— Nie miałeś… czego? — spytał Vadim. — No, gadaj. Cały zamieniam się w słuch.
— Masz u mnie dług wdzięczności, że cię nie zabiłem, Vadimie. I dobrze o tym wiesz. Ale taki śmieć jak ty nie jest wart zachodu.
Udał, że się uśmiecha i znowu zaczął naciskać moją pierś. Ogarnęły mnie wątpliwości co do Vadima. Teraz, kiedy zobaczyłem, że ma wspólnika — mężczyznę, który zablokował Quirrenbacha — jego przechwałki o sieci sprzymierzeńców zaczynały wyglądać nieco prawdopodobniej.
— Śmieć, powiadasz? Widzę, że nie byłeś ponad to, by zwinąć mi zegarek, wstrętny złodziejaszku. — Majstrował przy pasku na moim przegubie. Z triumfującym uśmiechem ściągnął zegarek. Uniósł go do oka niczym zegarmistrz, studiujący jakiś fantastyczny ruch mechanizmu. — Mam nadzieję, że nie ma zadrapań.
— Weź sobie. Nie był naprawdę mój.
Vadim wsunął zegarek przez dłoń i wykręcał swój przegub na wszystkie strony, oglądając odzyskany łup.
— Dobra. Masz coś jeszcze do zadeklarowania?
— Owszem.
Jako że nie usiłowałem go zepchnąć drugą ręką, kompletnie ją ignorował. Nawet nie wyjąłem dłoni z kieszeni — wsunąłem ją tam. gdy spadałem z krzesła. Vadim mógł mieć kontakty, ale nie stał się większym zawodowcem od czasu naszej bójki na promie. Wyjąłem dłoń szybkim i płynnym ruchem uderzającej hamadriady. Vadim absolutnie nie był na to przygotowany.
W pięści trzymałem jeden z czarnych eksperientali Vadima. Vadim odegrał swą rolę idealnie — gdy unosiłem ramię, przesunął nieznacznie wzrok, akurat na tyle, by jedno z jego oczu znalazło się w moim zasięgu. Oko otworzyło się — łatwy cel, jakby Vadim brał udział w tym, co chcę mu zrobić.
Wepchnąłem mu eksperiental do oka.
Przedtem zastanawiałem się, czy jego jedno dobre oko nie było szklane, ale kiedy biały uchwyt eksperientala wszedł do środka, przekonałem się, że tylko sprawiało takie wrażenie. Vadim odskoczył ode mnie i zaczął wrzeszczeć. Krew tryskająca mu z oka miała barwę czerwonego wieczornego nieba. Młócił obłąkańczo rękami, ale nie sięgał po obce ciało tkwiące mu w oczodole.
— Cholera! — powiedział drugi mężczyzna, kiedy gramoliłem się na nogi. Quirrenbach mocował się z nim przez chwilę, a potem, już wolny, uciekał.
Vadim, jęcząc, zgiął się wpół nad stołem. Drugi mężczyzna go podtrzymywał, szeptał mu coś gorączkowo do ucha. Chyba go namawiał, by sobie poszli.
Miałem własną wiadomość dla Vadima.
— Wiem, że to boli jak cholera, ale jest coś, co powinieneś wiedzieć, Vadimie. Mogłem wbić to prosto w twój mózg. Bez trudu. Rozumiesz, co to znaczy, prawda?
Teraz bezoki, z twarzą jak krwawa maska, zdołał jednak się ku mnie odwrócić.
— Co?
— To znaczy, że masz u mnie następny dług, Vadimie.
A potem zdjąłem mu zegarek z przegubu i ponownie umieściłem na swoim.
TRZYNAŚCIE
Jeśli w pełnych hydrauliki zakamarkach New Vancouver operowały jakieś siły porządkowe, czyniły to tak subtelnie, że aż niewidocznie. Vadim i jego wspólnik odeszli, kuśtykając, nie zatrzymywani przez nikogo. Poczekałem chwilę, czując moralny obowiązek złożenia oficjalnych wyjaśnień — ale nic się nie działo. Stół, gdzie jeszcze kilka minut temu piliśmy z Quirrenbachem kawę, był teraz w opłakanym stanie, ale cóż miałem robić? Zostawić napiwek sprzątającemu serwitorowi, który z pewnością wkrótce się tu pojawi? To tępe urządzenie prawdopodobnie wyczyści kałuże krwi i wydzielin z taką samą bezmyślną skutecznością, jak czyści plamy po kawie.
Odszedłem. Nikt mnie nie zatrzymał.
