Poszedłem za nim przez hol, gdzie kilkanaście spiralnych schodów wiodło na poziom wyładowczy — cały pokład pod holem. Ludzie czekali przy szklanych śluzach powietrznych na łzokształtne kapsuły, których kilkadziesiąt właśnie pchano po prowadnicach. Z przodu kapsuły ześlizgiwały się po krótkiej rampie wystającej z brzucha behemota. Resztę odległości pokonywały, spadając — dwieście, trzysta metrów — i z pluskiem wpadały do jeziora.
— Chcesz powiedzieć, że ta rzecz nie wyląduje?
— Wielkie nieba, nie! — Quirrenbach uśmiechnął się do mnie. — Nie ryzykowaliby lądowania. Nie w tych czasach.
Nasza kapsuła zrzutowa ześlizgnęła się z brzucha behemota. Siedzieliśmy we czwórkę: Quirrenbach, ja i dwoje innych pasażerów. Ci akurat żywo konwersowali na temat niejakiego Voronoffa, miejscowej znakomitości, ale mówili w norte z tak silnym lokalnym akcentem, że rozumiałem co trzecie słowo. Spadanie z behemota absolutnie ich nie poruszyło. Nie okazali emocji nawet wtedy, gdy zanurzyliśmy się w jeziorze i zdawało się, że nie wyskoczymy na powierzchnię. Ale wyskoczyliśmy, a ponieważ kapsuła była przezroczysta, widziałem pozostałe kapsuły wynurzające się obok nas.
Po jeziorze ruszały ogromne machiny, by nas odebrać. Trójnogi, wznoszące się wysoko nad nami na szkieletowych, rozsuwanych mechanicznych nogach. Dźwigowymi wypustkami zaczęły zbierać pływające kapsuły i umieszczać je w siatce zbiorczej pod kadłubem każdego z trójnogów. Na wierzchu każdej maszyny widziałem operatora — maleńkiego w uszczelnionej kabinie — gorączkowo manewrującego dźwigniami.
Maszyny podeszły do brzegu jeziora, a ich połów znalazł się na pasie transmisyjnym wiodącym do jednego z budynków, które wcześniej widziałem z behemota.
W środku przekazano nas do hermetycznej komnaty przyjęć. W niej znudzeni robotnicy zdejmowali pojemniki z transportera i je otwierali. Puste pojemniki wysłano do obszaru załadowczego, podobnego do tego na pokładzie behemota. Czekali tam pasażerowie z bagażem. Przypuszczałem, że zostaną oni przeniesieni do środka jeziora przez trójnogi, które później podniosą każdą kapsułę dostatecznie wysoko, by behemot mógł ją pochwycić.
Razem z Quirrenbachem opuściliśmy naszą kapsułę i poszliśmy z potokiem pasażerów przez labirynt zimnych, ciemnych tuneli. Powietrze smakowało nieświeżo, jakby każdy łyk, przed dotarciem do moich płuc, przeszedł uprzednio przez kilka innych. Lecz dało się nim oddychać, a ciążenie nie było zauważalnie większe niż w habitacie Pasa Złomu.
— Nie wiem dokładnie, czego się spodziewałem — oznajmiłem. — Ale na pewno nie tego. Żadnych znaków powitalnych, nie widać służby bezpieczeństwa. Nic. Zastanawiam się wobec tego, jak wygląda kontrola celna i imigracyjna.
— Nie musisz się zastanawiać. Właśnie opuściłeś te sekcje.
Pomyślałem o diamentowym pistolecie, który oddałem Amelii, przekonany, że nie ma sposobu, bym wwiózł go ze sobą do Chasm City.
— To było to?
— Pomyśl tylko. Niesłychanie trudno wwieźć do Chasm City coś, czego tam jeszcze nie ma. Nie ma sensu sprawdzanie broni — oni mają już jej dosyć, więc jedna więcej nie robi różnicy. Najprawdopodobniej skonfiskowaliby to co masz i zaproponowali nowszy model za dopłatą. I nie ma sensu szukanie chorób. To zbyt skomplikowane. Jest znacznie bardziej prawdopodobne, że coś złapiesz w mieście niż to, że wwieziesz tu coś nowego. Kilka miłych obcych zarazków mogłoby się nam nawet przydać.
— Nam?
— Im. Przejęzyczyłem się.
Przeszliśmy do dobrze oświetlonego obszaru, gdzie szerokie okna wychodziły na jezioro. Behemota ładowano kapsułami. Powierzchnię grzbietową rybokształtnej machiny nadal rozjaśniało światło dysz, utrzymujących behemota na pozycji. Wszystkie kapsuły, przed załadowaniem do brzucha promu, sterylizowano w pierścieniu fioletowych płomieni. Może miastu było wszystko jedno, co do niego wpływa, ale wszechświat zewnętrzny wyraźnie troszczył się o to, co z miasta wypływa.
