak, cóż… załóżmy wstępnie, że masz rację.
Powoli, ale z rosnącym entuzjazmem, Quirrenbach zaczął wypychać kieszenie łupami Vadima bez jakiejkolwiek selekcji, głównie zwitkami stonerskiej waluty. Również wpakowałem sobie do kieszeni dwie paczki gotówki, zanim Quirrenbach zdążył ją zachomikować.
— Dzięki, przydadzą się.
— Właśnie chciałem ci trochę dać.
— Oczywiście, że chciałeś. — Przejrzałem banknoty. — Czy są nadal coś warte?
— Tak — powiedział po zastanowieniu. — W każdym razie w Baldachimie. Nie mam pojęcia, co uchodzi za środek płatniczy w Mierzwie, ale sądzę, że gotówka tam też nie zawadzi.
Wziąłem jeszcze porcję.
— Lepiej chuchać niż dmuchać, oto moja dewiza.
Nadal szukałem — przekopywałem się przez takie same śmiecie i biżuterię — aż znalazłem coś, co wyglądało na odgrywarkę eksperientali. Tak płaskiej i opływowej nie widziałem na Skraju Nieba; sprytnie skonstruowana, zajmowała nie więcej miejsca niż Biblia.
Znalazłem pustą kieszeń i wsunąłem tam odgrywarkę, razem z pudełkiem eksperientali, które, jak przypuszczałem, mogły być same w sobie coś warte.
— Zaraza, o której mówiłeś… — zacząłem.
— Tak?
— Nie rozumiem, w jaki sposób wyrządziła tyle szkód?
— To dlatego że nie była biologiczna — w takim sensie, jak na ogół rozumiemy to pojęcie. — Zrobił pauzę, przerwał również swe czynności. — Zajęła się maszynami. Spowodowała, że wszystkie maszyny powyżej pewnego stopnia złożoności przestały funkcjonować lub zaczęły funkcjonować w sposób zupełnie inny niż ten do którego je przeznaczono. Wzruszyłem ramionami.
— To nie wygląda na wielkie nieszczęście.
— Nie jest, jeśli maszyny są po prostu robotami lub systemami środowiskowymi, tak jak tu na statku. Ale na Yellowstone większość maszyn stanowiły mikroskopijne urządzenia wewnątrz istot ludzkich, ściśle powiązane z umysłem i ciałem. Wydarzenia w Migotliwej Wstędze to tylko symptom bardziej przerażających zjawisk, zachodzących w skali całej ludzkości. Tak jak zmniejszenie liczby świateł w całej Europie w końcu czternastego wieku wskazywało na przybycie Czarnej Śmierci.
— Muszę wiedzieć więcej.
— Masz system kwerendowy w swojej kabinie. A nawet tu, w kabinie Vadima.
— Albo mógłbyś mi po prostu teraz to opowiedzieć. Pokręcił głową.
— Nie, Tanner. Wiem nie więcej niż ty. Przylecieliśmy w tym samym czasie. Owszem, na różnych statkach, ale podczas wybuchu zarazy przemierzaliśmy przestrzeń międzygwiezdną. Miałem trochę więcej czasu od ciebie, by przyzwyczaić się do tej wiadomości.
— Skąd tu przyleciałeś? — zapytałem cicho, spokojnie.
— Z Grand Teton.
To był jeszcze jeden świat z pierwotnych kolonii Americano, tak jak Yellowstone, Yosemite, Glacier i jeszcze dwa lub trzy. Cztery wieki temu zostały zasiedlone przez roboty — samoreplikujące się maszyny, zawierające wzorce potrzebne do skonstruowania żywych ludzi po przybyciu na miejsce. Żadna z tych kolonii nie odniosła sukcesu, wszystkie upadły w drugim czy trzecim pokoleniu kolonistów. Niektórzy mieszkańcy mogli wyprowadzić swą linię genealogiczną od oryginalnych osadników Americano, ale były to przypadki bardzo rzadkie. Większość ludności mieszkającej na tych światach pochodziła z późniejszych fal kolonizatorów, transportowanych światłowcami. Koloniści tworzyli na ogół państwa Demarchistów, jak Yellowstone.
