Выбрать главу

— „Odrobina” to właściwe słowo.

Wziął sobie kawy z maszyny i zaoferował mi repetę. Odmówiłem ze zrzędliwą grzecznością.

— Boże, ale lura — oznajmił po pierwszym łyku.

— Przynajmniej w czymś się zgadzamy. — Usiłowałem powiedzieć coś dowcipnego. — W każdym razie teraz chyba wiem, co płynie w tych rurach.

— Tych rurach? — Quirrenbach rozejrzał się. — Och, widzę. Nie. To rury z parą, Tanner. I bardzo ważne.

— Parą?

— Wykorzystują własny lód, by chronić NV przed przegrzaniem. Ktoś na „Strelnikovie” opowiadał mi o tym: pompują lód z powłoki zewnętrznej jako rodzaj brei, a potem przeganiają przez habitat, przez wszystkie luki między głównymi obszarami mieszkalnymi — znajdujemy się teraz w takiej luce — wtedy breja wchłania całe zbędne ciepło i stopniowo się topi, a potem wrze, aż otrzymujesz rury pełne przegrzanej pary. Wtedy wydmuchują parę z powrotem w kosmos.

Stąd te gejzery, które przy podejściu do NV widziałem na powierzchni.

— To dość marnotrawne.

— Nie zawsze wykorzystywali lód. Mieli kiedyś wielkie radiatory, jak musze skrzydła, stukilometrowej długości. Ale stracili je, gdy rozwaliła się Migotliwa Wstęga. Wprowadzenie lodu to środek awaryjny. Teraz muszą mieć jego stałą dostawę albo ten cały habitat zmieni się w jeden wielki piec do pieczenia mięsa. Lód mają z Oka Marka, z księżyca. Są tam kratery przy biegunach, w stałym cieniu. Mogliby też wykorzystać lód metanowy z Yellowstone, ale nie ma taniego sposobu transportu.

— Mnóstwo wiesz.

Uśmiechnął się promiennie, poklepując teczkę na kolanach.

— Szczegóły, Tanner, szczegóły. Nie możesz pisać symfonii o jakimś miejscu, jeśli dogłębnie go nie poznasz. Wiesz, mam już plan pierwszej linii melodycznej. Z początku jest bardzo ponura, samotny leśny wiatr, podbarwiony mocniejszym rytmem. — Rysował palcem w powietrzu, jakby śledząc topografie niewidzialnego krajobrazu. — „Adagio — allegro — energico”. To będzie destrukcja Migotliwej Wstęgi. Wiesz, jestem prawie pewien, że zasługuje ona na swoją własną symfonię… co o tym sądzisz?

— Nie wiem, Quirrenbach. Muzyka to niezupełnie moje forte.

— Jesteś człowiekiem wykształconym, prawda? Mówisz oszczędnie, jednak twoje słowa zdradzają intensywne procesy myślowe. Kto to powiedział, że mędrzec mówi, kiedy ma coś do powiedzenia, a głupiec gada, bo musi?

— Nie wiem, ale prawdopodobnie nie był to błyskotliwy rozmówca.

Spojrzałem na zegarek — teraz uważałem go za swój — żałując, że zielone klejnoty nie zawirują natychmiast i nie ustawią się we względnej pozycji, wyznaczającej czas odlotu na powierzchnię planety. Nie poruszyły się w widoczny sposób od czasu, gdy ostatni raz na nie patrzyłem.

— Czym zajmowałeś się na Skraju Nieba, Tanner?

— Byłem żołnierzem.

— Ach, ale tam to nic nadzwyczajnego, prawda?

Z nudów — i ponieważ wiedziałem, że nic przez to nie tracę — wypichciłem odpowiedź.

— Wojna wniknęła do naszego życia. Nie można było się przed nią schować. Nawet tam gdzie się urodziłem.

— To znaczy?

— Nueva Iquique. To senne miasteczko na wybrzeżu, daleko od głównych ośrodków bitewnych. Ale każdy znał kogoś, kto został zabity przez przeciwników. Każdy miał jakiś teoretyczny powód, by ich nienawidzić.

— A ty nienawidziłeś wroga?

— Nie za bardzo. Propagandę tak zaprojektowano, by budować nienawiść… ale jeśli się chwilę nad tym zastanowiłeś, stawało się oczywiste, że oni mówią swym ludziom te same kłamstwa o nas. Oczywiście, przypuszczalnie część była prawdą. A nie potrzeba wiele wyobraźni, by podejrzewać, że my też popełnialiśmy te same okrucieństwa.

— Czy korzenie wojny sięgają wydarzeń we Flotylli?

