Impostorem?
— A to za Argenta Reivicha — oznajmił Rodriguez, celując ponownie.
Wiedziałem, że tym razem nie spudłuje.
Podniosłem kosę z włóknem monomolekulamym, kciukiem wysunąłem cienką, aż niewidzialną, tnącą nić na maksymalną, utrzymywaną piezoelektrycznie długość: supersztywna linia monomolekularna wysunęła się przede mnie na piętnaście metrów.
Rodriguez kątem oka dostrzegł, co zamierzam zrobić, i popełnił błąd, który raczej kwalifikował go jako amatora, a nie zawodowego zabójcę.
Zawahał się.
Machnąłem przez niego kosą.
Kiedy dotarła doń świadomość tego, co się stało — nie czuł natychmiastowego bólu, gdyż cięcie było chirurgicznie czyste — upuścił pistolet. Nastąpiła straszna, zamrożona w czasie chwila, gdy zastanawiałem się, czy sam nie popełniłem błędu równie poważnego, jak jego wahanie, i nie rozciągnąłem niewidocznego włókna kosy tak daleko, jak było potrzeba. Ale żadnego błędu nie było.
Rodriguez przewrócił się na ziemię, dwukrotnie.
— Jest martwy — stwierdził Dieterling, kiedy wróciliśmy do jedynego namiotu w obozie, z którego nie uszło powietrze. Od incydentu przy drzewie minęły trzy godziny, a teraz Dieterling nachylał się nad ciałem doktora Vicuny. — Gdybym tylko rozumiał, jak działały te jego narzędzia… — Dieterling rozłożył obok siebie zestawy zaawansowanych narzędzi chirurgicznych gula, ale ich subtelne sekrety nie chciały się przed nim odkryć. Zwykłe zapasy medyczne nie wystarczyły, by zlikwidować u gula skutki postrzału, ale mieliśmy nadzieję, że własna magia doktora — zdobyta za znaczne sumy od ultraskich kupców — okaże się wystarczająco skuteczna. Może w odpowiednich rękach okazałaby się skuteczna, ale jedyny człowiek, który potrafiłby z powodzeniem wykorzystać te narzędzia, to właśnie ten, który najbardziej ich potrzebował.
— Zrobiłeś, co było w twojej mocy — oznajmiłem. Położyłem rękę na ramieniu Dieterlinga.
Cahuella spoglądał z wściekłością na ciało Vicuny.
— To typowe dla tego sukinsyna: umiera nam, nim zdołaliśmy go należycie wykorzystać. Jak, do cholery, zdołamy teraz założyć implanty wężowi?
— Może złapanie węża nie jest obecnie dla nas naczelnym priorytetem — zauważyłem.
— Sądzisz, że o tym nie wiem, Tanner?
— Więc staraj się działać tak, jakbyś wiedział. — Spojrzał na mnie, wściekły za niesubordynację, ale mimo to kontynuowałem: — Nie lubiłem Vicuny, ale zaryzykował dla ciebie życie.
— A przez czyj to pieprzony błąd Rodriguez okazał się impostorem? Myślałem, że prześwietlasz swoich rekrutów, Mirabel.
— Prześwietliłem go — odpowiedziałem.
— To znaczy?
— Człowiek, którego zabiłem, to nie Rodriguez. Vicuna również chyba tak uważał.
Cahuella popatrzył na mnie tak, jakbym był czymś, co przykleiło mu się do podeszwy buta, a potem wypadł z namiotu, zostawiając mnie samego z Dieterlingiem.
— No i co? Mam nadzieje, że wiesz, co się tam wydarzyło, Tanner.
Naciągnął prześcieradło na ciało Vicuny, a potem zaczął zbierać lśniące narzędzia chirurgiczne.
— Jeszcze nie wiem. To był Rodriguez… przynajmniej tak wyglądał.
— Spróbuj znowu wezwać Gadziamię.
Miał rację. Ostami raz próbowałem godzinę temu i wtedy się nie dodzwoniłem. Jak zwykle pas satelitów komunikacyjnych wokół Skraju Nieba był połatany i ciągle wtrącali się do niego wojskowi — elementy zagadkowo się psuły i znowu włączały zgodnie z niecnymi celami innych frakcji.
Jednak tym razem linia działała.
— Tanner? Wszystko u was w porządku?
— Mniej więcej. — O szczegółach opowiem mu później. Obecnie musiałem się dowiedzieć, co przesłano doktorowi Vicunie. — Jak brzmiało ostrzeżenie o Rodriguezie, które nam przekazałeś?
