Выбрать главу

Quirrenbach ruszył w kierunku końca pociągu, gdzie pochylnie prowadziły do wagonów pasażerskich.

— Czemu para?

— Ponieważ na Yellowstone nie ma paliw kopalnych. Niektóre generatory jądrowe nadal pracują, ale rozpadlina jest tutaj praktycznie jedynym źródłem energii. Właśnie dlatego obecnie mnóstwo miejskich urządzeń pracuje na parę.

— Nadal tego nie rozumiem, Quirrenbach. Nie skaczesz sześćset lat wstecz tylko dlatego, że nie możesz już wykorzystywać nanotechnologii.

— Może i skaczesz. Kiedy uderzyła zaraza, dotknęła znacznie więcej dziedzin życia, niżby się wydawało. Prawie całą produkcję od stuleci wykonywały nano. Wytwarzanie materiałów i narzędzi, nadawanie kształtu — to wszystko nagle stało się znacznie bardziej prymitywne. Nawet rzeczy, które same nie wykorzystywały nano, były przez nano zbudowane — zaprojektowano je z niesłychanie małym marginesem tolerancji. Nic z tego nie można już powielić. Nie był to tylko problem, jak funkcjonować z trochę mniej wyrafinowanymi przedmiotami. Musieli się cofnąć do chwili sprzed osiągnięcia jakiegoś poziomu, od którego mogliby rozpocząć odbudowę. Oznaczało to stosowanie prymitywnie obrabianych metali. I pamiętaj, że wiele danych dotyczących takich rzeczy również stracono. Macali na ślepo. To tak, jakby ktoś z dwudziestego pierwszego wieku próbował wykonać średniowieczny miecz, bez jakiejkolwiek wiedzy metalurgicznej. Wiedza, że coś jest prymitywne, niekoniecznie ułatwia ponowne odkrycie tej rzeczy.

Quirrenbach stanął pod szczękającą tablicą, by złapać oddech. Pokazywała odjazdy do Chasm City, Fernisville, Loreanville, New Europa i dalej; do wszystkich miejscowości, prócz Chasm City, odjeżdżał przeważnie jeden pociąg dziennie.

— Radzili sobie najlepiej, jak mogli — ciągnął Quirrenbach. Oczywiście, niektóre technologie przeżyły zarazę. Dlatego właśnie nadal widzisz relikty, nawet tutaj — serwitory, pojazdy — ale to przeważnie własność bogaczy. Należy do nich kilka elektrowni na antymaterię w mieście i wszystkie generatory jądrowe. W dole w Mierzwie… tam są inne sprawy. Niebezpieczne.

Patrzyłem na tablicę odjazdów. Miałbym ułatwione zadanie, gdyby Reivich pojechał pociągiem do jednego z mniejszych osiedli, gdzie byłby zarazem i widoczny, i w pułapce, ale pomyślałem, że najprawdopodobniej skorzystał z pierwszego pociągu do Chasm City.

Kupiliśmy bilety i wsiedliśmy do pociągu. Wagony tuż za lokomotywą wyglądały na znacznie starsze niż reszta pociągu i dlatego znacznie nowocześniejsze. Odzyskano je z pociągu lewitującego i domontowano koła. Drzwi zamknęły się jak źrenica oka i cała procesja ruszyła ze szczękiem, pełznąc w tempie piechura, a potem z wysiłkiem nabierając prędkości. Słychać było nierówny pisk ślizgających się kół. Potem jazda stała się gładsza. Obok nas kłębami przepływała para. Pociąg przejeżdżał przez jeden z wąskich tuneli, zaopatrzonych w ogromne przysłonowe drzwi. Po chwili przejechaliśmy przez serię śluz ciśnieniowych, aż znaleźliśmy się chyba w próżni.

Jazda była teraz upiornie cicha.

Przedział pasażerski był zatłoczony jak w transporcie więziennym, a pasażerowie zdawali się przygaszeni, niemal senni, jak oszołomieni narkotykiem więźniowie. Z sufitu opadły ekrany i teraz cyklicznie odgrywały reklamy, ale reklamy odnoszące się do produktów i usług, które prawdopodobnie nie przetrwały plagi. W końcu wagonu widziałem zwarty tłum palankinów ustawionych na kształt zestawu trumien na zapleczu zakładu pogrzebowego.

— Przede wszystkim musimy usunąć te implanty — powiedział Quirrenbach konfidencjonalnie. — Nie mogę znieść myśli, że te rzeczy wciąż siedzą w mojej głowie.

— Powinniśmy znaleźć kogoś, kto zrobi to szybko — zauważyłem.

