Okazało się, że wiadomość jest raczej standardowym dokumentem, a nie spersonalizowaną odpowiedzią. Prawdopodobnie zautomatyzowany mechanizm zdecydował, że dokument odpowie na większość moich pytań.
Zacząłem czytać.
Drogi przybyszu!
Witamy w układzie Epsilon Eridani.
Mamy nadzieję, że mimo tego, co się wydarzyło, Twój pobyt tutaj okaże się przyjemny. W dokumencie tym przedstawiamy niektóre kluczowe wydarzenia naszej najnowszej historii. W ten sposób pragniemy ułatwić Ci wejście w kulturę, która istotnie różni się od tej, jakiej oczekiwałeś, wsiadając na statek. Zwróć uwagę, że przed Tobą przybyli tu inni…
Dokument był długi, ale szybko przeczytałem go w całości, a potem jeszcze raz, wybierając istotne szczegóły, które mogły mi pomóc w polowaniu na Reivicha. Ostrzeżono mnie już o skali skutków zarazy, więc rewelacje dokumentu nie szokowały tak, jak szokowałyby kogoś świeżo odmrożonego. Analiza zjawiska, przeprowadzana z takim dystansem, musiała bardzo niepokoić wszystkich, którzy przybywali na Yellowstone raczej w poszukiwaniu bogactw niż krwi. Żebracy najwidoczniej nie zalewali sorbetowych szczeniaków tymi informacjami od razu i gdybym został na Idlewild trochę dłużej, niewątpliwie stopniowo zaznajomiliby mnie z sytuacją. Ale może w dokumencie słusznie twierdzono, że z pewnymi, nawet okropnymi prawdami najlepiej się uporać jak najszybciej.
Jak wiele czasu zajmie mi adaptacja? A może będę jednym z tych nieszczęśliwców, którzy nigdy całkiem nie pogodzili się z sytuacją?
Być może to właśnie oni są zdrowi psychicznie, pomyślałem.
W oknie większe habitaty Pasa Złomu — wcześniej jednakowe orbitujące plamki — zaczęły nabierać określonych kształtów. Próbowałem sobie wyobrazić, jak wyglądały siedem lat temu, w ostatnich dniach przed zarazą.
W Migotliwej Wstędze było dziesięć tysięcy habitatów, każdy z nich bogaty i wielofasetowy jak kandelabr, każdy różnił się od sąsiadów jakimś architektonicznym ozdobnikiem, nie pełniącym praktycznej funkcji, lecz zaspokajającym poczucie estetyki i żądzę prestiżu. Habitaty okrążały Yellowstone na niskich orbitach, gęsiego; każda rozległa i dostojna konstrukcja utrzymywała taktowną odległość od sąsiadów niewielkimi pchnięciami odrzutów korekcyjnych. Na wąskich handlowych alejkach odbywał się ciągły handel i z pewnej odległości wydawało się, że habitaty są oplecione cynfolią świetlnych nici. Konfiguracja przymierzy i zwad stale się zmieniała i habitaty albo komunikowały się ze sobą wiązkami laserowego światła, zakodowanego na poziomie kwantowym, albo utrzymywały posępne milczenie. Taka cisza nie była niczym nadzwyczajnym, gdyż nawet między członami wzorowego, zjednoczonego społeczeństwa Demarchistów występowały głębokie rywalizacje.
Wśród dziesięciu tysięcy habitatów spotykało się wszelkie możliwe ludzkie specjalizacje: wszelką wiedzę, ideologię, każdą perwersję. Demarchiści pozwalali na wszystko, nawet na eksperymenty z politycznymi modelami, które kłóciły się z ich głównym wzorcem absolutnej niehierarchicznej demokracji. Dopóki eksperymenty pozostawały eksperymentami, tolerowano je — nawet zachęcano do nich aktywnie. Tylko ulepszanie, produkcja i magazynowanie broni było zakazane, chyba że używano jej jako tworzywa artystycznego. I to właśnie tutaj w Migotliwej Wstędze najznamienitszy klan układu, rodzina Sylveste, wykonała gros pracy, która w efekcie przyniosła im sławę. Calvin Sylveste właśnie we Wstędze próbował pierwszego, od czasów Oświecenia, transferu neuralnego. Dan Sylveste zebrał tutaj wszystkie znane informacje o Całunnikach — w rezultacie praca ta doprowadziła do jego własnej brzemiennej w skutki wyprawy do Całunu Lascaille'a.
To wszystko stało się obecnie głęboką przeszłością. Historia zamieniła świetność Migotliwej Wstęgi w… coś takiego.
Gdy Parchowa Zaraza zaatakowała, Migotliwa Wstęga pozostała nietknięta znacznie dłużej niż Chasm City, gdyż większość habitatów Wstęgi miała już wprowadzone skuteczne protokoły kwarantannowe. Zresztą niektóre habitaty były do tego stopnia tajemnicze i samowystarczalne, że i tak przez dziesięciolecia nikt tam nie wchodził.
