Podczas dalszego schodzenia wymyślałem dla siebie przy ksywkę i kamuflaż. Dotychczas tego nie opracowałem, ale — jeśli pominąć broń i logistykę — był to mój sposób działania. Wolałem dostosowywać się do konkretnego otoczenia, niż planować sprawy z wyprzedzeniem. A Reivich? Nie mógł wcześniej wiedzieć o zarazie, więc wszystkie plany, jakie ewentualnie ułożył, załamały się natychmiast, gdy się dowiedział, co zaszło. Ale Reivich należał do arystokracji, a jej wpływy przekraczały kosmos między światami, opierały się często na więzach rodzinnych o wiekowych tradycjach. Bardzo prawdopodobne, że Reivich ma koneksje wśród elity Chasm City.
Te powiązania mógł wykorzystać, nawet gdyby przed swoim przybyciem nie zdołał się z nikim skontaktować. A jeśli zdołał wysłać swoim sprzymierzeńcom sygnał, gdy tu leciał? Jeśli ich uprzedził? Światłowiec leci niemal z prędkością światła, ale musi przyśpieszać i zwalniać na obu końcach swej trasy. Sygnał radiowy wysłany ze Skraju Nieba — wysłany przed odlotem „Orvieto” — dosięgnąłby Yellowstone na rok czy dwa przed samym statkiem i dałby jego sprzymierzeńcom wiele czasu na przygotowania.
A może nie miał sprzymierzeńców. Albo istnieli, ale wiadomość nigdy nie dotarła, zagubiona w obecnym chaosie układowej sieci łączności, i krąży bez końca między popsutymi węzłami sieci. Może nie miał czasu wysłać wiadomości lub zupełnie nie wpadło mu to do głowy.
Pocieszające wersje wydarzeń… nie miałem jednak zwyczaju liczyć na sprzyjające okoliczności.
To przeważnie upraszczało sprawy.
Spojrzałem znowu przez okno: obłoki rozstąpiły się i zobaczyłem Chasm City po raz pierwszy. On jest tam w dole, gdzieś… czeka i wie, myślałem. Ale nawet z góry miasto wydawało się zbyt ogromne, by je ogarnąć, i czułem miażdżący ciężar czekającego mnie zadania. Daj spokój, pomyślałem. To niemożliwe. Nigdy go nie znajdziesz.
Wtedy wspomniałem Gittę.
Miasto gnieździło się wewnątrz szerokiego krateru o postrzępionych ścianach. Krater miał sześćdziesiąt kilometrów średnicy i w swym najwyższym punkcie niemal dwa tysiące metrów wysokości. Pierwsi przybyli tu badacze — szukali schronienia w kraterze. Budowali niezgrabne, wypełnione powietrzem konstrukcje, które na prawdziwym wichrowisku nie wytrzymałyby nawet pięciu minut. Wabiła ich także sama rozpadlina: głęboki, zasnuty mgłami rów o stromych ścianach w geometrycznym wnętrzu krateru.
Rozpadlina bekała ciepłym gazem — było to jedno z ujść energii tektonicznej, wpompowanej w jądro planety w czasie spotkania z gazowym gigantem. Gaz truł, lecz miał więcej wolnego tlenu, pary wodnej i innych gazów śladowych niż pozostałe podobne ujścia gazu na Yellowstone. Gaz należało mechanicznie odfiltrować, nim stał się zdatny do oddychania, ale tutaj ten proces był znacznie prostszy niż gdziekolwiek indziej, a żar można było wykorzystać do napędu olbrzymich turbin parowych, dostarczających więcej energii, niż potrzebowała jakakolwiek młoda kolonia. Miasto rozciągnęło się na całą poziomą powierzchnię krateru, otoczyło rozpadlinę, i wlało nieco w jej głębinę. Na niebezpiecznych półkach, setki metrów poniżej brzegu rozpadliny, wzniesiono konstrukcje i połączono je windami i przejściami.