— I bezpiecznie. Sama szybkość jest niewiele warta. Uśmiechnąłem się.

— W tej chwili jest prawdopodobnie trochę za późno, by się martwić o bezpieczeństwo, prawda?

Quirrenbach wydął usta.

Ekran obok pokazywał reklamę maszyny latającej, wyglądającej wyjątkowo nowocześnie, coś w rodzaju naszych wolantorów, jeśli pominąć fakt, że wyglądała jakby wykonano ją z owadzich części. Zaraz jednak ekran zamigotał zakłóceniami i pojawiła się na nim kobieta podobna do gejszy.

— Witajcie na pokładzie Zefira Chasm City. — Jej twarz przypominała chińską lalkę z malowanymi ustami i różowymi policzkami. Kobieta miała na sobie absurdalnie skomplikowane srebrne ubranie, które zakrzywiało się w górę, za jej głowę. — Obecnie przejeżdżamy przez Tunel Trans-Kalderowy i dotrzemy do Dworca Centralnego za osiem minut. Mamy nadzieję, że będziecie państwo zadowoleni z podróży, a pobyt w Chasm City będzie dla państwa przyjemny i owocny. Tymczasem zapraszamy państwa do obejrzenia niektórych interesujących miejsc w mieście.

— To będzie ciekawe — powiedział Quirrenbach.

Okna wagonu zamigotały, stały się holograficznymi displejami. Nie pokazywały już przemykających ścian, lecz widok miasta, jakby pociąg jechał przez tunel siedem lat historii. Mknęliśmy przez konstrukcje jak ze snu, wznoszące się po obu stronach niczym góry wyrzeźbione z pojedynczego opalu lub obsydianu. Pod nami piętrzyły się tarasy z pięknymi ogrodami i jeziorami, wśród nich ścieżki spacerowe i miejskie rury tranzytowe. Tarasy ginęły w mgiełce niebieskiej głębi, rozrywanej przepastnymi otchłaniami pełnymi neonowych świateł, ogromnych wielopoziomowych atriów i skalnych ścian. Powietrze roiło się od kolorowych pojazdów — niektóre z nich miały kształt egzotycznych ważek czy kolibrów. Sterówce pasażerskie niemrawo przepychały się przez powietrzne roje; kilkudziesięciu miniaturowych wycieczkowiczów wyglądało zza barierek swych gondoli. Nad nimi największe budynki wynurzały się niczym geometryczne obłoki. W jaskrawoniebieskie niebo wplatała się delikatna, regularna krata kopuły.

Miasto rozciągało się na ogromne odległości, jak okiem sięgnąć, same cuda. Tylko sześćdziesiąt kilometrów, a jakby nieskończoność. Zdawało się, że na obejrzenie wszystkich interesujących miejsc w Chasm City nie wystarczy życia. Nawet życia sztucznie przedłużonego.

Nikt jednak nie poinformował symulacji o zarazie. Musiałem sobie przypomnieć, że nadal mkniemy przez tunel w ścianie krateru i dopiero dotrzemy do miasta.

— Rozumiem, dlaczego nazywali to Belle Epoque — zauważyłem.

Quirrenbach kiwnął głową.

— Mieli wszystko. I wiesz, co z tego było najgorsze? Cholernie dobrze o tym wiedzieli. W przeciwieństwie do innych złotych wieków w historii… oni wiedzieli, że go właśnie przeżywają.

— Chyba z tego powodu byli dość nieznośni.

— Ale z pewnością za to zapłacili.

Mniej więcej wtedy wdarliśmy się w coś, co w Chasm City uchodziło za dzień. Pociąg musiał przeciąć brzeg krateru i jechał przez pogranicze kopuły. Pędził w zawieszonej rurze, takiej samej, jaką pokazywał hologram, ale tę rurę pokrywał brud, ustępujący tylko przelotnie — akurat na tyle, by pokazać, że mijamy ciąg stłoczonych slumsów. Zapis holograficzny działał nadal, więc dawne miasto nakładało się na nowe jak ledwo widoczny duch. Przed nami rura zakręcała i znikała w tarasowatym cylindrycznym budynku, skąd promieniście rozchodziły się inne rury, które mknęły dalej przez miasto. W miarę zbliżania się do tarasowego budynku pociąg zwalniał.

Dworzec Centralny, Chasm City.

* * *

Wewnątrz stacji obraz holograficzny zanikł, zabierając ze sobą ostatnie niewyraźne wspomnienie Belle Epoque. Chyba tylko Quirrenbach i ja poświęciliśmy temu wspaniałemu hologramowi jakąś uwagę. Pozostali pasażerowie stali w milczeniu, obserwując popaloną i zaśmieconą podłogę.