— Nie ma żadnej chwały, Quirrenbach. Tylko zbrodnia. — Przecież nie dowiem się tego, póki mi wszystkiego nie opowiesz.
Nastąpiła seria głuchych odgłosów i wstrząsów — behemota odłączano od punktu cumowania na habitacie. Przez okno widziałem — i na chwilę dostałem zawrotu głowy — jak habitat szybko opada. Jednak nim mój organizm naprawdę zareagował na ten ruch, habitat znowu napłynął ku nam, a jego poszycie mknęło tuż za wielkimi oknami. A potem tylko kosmos. Rozejrzałem się wkoło, ale ludzie nadal spokojnie spacerowali po holu.
— Nie powinniśmy być w nieważkości?
— Nie tutaj — wyjaśnił Quirrenbach. — Gdy behemot oderwał się od NV, odpadł po stycznej do powierzchni habitatu, jak pocisk z procy. Ale tylko przez chwilę, po czym włączył ciąg i zwiększył go do 1 g. Potem musiał pójść nieco po łuku, żeby przy wymijaniu habitatu w niego nie uderzyć. Jak rozumiem, to jedyny trudniejszy moment w podróży — wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że drink wywędruje ci z kieliszka. Ale pilocisko chyba wiedziało, co robi.
— Pilocisko?
— Do kierowania tych rzeczy wykorzystują chyba genetycznie zmodyfikowane walenie. Wieloryby lub morświny, podłączone na stałe do układu nerwowego behemota. Ale nie martw się. Nigdy nikogo nie zabiły. Przez większość podróży w dół lot będzie tak spokojny jak w tej chwili. Behemot po prostu opuszcza się w atmosferę, bardzo łagodnie i powoli. W atmosferze, nawet rzadkiej, zachowuje się jak olbrzymi, sztywny sterowiec. Kiedy opuści się blisko powierzchni, będzie miał wielką pławność dodatnią i żeby utrzymać się na dole, będzie musiał używać silników. To bardzo podobne do pływania. — Quirrenbach pstryknął na przechodzącego obok serwitora. — Drinki. Co ci postawić, Tanner?
Wyjrzałem przez okno: horyzont Yellowstone wznosił się pionowo — planeta wyglądała jak stroma, żółta ściana.
— Nie wiem. Co się tutaj pija?
Gdy behemot zlikwidował prędkość orbitalną, która uprzednio odpowiadała prędkości karuzeli, horyzont Yellowstone nachylił się z wolna do poziomu. Proces przebiegał gładko i bez zakłóceń, musiał być jednak zaplanowany szczegółowo, bo kiedy w końcu osiągnęliśmy zerową prędkość w stosunku do planety, wisieliśmy dokładnie nad Chasm City, a nie gdzieś dalej.
Od powierzchni planety dzieliły nas wtedy tysiące kilometrów. Ciążenie Yellowstone odczuwało się prawie tak mocno jak na gruncie. Moglibyśmy znajdować się na szczycie bardzo wysokiej góry — takiej, która by wystawała poza atmosferę. Jednak powoli — z niespiesznym spokojem, charakteryzującym dotychczas całą naszą podróż — behemot rozpoczął schodzenie.
Quirrenbach i ja w milczeniu obserwowaliśmy widok.
Yellowstone była cięższą siostrą Tytana z Układu Słonecznego — nie księżyc, a pełnoprawna planeta. Chaotycznie rozmieszczone i trujące związki azotu, metanu i amoniaku, paćkały ją wszelkimi odcieniami żółci. Ochra, oranż i jasny brąz wirowały wspaniałymi cyklonowymi spiralami, zawijały się i rozgałęziały jak najdelikatniejsza robota artysty. Większą część powierzchni Yellowstone, niesamowicie mroźną, smagały wściekłe wiatry, nawiedzały nagłe powodzie i burze elektryczne. W odległej przeszłości orbita planety wokół Epsilon Eridani została zakłócona przez Mandarynkowy Sen, masywnego gazowego giganta układu; to wydarzenie miało miejsce setki milionów lat temu lecz skorupa Yellowstone nadal powracała do równowagi po napięciach tektonicznych tamtego spotkania i wylewała energię z powrotem na powierzchnię. Istniały nawet teorie, że Oko Marka — jedyny księżyc planety — został zabrany gazowemu gigantowi. Teoria ta tłumaczyłaby występowanie dziwnych kraterów, zgrupowanych po jednej stronie księżyca.