Oczywiście Skraj Nieba to przypadek odmienny, jedyny świat zasiedlony przez statek pokoleniowy. Niektórych błędów po prostu się nie powtarza.
— Podobno Grand Teton to jedno z przyjemniejszych miejsc do życia — zauważyłem.
— Owszem. I przypuszczam, że zastanawiasz się, co mnie tutaj przyniosło?
— W zasadzie nie. To nie moja sprawa.
Wolniej przeszukiwał łupy Vadima. Widziałem, że nie jest przyzwyczajony do takiego braku zainteresowania. W duchu liczyłem sekundy, po których przerwie milczenie. Jestem artystą — wyjaśnił w końcu. — Kompozytorem. Pracuję nad cyklem symfonii, dziełem swego życia. To mnie tutaj sprowadziło.
— Muzyka?
— Tak, muzyka; choć to żałosne słówko, nie oddaje dobrze tego, co mam na myśli. Moja następna symfonia będzie dziełem zainspirowanym przez samo Chasm City. — Uśmiechnął się. — Miał to być wspaniały, wzniosły utwór, głoszący chwałę miasta w całym jego splendorze Belle Epoque. Kompozycja wrząca witalnością i energią. Teraz mam wrażenie, że powstanie utwór ciemny, odmienny w nastroju. Szostakowiczowsko poważny. Dzieło obciążone świadomością, że koło historii w końcu się obróciło i zgniotło na pył nasze śmiertelnicze sny. Symfonia zarazy.
— Dlatego przebyłeś całą tę drogę? Żeby nabazgrać kilka nut?
— Żeby nabazgrać kilka nut, tak jest. Ktoś przecież musi to zrobić.
— Ale powrót do domu zabierze ci dekady.
— Rzeczywiście, fakt ten dotarł do mej świadomości, zanim uprzejmie zwróciłeś mi na niego uwagę. Lecz moja podróż to jedynie preludium. Trwała niedługo… jeśli się ten czas porówna z kilkoma wiekami, które upłyną, nim dzieło zbliży się do końca. Będę sobie wtedy liczył prawie setkę — to odpowiednik dwóch lub trzech okresów twórczych wielkich kompozytorów. Odwiedzę oczywiście kilkadziesiąt układów — i włączę inne do swojej marszruty, jeśli okażą się znaczące. Na pewno wybuchną nowe wojny, zarazy, nastaną okresy ciemności. A także okresy cudów i wspaniałości. Wszystko to będzie wodą na młyn mego wielkiego dzieła. A kiedy je wygładzę — i jeśli nie będę nim całkowicie rozczarowany — dociągnę do zmierzchu. Widzisz, nie zostanie mi czasu, by śledzić najnowsze techniki przedłużania życia, gdyż całą energię wleję w me dzieło. Po prostu będę brał to, co jest łatwo dostępne, i wierzył, że wystarczy mi życia na dokończenie magnum opus. Po uporządkowaniu dzieła, gdy pogodzę obecną prowizoryczną bazgraninę i mistrzowskie utwory, które z pewnością stworzę pod koniec życia, wsiądę na statek i wrócę na Grand Teton — zakładając, że kolonia nadal będzie istniała — gdzie zaanonsuję swe arcydzieło. Sama premiera odbędzie się później, za jakieś pięćdziesiąt lat, zależnie od ówczesnych rozmiarów ludzkiego kosmosu. Wiadomość zdąży dotrzeć do najodleglejszych kolonii i ludzie zaczną zjeżdżać na Grand Teton, na wykonanie utworu. Będę spał podczas budowy sali koncertowej — mam już koncepcję czegoś zbytkownego — i podczas kompletowania, hodowania czy klonowania orkiestry godnej dzieła. A gdy upłynie pięćdziesiąt lat, powstanę ze snu, wejdę w krąg świateł, poprowadzę orkiestrę i w krótkim czasie, który mi pozostanie, będę się pławił w sławie, jakiej nie zaznał ani nie zazna żaden żyjący muzyk. Imiona dawnych mistrzów zostaną zredukowane do komentarzy w przypisach — ledwie migające embriony gwiazd na tle diamentowego blasku mej własnej gwiezdnej łuny. Moje imię będzie dźwięczało przez stulecia jak pojedyncza, niemilknąca fraza.