— Tak, do tego się to w końcu sprowadza.

— Więc mniej tu chodzi o ideologię niż terytorium, prawda?

— Nie wiem ani nie dbam o to. Wszystko to zdarzyło się dawno temu, Quirrenbach.

— Czy dużo wiesz o Skyu Haussmannie? Słyszałem, że na twojej planecie są ludzie, którzy nadal oddają mu cześć?

— Tak, wiem o nim to i owo.

Quirrenbach miał zaciekawioną minę. Przysiągłbym, że w duchu robi notatki do nowej symfonii.

— Masz na myśli, że to część waszego wspólnego wychowania kulturowego?

— Nie, nie całkiem. — Wiedząc, że nic na tym nie tracę, pokazałem Quirrenbachowi ranę pośrodku swojej dłoni. — To stygmat. Znak, że Kościół mnie dopadł. Zarazili mnie wirusem indoktrynacyjnym. Zmusza mnie on do snów o Haussmannie, nawet jeśli nie bardzo mam na to ochotę. Nie prosiłem się o niego i upłynie trochę czasu, nim mój system się go pozbędzie, ale na razie muszę żyć z tym sukinsynem. Wpadam w drzemkę i śni mi się Sky za każdym razem, kiedy zamknę oczy.

— To straszne — skomentował, na próżno usiłując usunąć ze swego głosu ton fascynacji. — Ale zakładam, że kiedy się obudzisz, jesteś…

— Zdrowy psychicznie? Tak, całkowicie.

— Chciałbym usłyszeć o nim więcej — oświadczył Quirrenbach. — Nie masz nic przeciwko temu, żeby o nim opowiedzieć?

Obok nas jedna ze słoniowatych rur zaczęła wypuszczać parę piskliwym, parzącym wydechem.

— Nie sądzę, byśmy dłużej ze sobą przebywali. Minę miał przybitą.

— Naprawdę?

— Przykro mi, Quirrenbach… Wiesz, najlepiej pracuje mi się samemu. — Szukałem po omacku osłody mojego sprzeciwu. — I ty też potrzebujesz czasu bez towarzystwa, by pracować nad symfoniami…

— Tak, tak, później. Ale teraz? Musimy załatwić mnóstwo spraw, Tanner. Nadal niepokoi mnie ta zaraza. Czy uważasz, że tutaj jest niebezpiecznie?

— Powiadają, że ciągle krążą tu jej śladowe ilości. Czy masz implanty, Quirrenbach? — Patrzył na mnie wyczekująco, więc kontynuowałem: — Siostra Amelia, kobieta, która się mną opiekowała w Hospicjum, mówiła, że czasami usuwa się implanty imigrantom, ale wtedy nie rozumiałem, co ma na myśli.

— Cholera. Powinienem kazać je usunąć w roju parkingowym, wiedziałem o tym. Ale wahałem się, nie podobał mi się wygląd tych, którzy mieli to wykonywać. A teraz będę musiał do tego poszukać jakiegoś okrwawionego rzeźnika.

— Jestem przekonany, że mnóstwo ludzi zechce w tym pomóc. Tak się składa, że sam muszę też pomówić z takimi ludźmi.

Krępy człowieczek podrapał szczecinę na czaszce.

— Och, ty też? Więc wspólna podróż jest całkiem sensowna. Już miałem odpowiedzieć — wykręcić się grzecznie od jego towarzystwa — kiedy wokół mej szyi owinęło się czyjeś ramię.

Zostałem wyciągnięty z krzesła do tyłu i boleśnie uderzyłem o ziemię. Oddech uciekł mi z płuc jak stado przestraszonych ptaków. Byłem na skraju utraty świadomości, pozbawiony tchu, nie mogłem się ruszać, choć cały mój instynkt wrzeszczał, że ruch to może najlepsze działanie w tej chwili.

Ale nade mną już pochylał się Vadim, klatkę piersiową uciskało mi jego kolano.

— Nie spodziewałeś się znów zobaczyć Vadima, prawda, Meera-Bell? Teraz na pewno żałujesz, że nie zabiłeś Vadima.

— Nie mia… — próbowałem dokończyć zdanie, ale w płucach nie pozostało mi wystarczająco dużo powietrza. Vadim obserwował paznokcie, nieźle udając znudzenie. Moje pole widzenia ciemniało na skraju, ale spostrzegłem Quirrenbacha, stojącego obok, z rękami wykręconymi do tyłu, i drugą postać, która go trzymała jako zakładnika. Za nimi majaczyła obojętna plama przechodniów. Nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na Vadimową zasadzkę.

Zwolnił ucisk. Złapałem oddech.