Odpowiedziałem dopiero po dłuższej chwili.
— Cóż, musisz mieć jakiś cel, do którego byś dążył.
— Chyba sądzisz, że przepełnia mnie monstrualna pycha.
— Taka myśl w ogóle nie przemknęła mi przez mózg.
Za szufladami wymacałem jakiś przedmiot. Miałem nadzieję, że znajdę broń — coś groźniejszego od nakręcanego pistoletu — ale Vadim chyba radził sobie bez niej. A jednak coś wyczuwałem. Ciekawe.
— Co znalazłeś?
Wydostałem matowoczarne metalowe pudełko, wielkości cygarnicy. W środku, w mieszkach, leżało sześć szkarłatnych fiolek, a obok obiekt przypominający zdobną stalową strzykawkę. Na uchwycie pistoletu widniała delikatnie malowana reliefowa kobra.
— Nie mam pojęcia. Masz jakiś pomysł?
— Niezupełnie, nie… — Oglądał pudełko z fiolkami chyba ze szczerym zaciekawieniem. — Ale powiem ci jedno: nie wygląda to na rzecz legalną.
— Myślałem mniej więcej to samo.
— Czemu cię to tak interesuje? — spytał Quirrenbach, gdy znowu sięgnąłem po pudełko.
Wspomniałem strzykawkę u mnicha w jaskini Amelii. Nie mogłem stwierdzić tego z pewnością, ale substancja, którą widziałem w tamtej strzykawce — choć w przyćmionym świetle jaskini — wyglądała bardzo podobnie do chemikaliów w pudełku Vadima. Przypomniałem sobie również, co powiedziała mi Amelia, gdy spytałem ją o tę strzykawkę: że tego mnich na Idlewild w żadnym przypadku nie powinien nosić przy sobie. Więc to jakiś rodzaj narkotyku, może zabroniony nie tylko w Hospicjum Żebraków, ale w całym układzie.
— Zakładam, że pomoże mi to otworzyć niektóre drzwi.
— Albo coś znacznie więcej — powiedział Quirrenbach. — Poczynając od wrót piekieł. Coś słyszałem w roju parkingowym o krążących bardzo brzydkich substancjach. — Wskazał głową szkarłatne fiolki. — Jedną z nich nazywają Paliwem Snów.
— To może być Paliwo?
— Nie wiem, ale dilerki spodziewałbym się po naszym przyjacielu Vadimie.
— Skąd by to dostawał?
— Nie powiedziałem, że jestem ekspertem, Tanner. Wiem tylko, że ta substancja daje pewne nieprzyjemne skutki uboczne i że tutejsze władze — czy co tam mają w tym układzie — nie zachęcają do jej używania. Nawet do posiadania.
— Ale ma jakieś zastosowania?
— Owszem, ale nie wiem dokładnie, co się z tym robi. A propos, to urządzenie to pistolet ślubny.
Nie rozumiałem.
— To dawny lokalny zwyczaj — wyjaśnił, widząc moją minę. — Mąż i żona wymieniają w pewien sposób prawdziwe komórki nerwowe wyhodowane ze swoich mózgów. Używają tej rzeczy — pistoletu ślubnego — żeby implantować sobie wzajemnie tę materię.
— Już się tego nie praktykuje?
— Przestano, po zarazie. — Spojrzał smętnie. — Po zarazie przestano robić całe mnóstwo rzeczy.
Kiedy Quirrenbach odszedł z łupami — zapewne myśląc o swym cyklu symfonicznym — stanąłem przy konsoli sieciowej Vadima. Odzyskałem wagę ciała, gdyż „Strelnikov” przyśpieszał, przestrajając nieznacznie parametry spadania na Pas Złomu. Skądś dobiegały niskie gadzie jęki. Protestowała konstrukcja statku i zastanawiałem się, czy w tej podróży jego powłoka w końcu nie wyzionie ducha. Jednak wkrótce jęki ucichły do zwykłego statkowego hałasu.
Konsola wyglądała na urządzenie starożytne, z jakich śmieją się dzieci w muzeum. Nad klawiaturą alfanumeryczną wznosił się płaski ekran, inkrustowany ikonami wytartymi od wielokrotnego dotykania. Nie wiedziałem, jak wygląda nowoczesność wokół Yellowstone, ale ta rzecz nie była nowoczesna, nawet według standardów Skraju Nieba.
Musi wystarczyć.
