Выбрать главу

Włożyłem hełm.

Objął mą czaszkę silnie, jak imadło do tortur. Małe wizjery przesunęły się na pozycję i przykleiły mi się wokół oczodołów. Każdy z nich zawierał wysokorozdzielczy system obrazowy, który obecnie ukazywał widok, jaki bym widział, gdybym nie miał na głowie hełmu, jeśli pominąć słabo widoczną i prawdopodobnie zamierzoną ziarnistość obrazu. Aby polepszyć znacząco jakość, potrzebne by mi były implanty nerwowe i znacznie bardziej złożona odgrywarka — mogły wywoływać i modyfikować sygnały mózgowe z subtelnością militarnego trału.

Otworzyłem teczkę.

Znalazłem w niej pudełko eksperientali przywiezionych ze Skraju Nieba, nadal zawinięte w czysty plastik. Odwinąłem plastik i obejrzałem sześć pióropodobnych patyczków. Nie miały żadnych napisów sugerujących zawartość. Czy był to zwykły towar wymienny, czy też może pałeczki zawierały przesłanie dla mnie, od mojej preamnezyjnej tożsamości?

W czole hełmu znajdował się port do wsuwania metalicznego zakończenia eksperientala, tak że sterczał on niczym róg. Wziąłem pierwszy z mej szóstki i wepchnąłem na miejsce.

Przede mną pojawiło się menu z nicości, proponujące opcje wejścia do symulacji w rozmaitych punktach i w rozmaitych układach artystycznych. Przyjąłem wartości domyślne i zanurzyłem się w eksperiental na chybił trafił: decyzje podejmowałem ruchami dłoni. Hełm wygenerował słabe pole elektryczne. Moje ciało zmodyfikowało je, co pozwoliło systemowi odczytywać każdy makroskopowy ruch.

Pokój Vadima stopniowo poszarzał. Usłyszałem syczenie. Hałas ucichł i zapadła zupełna cisza, takiej ciszy nie doświadczyłem na pokładzie tego statku. Szarość zblakła, kształty i barwy pojawiły się niczym widma wynurzające się z mgły.

Stałem na polanie w dżungli i strzelałem do wrogich żołnierzy.

Byłem obnażony do pasa, bardzo umięśniony, nawet jak na żołnierza, pierś miałem zapaćkaną farbą, w jednej ręce trzymałem stary model karabinu strzelającego promieniem cząstek, w drugiej mniejszy pistolet maszynowy na pociski. Miałem już wcześniej do czynienia z podobnym sprzętem i wiedziałem, że z żadnej z tych broni nie można strzelać, trzymając ją jedną dłonią, nie mówiąc już o tym, by mieć przy tym niemal wyprostowane ramiona. Obie bronie potrzaskiwały, gdy kropiłem z nich lawinę wrogich wrzeszczących żołnierzy, którzy, jak się wydawało, postanowili pędzić na mnie z zarośli, mimo że każdy z nich mógł mnie skosić z ukrycia jednym, dobrze wymierzonym strzałem. Ja wrzeszczałem również. Może z wysiłku, związanego z trzymaniem obu broni.

Śmiechu warte, ale nie wątpiłem, że takie rzeczy znajdą nabywców. Mimo wszystko istniał na nie rynek na Skraju Nieba — a my już mieliśmy wcześniej prawdziwą wojnę.

Spróbowałem następnej.

Tym razem siedziałem w jednosiedzeniowym kołowcu, pędząc nim przez błotnistą płaszczyznę, a kilkanaście innych kołowców usiłowało przemknąć po obu mych stronach. Tu wszedłem z ekperientalem ustawionym na tryb interakcyjny, tak że mogłem kierować kołowcem oraz przyśpieszać i zwalniać jego turbinę. Bawiłem się tym kilka minut, utrzymując się wciąż na przedzie stada, aż fatalnie oceniłem nachylenie łachy piasku i straciłem panowanie nad kierownicą. Uderzył we mnie drugi samochód. Chwila bezbolesnej rzezi i znowu znalazłem się na unii startowej; zapalałem silnik. Trudno powiedzieć, jak by się sprzedawało. Czy uznano by całą rzecz za beznadziejnie staroświecką, czy też przyjęto by ją z entuzjazmem jako unikalny Produkt Skraju Nieba?

Przejrzałem pozostałe cztery eksperientale — równie rozczarowujące. Dwa z nich były sfabularyzowanymi wydarzeniami z przeszłości mojej planety: jeden to melodramat o życiu Skya Haussmanna na pokładzie „Santiago” — doprawdy, ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałem. Drugi — historia miłosna tocząca się w czasie uwięzienia, procesu i egzekucji Skya, ale w której Sky był postacią drugoplanową. Pozostałe dwa eksperientale okazały się przygodówkami, obie na temat polowania na węże, choć autor scenariusza miał jedynie bardzo powierzchowną wiedzę o biologii hamadriad.