W ostatecznym rachunku nie okazały się jednak odporne.
Wystarczyło, by tylko jeden habitat ogarnęła zaraza. W ciągu kilku dni większość ludzi umarła, a gros samoreplikujących się systemów habitatu oszalało w sposób, który wydawał się złośliwie celowy. Ekosystem habitatu zupełnie się zawalił. Pozbawiony sterowania habitat oddryfował ze swego orbitalnego gniazda jak odłupany kawał góry lodowej. Normalnie prawdopodobieństwo kolizji w kosmosie jest małe… ale Migotliwa Wstęga była zatłoczona do granic bezpieczeństwa.
Pierwsza zasada zderzeń orbitujących ciał głosi, że zachodzą bardzo rzadko… aż któreś się wydarzy. Wtedy odłamki zniszczonych ciał odskakują w różnych kierunkach, znacznie podwyższając prawdopodobieństwo następnego uderzenia. Nie trzeba długo czekać na kolejną kolizję; a kiedy nastąpi, liczba odłamków wzrasta… w ten sposób dalsze zderzenia są niemal pewne…
W ciągu kilku tygodni większość habitatów Migotliwej Wstęgi została śmiertelnie podziurawiona przez kolizyjny gruz… i jeśli nawet same zderzenia nie powodowały śmierci wszystkich na pokładzie, odłamki na ogół niosły ślady zarazy z pierwszego uszkodzonego habitatu. Habitaty stały się orbitującymi kadłubami, ciemnymi i martwymi jak drewno unoszone na falach. Po roku funkcjonowało jedynie dwieście habitatów — najstarsze i najtrwalsze konstrukcje, osłonięte kamieniem i lodem przeciwko burzom radiacyjnym. Za pomocą baterii laserów antykolizyjnych, rozmieszczonych na swej powierzchni, zdołały odeprzeć większość wielkich odłamków.
To wszystko wydarzyło się sześć lat temu. Od tego czasu, jak poinformował mnie Quirrenbach, Pas Złomu został ustabilizowany, a większość gruzów zamieciona i zebrana w niebezpieczne bryły, które wysłano ku wrzącej powierzchni Epsilon Eridani. Teraz przynajmniej Pas nie rozdrabniał się już bardziej. Większość kadłubów utrzymywano we właściwych miejscach periodycznymi pchnięciami zrobotyzowanych holowników. Tylko garstka habitatów została uszczelniona i pomyślnie zasiedlona, choć, jak należało się spodziewać, krążyły pogłoski o najrozmaitszych ponurych sektach, skrycie koczujących wśród ruin.
Tyle dowiedziałem się z sieci. Jednak widok samych ruin całkowicie zaskakiwał. Wielka Yellowstone, koloru ochry, zajmowała pół nieba; to wyraźnie taki sam świat, jak ten, który opuściłem, a nie blady, dwuwymiarowy dysk na tle gwiazd. Gdy „Strelnikov” spadał ku habitatowi, gdzie miał dokować, przez tarczę Yellowstone przesuwały się wraki innych habitatów; spustoszone, sękate, wypatroszone, dziobate i pokryte kraterami — świadectwo gigantycznych zderzeń. Zginęło tu wielu: choć część habitatów w czasie zderzenia właśnie przeprowadzała ewakuację, usunięcie miliona ludzi w krótkim czasie nie było łatwe.
Nasz habitat miał kształt grubego cygara i obracał się wokół swej długiej osi — podobnie jak Idlewild, uzyskiwał w ten sposób siłę ciążenia. Siostra Amelia poinformowała mnie, że zdążamy do Karuzeli New Vancouver. Habitat ten okrywała brudnoszara skorupa lodu, miejscami połatana setkami metrów kwadratowych jasnego, nowego lodu. Przypuszczałem, że ma to na celu naprawę szkód po ostatnich zderzeniach. Habitat obracał się w ciszy, wyrzucając ze swej powierzchni kilkanaście leniwych zwojów pary — przypominało to ramiona jakiejś galaktyki spiralnej. Na jego skraju przyczepił się ogromny statek o kształcie diabła morskiego; na brzegach skrzydeł miał kilkadziesiąt okienek. „Strelnikov” kierował się ku jednemu z końców cygara, gdzie na jego przyjęcie rozwarła się triada szczęk. Wlecieliśmy do komory otoczonej kiszkami rur i zbiornikami paliwa. Zobaczyłem kilka innych promów przypiętych w hangarach postojowych: dwa opływowe kutry atmosferyczne, jak para butelkowozielonych grotów, oraz statki wyglądające jak kuzyni „Strelnikova”, kanciaste i z wystającymi składnikami silników. Postacie w skafandrach roiły się wokół wszystkich statków, wlokąc za sobą pępowiny przewodów i sprzęt naprawczy. Kilka robotów uwijało się przy remontach kadłuba, lecz w większości pracę wykonywali ludzie lub zmodyfikowane biologicznie zwierzęta.