Znalazłem włącznik. Ekran zająknął się serią wstępnych komunikatów i reklam, po czym pokazał skomplikowane drzewo opcji. Pokładowe usługi danych. Sieci czasu rzeczywistego: pajęczyna strumieni danych w zasięgu sekundy świetlnej od „Strelnikova”. Przy tej opcji rozmowę prowadziło się w sposób normalny. Sieci głębokoukładowe, z typowymi opóźnieniami w zakresie od kilku sekund do kilkudziesięciu godzin, zależnie od złożoności pytania. Bezpośredniego dostępu do sieci z dłuższymi czasami odpowiedzi nie przewidziano. Miało to sens: odpowiedzi na wszelkie zapytania wysłane do habitatów w układowych pasach Kuipera nie zastałyby nadawcy na promie — dawno już zakończyłby swą podróż.
Wszedłem w opcję sieci głebokoukładowych. Ekran kipiał reklamami. Po kilku sekundach pojawiło się drzewo podmenu. Wiadomości o statkach przylatujących i odlatujących, łącznie z pozycją „Orvieto”. Układ Yellowstone nadał stanowił ruchliwe centrum międzygwiezdne, co miało swoje uzasadnienie. Jeżeli zaraza uderzyła w ostatniej dekadzie, wiele statków już tutaj zmierzało. Upłyną dziesięciolecia, zanim wiadomości o zarazie rozprzestrzenia się w większości zasiedlonego przez ludzi kosmosu.
Przejrzałem opcje.
Sieci głębokoukładowe przenosiły dwustronny ruch komunikacyjny do habitatów na orbitach wokół gazowych gigantów — zwykle do stacji górniczych i placówek bardziej samotniczych frakcji. Były tam gniazda Hybrydowcow, enklawy Porywaczy oraz na wpół zautomatyzowane stacje militarne lub naukowe. Na próżno szukałem jakiejkolwiek wzmianki o zarazie. Od czasu do czasu mówiło się o procedurze izolacji czy zarządzaniu kryzysowym, ale odniosłem wrażenie, że zaraza oraz jej konsekwencje stały się na tyle fundamentalnym aspektem życia, że rzadko występowała potrzeba odwoływania się do samego obiektu.
Lokalne sieci powiedziały mi niewiele więcej. Raz czy dwa znalazłem odwołania do kryzysu przez jego nazwę i dowiedziałem się, że nazwę nadali mu specyficzną i mrożącą krew w żyłach: Parchowa Zaraza. Jednak większość wiadomości zakładała całkowitą znajomość podstawowych faktów o samej zarazie. Były odnośniki do Hermetyków, do Baldachimu i Mierzwy, a czasami do czegoś nazywanego Grą, ale nie omawiano szerzej żadnego z tych terminów.
O Baldachimie — dzielnicy Chasm City, jak sądziłem — słyszałem. To właśnie tam, według słów Amelii, miałem szanse na znalezienie Reivicha. Ale Amelia chyba powiedziała mi nie wszystko.
Przestawiłem konsolę na tryb wysyłania i ułożyłem kwerendę dotyczącą zarazy — prośbę o ogólne informacje dla przybyszy. Nie wierzyłem, że jestem pierwszą osoba, która chce je otrzymać przed zanurkowaniem w Pas Złomu. Możliwe, że nikt się nie potrudzi, by mi odpowiedzieć, lub że nie działa zautomatyzowany system załatwiania napływających zapytań.
Wysłałem kwerendę, po czym wpatrywałem się w konsolę przez kilka sekund. Ekran również wpatrywał się we mnie, niezmienny.
Nic nie nadeszło.
Rozczarowany i nie bliższy prawdy niż przedtem, sięgnąłem do kieszeni płaszcza Vadima i wyciągnąłem starannie złożoną odgrywarkę. Urządzenie złożyło się niemal samo — cienkie, metalowe fragmenty wślizgiwały się na właściwe miejsca z miłą precyzją części karabinu. Wynikiem tych działań okazał się szkieletowy czarny hełm z guzami generatorów pola i portów wejściowych, ozdobiony opalizującą zielenią i czerwonymi kobrami. Z czoła hełmu odwijała się para stereoskopowych wizjerów, o brzegach z materiału automatycznie dostosowującego się do skóry wokół oczu. Para zatyczek usznych funkcjonowała podobnie. Nie brakowało nawet zatyczek do nosa — wejścia węchowego.