Jednak większość miasta leżała pod otaczającą rozpadlinę rozległą, toroidalną kopułą. Quirrenbach opowiadał, że miejscowi nazywali to Moskitierą. W istocie było to osiemnaście osobnych kopuł, ale ponieważ się łączyły, stwierdzenie, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga, nastręczało trudności. Przez ostatnie siedem lat nie czyszczono powierzchni i obecnie plamiły ją prawie nieprzezroczyste odcienie brązu i żółci. Niektóre przypadkowe obszary kopuły pozostały dość czyste i odsłaniały widok na miasto poniżej. Z behemota wyglądało prawie normalnie: wyjątkowe skupisko niezwykle wysokich budynków, skompresowanych w ropiejącą miejską gęstwę; jakby zerkało się do wnętrza fantastycznie złożonej maszyny. Ale w formie tych budynków było coś okropnego, coś chorowitego w ich powykrzywianych sylwetach — z pewnością nie zaakceptowałby tego żaden architekt. Ponad ziemią domy rozgałęziały się i rozgałęziały, stapiając w jedną oskrzelową masę. Na górnym i dolnym końcu budowli tę masę pstrzyły świetlne ziarenka. Mimo tych latarenek budynki wyglądały na ciemne i wymarłe.
— Wiesz, co to znaczy — powiedziałem.
— Co takiego?
— Nie żartowali. To nie oszustwo.
— Nie — odparł Quirrenbach. — Nie żartowali z całą pewnością. Ja też pozwoliłem sobie na głupią nadzieję, że samo miasto pozostało nienaruszone mimo losów Pasa Złomu, mimo dowodów, które widziałem na własne oczy. Jakby było samotnikiem gromadzącym bogactwa z dala od ciekawych.
— Ale miasto nadal istnieje — zauważyłem. — Nadal tam na dole są ludzie i nadal tworzą jakiś typ społeczeństwa.
— Lecz niezupełnie taki, jakiego się spodziewaliśmy.
Przelecieliśmy nisko nad kopułą. Struktura była zapadającą się geodetyczną draperią z metalowej kraty i diamentu konstrukcyjnego. Rozciągała się na kilometry, daleko jak sięgał wzrok w brązową błonę atmosfery. Niewielkie zespoły robotników w skafandrach niczym mrówki znaczyły kopułę; ich prace naprawcze zdradzały tryskające iskry spawarek. Tu i ówdzie widziałem kleksy szarej pary wyciekające ze szczelin w kopule — to powietrze z wnętrza kopuły zamarzało w zderzeniu z atmosferą Yellowstone, wysoko, ponad pułapką termiczną krateru. Niżej budynki sięgały artretycznymi palcami prawie spodu samej kopuły. Między tymi chorobliwie napuchłymi i pokrzywionymi członkami rozciągały się ciemne liny; przypominały resztki rękawiczek, które prawie całkowicie zgniły. Przy koniuszkach tych palców gromadziły się światła i sięgały długimi, krętymi nićmi wzdłuż najgęstszych sieci łączących domy. Teraz, gdy się zbliżyliśmy, widziałem tam również delikatniejsze sploty, #bu-wdń# zawinięte w zawikłaną plątaninę cienkich ciemnych przewodów, jakby pająki w delirium usiłowały bez powodzenia utkać między nimi swe sieci, a wyprodukowały niespójną masę zwisających nici. Po nich, po pijanych trajektoriach, przesuwały się światła.
Na pokładzie „Strelnikova” odsłuchałem informację o Parchowej Zarazie: transformacja przebiegała niezwykle gwałtownie — tak że przesuwające się ściany zabiły mnóstwo ludzi znacznie brutalniej, niż uczyniłaby to zaraza. Budynki zaprojektowano tak, by same się naprawiały i zmieniały swój kształt zgodnie z kaprysami architektonicznymi demokratycznej większości — ludność życzyła sobie, by budynek zmienił formę, więc budynek się przekształcał. Jednak zmiany spowodowane zarazą były nagłe i niekontrolowane jak gwałtowne ruchy sejsmiczne. Czyhało w tym ukryte niebezpieczeństwo dla miasta tak utopijnego w swej płynności, że mogło być przekształcane i modelowane znowu, zamrażane, topione i znów zamrażane, jak lodowa rzeźba. Nikt nie informował budowli, że mieszkają w nich ludzie, którzy podczas tego procesu zostaną zmiażdżeni. Wielu zmarłych nadal było pogrzebanych w monstrualnych strukturach.
Teraz pod nami wystawały zęby ściany krateru. Behemot z wprawą prześlizgiwał się przez szczelinę w tym kręgu, ledwo mogącą przepuścić pojazd.
Przed nami, przy brzegu złotobrązowego jeziora, widziałem skupisko opancerzonych budowli. Behemot obniżył się z wyciem dysz nad jezioro — starał się utrzymać na bieżącej wysokości wbrew swej naturalnej tendencji do wypływania w górę.
— Czas wysiadać — zauważył Quirrenbach. Wstał z fotela i wskazał ludzi, którzy w holu podążali w jednym kierunku.
— Dokąd oni wszyscy idą?
— Do kapsuł zrzutowych.