Spodziewałem się jakiegoś przesłania z mojej przeszłości. Chociaż pamiętałem teraz znacznie więcej niż bezpośrednio po pierwszym przebudzeniu na Idlewild, nadal przeszłość zawierała wiele niejasnych aspektów, elementów, które w żaden sposób nie chciały trafić na swe miejsce w łamigłówce. Mogłem żyć z tymi lukami, jeślibym tropił Reivicha na znajomym terenie, ale niewiele również wiedziałem o mieście, do którego zmierzałem.

Otworzyłem pudełko z eksperientalami zabrane Vadimowi. Nie miały innych oznaczeń prócz drobnego srebrnego motywu tuż przy końcu. Nie dowiem się niczego o sobie, lecz przynajmniej zobaczę, co w Chasm City uchodzi za rozrywkę. Wsunąłem jeden z eksperientali do portu.

To był błąd.

Oczekiwałem pornografii lub bezmyślnej przemocy — jakichś ekstremalnych ludzkich doświadczeń, ale nadal rozpoznawalnych jako ludzkie. Otrzymane wrażenia okazały się tak dziwne, że z początku nie potrafiłem określić, czego właściwie doświadczam, i zacząłem się zastanawiać, czy nie ma problemów z kompatybilnością między eksperientalem i hełmem, wskutek czego pobudzone zostały niewłaściwe partie mózgu. Nie, wszystko pochodziło z tego samego źródła — z pokoju Vadima.

Wyglądało to tak, jak powinno.

Było ciemno, zimno, wilgotno i brudno i towarzyszyło temu uczucie przytłaczającej miażdżącej klaustrofobii — uczucie bardzo intensywne, miałem wrażenie, że czaszka powoli ściska mi mózg. Moje ciało było absolutnie niewłaściwe: wydłużone i pozbawione członków, blade, miękkie i całkowicie bezbronne. Nie miałem pojęcia, skąd się biorą te wrażenia, chyba że urządzenie stymulowało jakieś stare partie mózgu, pamiętające raczej, co znaczy przeciekać i przepływać, niż co znaczy chodzić. A jednak w gruncie rzeczy nie byłem sam; również ciemność nie była tak zupełna, jak się wydawało na początku. Moje ciało zajmowało ciepłą, wilgotną próżnię w przestrzeni, w której powycinano labiryntowate czarne tunele i komory. I byli tam ze mną inni — inne blade, wydłużone obecności. Nie widziałem ich — musiały znajdować się w sąsiednich komorach — lecz smakowałem ich bliskość, wchłaniałem zupowaty chemiczny strumień ich uczuć i myśli. I w jakimś sensie one były również oderwanym awatarem mnie samego. Poruszały się i wibrowały, jak chciałem, i odczuwały to, co ja odczuwałem.

Totalna klaustrofobia miażdżyła, ale również dodawała otuchy. Za twardym niczym skała obszarem, gdzie spoczywaliśmy zamknięci, znajdowała się absolutna pustka, przed którą wzdrygały się myśli. Ta pustka była gorsza od klaustrofobii, a jeszcze bardziej pogarszał ją fakt, że coś tam jednak było: pustka skrywała okropnych, milczących, nieskończenie cierpliwych wrogów.

Którzy się zbliżali.

Poczułem skurcz trwogi tak absolutnej, że wrzasnąłem i zerwałem hełm. Przez chwilę unosiłem się w kabinie Vadima, ciężko dysząc, i zastanawiałem się, czego właściwie doświadczyłem. Trwało we mnie uczucie ogromnej klaustrofobii nałożonej na jeszcze gorszą agorafobię; trwało niczym dźwięk ogromnego dzwonu.

Dłonie mi drżały — choć zacząłem odzyskiwać panowanie nad sobą. Wyjąłem eksperiental i przyjrzałem mu się dokładniej, tym razem zwracając należytą uwagę na niewielki motyw przy końcu pałeczki.

Bardzo przypominał robaka.

* * *

Przez okno obserwacyjne w kabinie Vadima śledziłem podchodzenie do Pasa Złomu. Teraz coś wiedziałem o tym, co nas czeka. Wkrótce po spróbowaniu niepokojącego eksperientala — prawdę mówiąc, ciągle kręciło mi się w głowie — konsola zagrała, zapowiadając przybycie odpowiedzi na moje wcześniejsze pytanie. Zaskoczyło mnie to: z mojego doświadczenia wynikało, że takie rzeczy następują albo natychmiast, albo wcale. Opóźnienie świadczyło o opłakanym stanie sieci danych.