Yellowstone nie była miejscem gościnnym, niemniej jednak ludzie na nią przybyli. Próbowałem sobie wyobrazić podróżnych Belle Epoque… — schodzą w atmosferę Yellowstone, wiedząc, że pod złotymi warstwami chmur leżą miasta bajkowe jak sen, a Chasm City jest z nich najpotężniejsze. Świetność trwała ponad dwieście lat… i nawet w jej ostatnim okresie nic nie zapowiadało, że nie potrwa jeszcze przez wieki. Żadnego dekadenckiego upadku, żadnego załamania sił witalnych. Wtedy nadeszła zaraza. Wszystkie te odcienie żółci stały się odcieniami choroby; odcieniami wymiocin, biegunki i zakażenia. Mroźne niebiosa planety zasłaniały miasta zarażone, rozrzucone na powierzchni jak wrzody.
A jednak, myślałem, pociągając zakupionego mi przez Quirrenbacha drinka, wszystko było dobre, póki trwało.
Behemot nie wbijał się w atmosferę, lecz się w nią pogrążał, schodząc tak wolno, że trudno było mówić o jakimkolwiek tarciu o kadłub. Niebo w górze — już nie jednolicie czarne — przybrało słabe oznaki fioletu, a potem ochry. Niekiedy nasz ciężar wahał się — prawdopodobnie behemot natrafiał na bąbel ciśnienia, którego nie mógł gładko pokonać — ale nie więcej niż o dziesięć do piętnastu procent.
— Ciągle jest piękna — powiedział Quirrenbach. — Nie sądzisz?
Miał rację. Teraz od czasu do czasu, gdy jakiś sporadyczny szkwał lub ruch w atmosferycznych procesach chemicznych otwierał chwilową szparę w żółtych warstwach chmur, widzieliśmy powierzchnię: pobłyskujące jeziora zamrożonego amoniaku; psychodeliczne, wyrzeźbione przez wiatr formacje skalne; połamane iglice i dwukilometrowe łuki niczym pogrzebane częściowo kości jakichś gigantycznych zwierząt. Na dole istniały formy jednokomórkowców, wiedziałem o tym — żyły na powierzchni, plamiąc ją monomolekularnymi warstwami fioletu i szmaragdowej zieleni, a także wplatały się w głębokie struktury skalne — ale trwały one w czasie zamrożonym i trudno je było w ogóle uważać za żywe. Tu i ówdzie wyłaniały się małe placówki przykryte kopułami, ale nie można by ich uznać za miasta. Obecnie garstka osiedli Yellowstone osiągała rozmiary jednej dziesiątej Chasm City. Stolica nie miała sobie równych. Nawet drugie co do wielkości miasto — Ferrisville — w porównaniu z Chasm City było zaledwie miasteczkiem.
— Przyjechać tu i… — Nie musiałem kończyć tego powiedzenia.
— Tak… chyba masz rację — przyznał Quirrenbach. — Gdy już nasiąknę atmosferą, ożywię swe kompozycje i zarobię tyle, by wystarczyło na lot… wątpię, czy tu pozostanę.
— Jak zamierzasz zarabiać?
— Dla kompozytora zawsze znajdzie się praca. Trzeba tylko znaleźć jakiegoś bogatego dobroczyńcę, który dla kaprysu sfinansuje wielkie dzieło sztuki. Sponsor czuje wtedy, że sam zdobywa małą dawkę nieśmiertelności.
— A jeśli już jest nieśmiertelnym lub jest pośmiertnikiem, czy jak tam oni siebie nazywają?
— Nawet pośmiertnik nie ma pewności, czy kiedyś nie umrze, więc instynkt zostawienia śladu w historii nie słabnie. Ponadto w Chasm City jest wiele osób, które były pośmiertnikami, ale teraz mają przed sobą perspektywę śmierci taką, jaka towarzyszy stale niektórym z nas.
— Serce mi krwawi.
— Właśnie. Powiedzmy po prostu, że spora grupa ludzi ma teraz śmierć w terminarzu, a nie miała jej przez kilka stuleci.
— Może prawda… ale jeśli wśród nich nie znajdą się bogaci dobroczyńcy?
— Ależ znajdą się. Widziałeś te palankiny. Nadal w Chasm City istnieją bogacze, choć nie zostało wiele z infrastruktury gospodarczej. Ale bądź pewien, że istnieją tam enklawy bogactwa oraz wpływów i mogę się założyć, że niektórzy są bogatsi i bardziej wpływowi niż przedtem.
— Tak już zawsze jest z katastrofami — zauważyłem.
— Co takiego?
— Katastrofa nigdy nie jest nieszczęściem dla wszystkich. Coś nieprzyjemnego zawsze wypływa na wierzch.