— Masz jakiś pomysł, jak dostać się do miasta?
— W zasadzie jest tylko jeden sposób: Zefir Chasm City.
Poszliśmy wolno kolejnym tunelem łącznikowym. Przecisnęliśmy się obok palankinu — pionowego pudła ozdobionego czarnym reliefem pokazującym chełpliwe sceny z przeszłości miasta. Kiedy minęliśmy wolno sunącą machinę, spojrzałem ukradkiem wstecz i dostrzegłem trwożliwe oczy siedzącego w środku hermetyka; blada twarz za grubym, zielonym szkłem.
Bagaże niosły serwitory chodzące, ale miały one w sobie coś prymitywnego. Nie były to nowoczesne, inteligentne maszyny, lecz debilne, zawodne roboty o świadomości nie większej od świadomości psa. Nie było tu już naprawdę inteligentnych maszyn; tylko jeszcze w orbitalnych enklawach można je było gdzieniegdzie spotkać. Ale nawet te prymitywne serwitory najwidoczniej bardzo sobie ceniono jako oznakę resztkowego bogactwa.
I byli jeszcze sami bogacze, ci podróżujący bez palankinowej eremy. Przypuszczalnie żaden z tych ludzi nie miał implantów o znacznym stopniu złożoności — z pewnością nic podatnego na spory zarazy. Poruszali się nerwowo, w stadach i otoczeniu serwitorów.
Przed nami tunel rozszerzył się w podziemną pieczarę, słabo oświetloną setkami migoczących lamp w lampionach. W jaskini stale się wyczuwało ciepły powiew, niosący intensywny zapach oleju maszynowego.
Oczekiwało tam coś ogromnego i potwornego.
Jeździło na czterech zestawach podwójnych szyn, umieszczonych wokół w odstępach dziewięćdziesięciu stopni: jeden zestaw pod machiną, jeden nad nią i po jednym po obu stronach. Same szyny przytwierdzono do ramowej konstrukcji szkieletowych uchwytów, choć z obu końców pieczary znikały one w okrągłych tunelach, gdzie przymocowano je do samych ścian. Nie mogłem się powstrzymać od myśli o pociągach na „Santiago”, które widziałem w jednym ze snów o Skyu. Pociągi obramowano podobnym zestawem szyn — jednak tam szyny służyły tylko jako prowadnice pól indukcyjnych.
Tutaj tak nie było.
Pociąg miał konstrukcję czterosymetryczną; w centrum znajdował się cylindryczny rdzeń zakończony dziobem w kształcie kuli karabinowej i pojedynczym, cyklopowatym reflektorem; z rdzenia wystawały cztery osobne podwójne rzędy olbrzymich żelaznych kół, każde z dwunastoma szprychami i każde zawarte w parze szyn. Trzy pary ogromnych cylindrów rozmieszczono przy każdym zestawie dwunastu głównych kół napędowych, z których każde — za pośrednictwem zadziwiającego układu nasmarowanych tłoków i grubych jak udo członowatych wysięgników — łączyło się z czterema zestawami kół. Wszędzie wokół maszyny wiły się rury. Mogła cechować je jakaś symetria, czy elegancja projektu, ale zepsuto ją, rozmieszczając — chyba przypadkowo — wyloty wydechowe, wszystkie czkające parą w stronę sklepienia jaskini. Maszyna syczała jak smok, którego cierpliwość zaraz się wyczerpie. Niepokojąco przypominała żywe stworzenie.
Z tyłu ciągnął się sznur wagonów pasażerskich, zbudowany z tą samą czterosymetrią, wpasowany w ten sam zestaw szyn.
— To jest właśnie…
— …Zefir Chasm City — dokończył Quirrenbach. — Ale bestia, co?
— Chcesz mi powiedzieć, że to coś naprawdę jeździ?
— A co ty myślisz? — Spojrzałem na niego, więc kontynuował: — Słyszałem, że w połączeniach do Chasm City i innych osiedli stosowali pociągi lewicujące magnetycznie. Mieli dla nich tunele próżniowe. Ale widocznie po zarazie system przestał działać prawidłowo.
— Uznali, że zastąpienie go czymś takim to dobry pomysł?
— Nie mieli wyboru. Obecnie chyba nikomu nie zależy, by szybko dotrzeć na miejsce, więc nie ma znaczenia, że pociągi nie osiągają dawnych prędkości naddźwiękowych. Kilkaset kilometrów na godzinę wystarcza aż nadto, nawet na podróż do innych osiedli.