Mężczyzna, z którym rozmawiałem, nazywał się Southey, znałem go od lat. Ale nigdy nie widziałem go równie zdezorientowanego.
— Tanner, mam, na Boga, nadzieję… sami otrzymaliśmy ostrzeżenie od jednego ze sprzymierzeńców Cahuelli. Na temat Rodrigueza.
— Mów dalej.
— Rodriguez nie żyje! Znaleziono jego ciało w Nueva Santiago. Zamordowano go, a ciało wyrzucono.
— Jesteś pewien, że to był on?
— Mamy zarejestrowane jego DNA. Nasz kontakt w Santiago zanalizował kod ciała — pasował dokładnie.
— Więc Rodriguez, który wrócił z Santiago, musiał być kimś innym.
— Tak. Myślę, że to nie klon, lecz zabójca. Musiano go chirurgicznie zmodyfikować, by wyglądał na Rodrigueza; nawet jego głos i zapach musiały zostać zmienione.
Zastanawiałem się kilka chwil, zanim odpowiedziałem.
— Nikt na Skraju Nieba nie potrafiłby tego zrobić. Zwłaszcza w ciągu kilku dni. A tylko tyle Rodriguez przebywał poza Gadziarnią.
— Zgadzam się. Ale Ultrasi mogliby tego dokonać.
Tyle wiedziałem. Orcagna stale nam świecił w oczy swoją bardziej rozwiniętą nauką.
— To zabieg poważniejszy od kosmetyki — stwierdziłem.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Ten impostor zachowywał się jak Rodriguez. Wiedział o rzeczach, o których wiedział naprawdę tylko Rodriguez. Przekonałem się o tym — często w ostatnich dniach z nim rozmawiałem.
Wspomniałem teraz te rozmowy — Rodriguez unikał pewnych tematów, jednak nie w takim stopniu, by wzbudzić natychmiastowe podejrzenia. Zwłaszcza że o wielu sprawach rozmawiał bardzo chętnie.
— Tak więc wykorzystali również jego wspomnienia.
— Myślisz, że przetrałowali Rodrigueza? Southey skinął głową.
— Musieli to zrobić eksperci, gdyż nie ma oznak, że to samo trałowanie go zabiło. Ale znowu byli to Ultrasi.
— I sądzisz, że mają środki, by zaimplantować wspomnienia swemu zabójcy?
— Słyszałem o takich rzeczach. Drobne maszyny roją się w mózgu obiektu i układają nowe połączenia nerwowe. Nazywają to nadrukiem ejdetycznym. Koalicja Północna próbowała to robić dla celów szkoleniowych, ale nie osiągnęli zadowalających rezultatów. Jednak jeśli wmieszali się Ultrasi…
— Wtedy stałoby się to dziecięcą zabawą. Jednak ten człowiek miał nie tylko dostęp do pamięci Rodrigueza — cała sprawa sięgała głębiej. W wyniku tego procesu on prawie stał się Rodriguezem.
— Może właśnie dlatego był tak przekonujący. Chociaż nowe struktury pamięciowe byłyby dość kruche — osobowość zabójcy wcześniej czy później zaczęłaby się wynurzać. Ale do tego czasu Rodriguez zdobyłby już wasze zaufanie.
Southey miał rację: dopiero w ostatnim dniu Rodriguez starał się bardziej niż zwykle omijać pewne tematy. Czy to właśnie wtedy zakopany umysł zabójcy zaczynał przeświecać przez kamuflujące wspomnienia?
— Całkiem je zdobył — zauważyłem. — Gdyby Vicuna nas nie ostrzegł… — Opowiedziałem mu, co zdarzyło się przy drzewie.
— Przywieźcie tu ciała — poprosił Southey. — Chcę zobaczyć, jak przebrali swego człowieka. Czy była to kosmetyka, czy też może spróbowali również zmienić jego DNA.
— Sądzisz, że zadali sobie aż tyle trudu?
— Właśnie o to chodzi, Tanner. Jeśli poszli z tym do właściwych ludzi, to wcale nie był wielki trud.
— Według mojego rozeznania w tej chwili tylko jedna grupa Ultrasów przebywa na orbicie wokół planety.
— Tak. Jestem pewien, że ludzie Orcagny musieli być w to wplątani. Spotkałeś ich, prawda? Czy myślisz, że można im ufać?