Wślizgnąłem się do toalety. W pomieszczeniu nie było nikogo. Stał tam tylko długi rząd kabin, na drzwiach których umieszczono skomplikowane piktogramy, wyjaśniające, jak posługiwać się urządzeniami. Opłukałem twarz w zimnej wodzie i zmyłem krew z pięści. Starałem się uspokoić i wyciszyć.
Obmacałem klatkę piersiową. Upewniwszy się, że nie ma żadnych obrażeń prócz siniaków, poszedłem do strefy odlotów. Behemot — statek o kształcie diabła morskiego — przyssał się, jak minóg, do wirującej powłoki habitatu. Z bliska wyglądał znacznie mniej gładko i aerodynamicznie. Miał dziobaty, porysowany kadłub z czarnymi jak sadza smugami.
Dwa ludzkie potoki wlewały się do statku z przeciwnych stron. Mój potok przypominał ciemną, ponurą, ospałą maź — spiralnym tunelem wejściowym ludzie dreptali jakby na szubienicę. Drugi potok również sunął bez entuzjazmu, ale składał się — widziałem to przez przezroczystą rurę łączącą — z osób obsługiwanych przez serwitory, dziwacznie zmodyfikowanych zwierząt domowych, a nawet z ludzi, którzy przybrali postać zwierzęcą. Wśród nich ślizgały się palankiny hermetyków: ciemne pudła ustawione na sztorc niczym metronomy.
Za mną ktoś się przepychał.
— Tanner! — usłyszałem ochrypły sceniczny szept. — Też ci się udało! Kiedy zniknąłeś, niepokoiłem się, że dopadły cię jakieś zbiry Vadima!
— On się wpycha — powiedział cicho ktoś za mną. — Widzi pan to? Słowo daję, że go…
Odwróciłem się i spojrzałem w oczy osobie, która — wiedziałem to instynktownie — mówiła przed chwilą.
— On jest ze mną. Jeśli ma pan jakieś problemy z jego zachowaniem, zwróć się pan do mnie. Jeśli nie, zamknij się pan i czekaj w kolejce.
Quirrenbach wślizgnął się do kolejki obok mnie.
— Dzięki…
— Nie ma za co. Mów cicho i już nie wspominaj o Vadimie.
— Więc sądzisz, że naprawdę może mieć tu kumpli?
— Nie wiem, ale na pewien czas wystarczy mi kłopotów.
— Wyobrażam sobie, zwłaszcza po tym… — Pobladł. — Nawet nie chcę myśleć, co się tam stało.
— To nie myśl. Przy pewnej dozie szczęścia nigdy nie będziesz musiał.
Kolejka posuwała się naprzód. Pokonaliśmy ostatnią spiralę pochylni na szczyt behemota. Znajdowało się tam obszerne i gustownie oświetlone pomieszczenie, przypominające lobby olbrzymiego hotelu. Teraz tunel zapętlał się kilka razy spiralnie w dół, zanim dotarł do dna komory. Wokół ludzie spacerowali z drinkami w ręku; ich bagaże mknęły przed nimi, a niektóre poddano opiece małp. We wszystkich kierunkach odchodziły łuki nachylonych okien; wyznaczały kraniec jednego ze skrzydeł diabła morskiego. Wnętrze behemota musiało być prawie zupełnie puste, ale z miejsca, w którym stałem, widziałem najwyżej jego dziesiątą część.
W całej sali rozmieszczono grupki foteli, by można było usiąść i porozmawiać. Fotele stały również przy kapiących fontannach i kępach egzotycznych roślin. Od czasu do czasu prostokreślna sylwetka palankinu sunęła po podłodze niczym figura szachowa. Podszedłem do wolnej pary krzeseł nad jedną z okiennych szyb. Pragnąłem spokojnej drzemki, ale nie śmiałem zamykać oczu. A jeśli Reivich znajduje się tu, na statku?
— Rozmyślasz, Tanner? — odezwał się Quirrenbach, zajmując fotel obok. — Masz dość szczególną minę.
— Czy jesteś pewien, że tu będziesz miał najlepszy widok?
— Celna uwaga, Tanner, bardzo celna. Ale jeśli nie usiądę obok ciebie, nie usłyszę nic o Skyu. — Zaczął majstrować przy teczce. — Masz mnóstwo czasu, by opowiedzieć mi całą resztę.
— Omal cię nie zabili, a ty myślisz tylko o tym szaleńcu?
— Nie rozumiesz. Teraz myślę: a może skomponować symfonię dla Skya? — Nagle wycelował we mnie palec niczym pistolet. — Nie. Nie symfonię — mszę. Ogromne dzieło chóralne, epickie w wyrazie… wysublimowanie archaiczne w swej strukturze… sekwencje, kwinty, kontrapunkty z sanctusum… tren poświęcony utraconej niewinności; hymn na cześć zbrodni i chwały Schuylera Haussmanna…